Król bólu

6 minut czytania

/ Film

Król bólu

Ludwika Mastalerz

„Makbet” Kurzela jest bardziej próbą uchwycenia historycznej prawdy dramatu Szekspira niż hołdem dla jego ponadczasowego charakteru. Tekst sztuki został w scenariuszu mocno okrojony, a moc retorycznych monologów słabnie kosztem płynnej narracji

Jeszcze 2 minuty czytania

Uwspółcześnianie Szekspira zazwyczaj zmierza w dwóch kierunkach: jedni adaptatorzy, przenosząc renesansowy dramat w przeróżne dekoracje, przekonują nas o jego ponadczasowym charakterze; drudzy dekonstruują i składają go na nowo. Justin Kurzel nie podąża żadną z tych dróg. Inscenizuje „Makbeta” we właściwych mu czasach, ukazując poczynania bohaterów jako konsekwencje panujących ówcześnie realiów społecznych, które w literackim pierwowzorze były ledwie zarysowane. Wreszcie stroje i architektura okresu przejściowego (między sztuka romańską a gotykiem) nie przywołują eklektycznych wyobrażeń o średniowieczu, ale są charakterystyczne dla Szkocji XI wieku. Znane doskonale wydarzenia reżyser wpisuje w naturalny porządek kraju, który zna tylko dwie pory roku – wiosnę, gdy wszystko dopiero budzi się do życia, i uśmiercającą jej owoce jesień. Nie doświadczymy tu żadnego bujnego wzrostu latem ani zimowego uśpienia. Narodziny i śmierć nie stanowią dla siebie kontrastu, ale tworzą kontinuum, szybko i płynnie przechodząc jedno w drugie. Nie pierwszy to film, który wyprowadził Szekspira w plener, ale nieprzyjazna, mroczna przyroda północy nigdy chyba nie targała tak bezlitośnie postaciami dramatu. Ludzie żyjący pod ciężkim, zachmurzonym niebem, zatopieni we mgle, oddychający wilgotnym, zgniłym powietrzem są bardziej ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego, niż istotami radykalnie różniącymi się od zwierząt.

Film otwiera scena pogrzebu dziecka Makbeta – motyw niewystępujący u Szekspira, dopisany przez twórców adaptacji. Chwilę później widzimy Makbeta na polu bitwy, gdy bezlitośnie kroi na kawałki swoich wrogów. Nawet w ogniu walki bolesna pamięć ojca pracuje na pełnych obrotach – twarze szkockich wojowników, choć mocno już ogorzałe i rozorane bliznami, należą do nastoletnich chłopców. Dziecko towarzyszy także spotkanym później trzem czarownicom. Zestawienie dwóch ponurych scen, jeszcze zanim usłyszymy słynną przepowiednię, ustanawia nowe reguły gry. Wszystko, czego później dokona Makbet, nie będzie efektem obudzonych nagle ambicji, ale stopniowo przedzierającego się do świadomości przekonania, że żyje w piekle, gdzie moralność nie ma nic do roboty. Wejrzenie w psyche paranoika zostało wyparte przez studium wojennej traumy i depresyjnej inercji. Perspektywa ta nie łamie klasycznemu dramatowi kręgosłupa, ale silnie go zgina, sprawiając, że historia o żądzy władzy i jej opłakanych skutkach skręca w stronę opowieści o pragnieniu przetrwania za wszelką cenę.

Film Justina Kurzela jest bardziej próbą uchwycenia historycznej prawdy dramatu Szekspira niż hołdem dla jego ponadczasowego charakteru. Tekst sztuki został w scenariuszu mocno okrojony, a moc retorycznych monologów słabnie kosztem płynnej narracji, której mottem mogą być słowa Makbeta, wypowiedziane nad martwym ciałem żony: „Życie to opowieść idioty pełna wrzasku i wściekłości, lecz nic nie znacząca”. Aby dogrzebać się do źródeł, reżyser korzysta z nowoczesnych zdobyczy kinematografii, rozbrajając tak samo klasyczne formy filmowe, jak i te teatralne. Epickość konwencjonalnego filmu historycznego zostaje zniwelowana przez spłaszczenie punktów kulminacyjnych i rozmycie dramaturgii, a gęsta ponura wizja zastępuje patos.

Niesłusznie porównywany w relacjach z Cannes do „Walecznego serca” film Kurzela bliższy jest raczej enigmatycznemu „Michaelowi Kohlhaasowi”, w którym sugestywna audiowizja jest bardziej godnym zaufania środkiem narracyjnym niż słowo. Zredukowana rola dialogów robi miejsce dla innych dźwięków – wiatru, deszczu i szumu drzew, które splatają się harmonijnie z ambientową muzyką. Nie znaczy to jednak, że Kurzel rezygnuje zupełnie z teatralności. Znikły konwencjonalne zamaszyste gesty, ciąg głosowych kadencji i antykadencji, na które oko i ucho współczesnego widza dawno już zobojętniały. Duża część tekstu przeniesiona została do obrazu, który swą ostentacyjną sztucznością stwarza nową scenę dla klasycznego dramatu. Szekspirowskie frazy często dostają swój ekwiwalent w postaci wizualnych rymów. Strzała w plecach ściganego Banka sterczy równolegle do krótkich połamanych gałęzi drzew, wśród których szukał schronienia. Przeczuwający swój upadek Makbet, w skromnym białym odzieniu zastyga na chwilę wśród kolumnady o identycznej barwie, do złudzenia przypominając postać z płaskorzeźby, którą za kilka stuleci będą podziwiać turyści. Niekiedy obraz rymuje się z dźwiękiem – jak wtedy, gdy łzie spływającej po policzku bohatera towarzyszy grzmot pioruna.

„Makbet”, reż. Justin Kurzel „Makbet”, reż. Justin Kurzel.
Francja, USA, Wlk. Brytania 2015,
w kinach od 27 listopada 2015
Reżyser prowadząc gęstą i świadomą swej mocy audiowizualną operę, zdradza nie tylko rewizjonistyczne podejście do literackiego pierwowzoru, ale też skłonność do nowoczesnego traktowania historii, w której to nie pojedyncze polityczne gesty kształtują rzeczywistość, ale uporczywe długotrwałe procesy. Religia chrześcijańska nie wbija się klinem w pogańskie praktyki, ale łagodnie z nimi współistnieje. Podczas koronacji w katedrze czoło Lady Makbet udekorowane jest błękitną kreską, przywołującą piktyjską tradycję malowania twarzy.  Uśmiercony przez Makbeta król Dunkan zostaje złożony w miejscu przynoszącym na myśl archaiczne grobowce, budowane przez dawne plemiona tak, aby do środka wpadały pierwsze promienie słońca. Odpowiada im światło w katedrze, intensywnie, niczym piasek z dziurawego worka, wsypujące się przez wysokie, wąskie okna. Obu iluminacjom oko kamery przygląda się badawczo, jakby na nowo chciało otworzyć naukowy spór o korpuskularną naturę światła. Wzniesione pod tym samym niebem prymitywna pogańska budowla i nowoczesna strzelista świątynia zrównują się w staraniach o ubóstwienie słońca. Zwycięstwo, zależne od pory roku, dnia i pogody, może być tylko chwilowe, tak samo jak ludzkie dążenie wybicia się ponad innych, w którym ciągłe poczucie lęku o przyszłość w tempie geometrycznym, niepostrzeżenie przeradza się w rozbuchaną ambicję.