Rozsypany koszyk

Paweł Soszyński

„Gwałt” Agnieszki Błońskiej jest artystycznie subtelny a jednocześnie surowy, ustawia się w pozycji dystansu, nie rezygnując z emocjonalnej siły teatru. Z tego spektaklu wychodzi się z poczuciem krzywdy

Rozsypany koszyk

Jeszcze 1 minuta czytania

Rozsypany koszyk

Bardzo ciężko pisać o gwałcie mężczyzny na kobiecie tak, by zbalansować traumę z żargonem kodeksu karnego, znaleźć złoty środek między pozycją ofiary i rewolucjonistki, bo każda świadoma ofiara gwałtu musi prędzej czy później odszukać własną ekspresję oporu – przeciwko gwałcicielowi i porządkowi społecznemu, który na seksualną przemoc zezwala.  Jak nie popaść w ton feministycznego wiecu, lub – przeciwnie – nie pozwolić na zbagatelizowanie zbrodni? Agnieszce Błońskiej i aktorkom „Gwałtu” to się udało. Ich spektakl jest artystycznie subtelny a jednocześnie surowy, ustawia się w pozycji dystansu, nie rezygnując z emocjonalnej siły teatru. Z tego spektaklu wychodzi się z poczuciem krzywdy, niemożliwym do osiągnięcia przez statystyczne badania. Krzywdy, ale nie zażenowania – to ogromna zasługa aktorek, które bezczelnie i z humorem, ale zawsze dotkliwie obnażają nasze schematy myślowe, prawne definicje, wreszcie sam nurt potocznego języka. Jeśli to jest sąd, to wszyscy jesteśmy winni. Nie tylko mężczyźni, także kobiety – także ofiary gwałtu. „Nic się nie zmieniło” – gorzko puentuje jedna z aktorek. Jeśli zasiedliśmy na widowni z poczuciem moralnej wyższości, to nasze samozadowolenie zostanie szybko zmiażdżone. W panice będziemy sprawdzać własne życie. Czy ja? Może w szkole? Granica między żartem a zbrodnią jest cienka.

Gwałt. Głosay, reż. Agnieszka Błońska. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 7 grudnioa 2015Sylwia Chutnik „Gwałt. Głosy”, reż. Agnieszka Błońska. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 7 grudnia 2015Mężczyzna jest wielkim nieobecnym tego spektaklu, równie dobrze mógłby stać zakneblowany na scenie. Nie dlatego, że nie daje mu się dojść do głosu, ale dlatego, że otacza cały ten spektakl jak rama, granica traumy. To co on zrobił, one wam opowiedzą. To przemyślany zabieg. Tego spektaklu nie byłoby bez niego. Wujek, ojciec, sąsiad, chłopak z baru, on. On jest jak oś, po której pnie się teatralna amplituda. Efekt dziwny, a jednak osiągnięty przez Błońską w bardzo prosty sposób. Nawet czerwony kapturek jest tu sam, bez wilka, a kiedy upada i rozsypuje koszyk, komentuje ironicznie: „ale ze mnie ofiara”. Humor jest tu jak ironia losu najlepszym przyjacielem kobiety. Przesłuchiwanej, poddanej w zwątpienie, oczywiście zalotnej, rozseksualizowanej – jak mężczyzna.

Czym jest seks, jak go definiować? To fenomenalne pytanie zadane w tym spektaklu. I okazuje się, że seks jest jako „zaspokojenie pożądania” męskim wynalazkiem. I jego definicje użyte w kodeksie karnym też są jego. Te z pozycji kobiety zaczynają się cieniować dokładnie w tym momencie, w którym zaczyna się cieniować definicja gwałtu. A gwałt może się zacząć dokładnie w każdym miejscu. Bo gwałt z penetracją nie ma nic wspólnego. Pieszczota może być gwałtem, właśnie tak nazwana. Abberacją nie jest tylko wtedy, kiedy kobieta ją uzna. W innym przypadku to jest nienormalne. Bo nie ma czegoś takiego, jak normalny stosunek seksualny. Jest tylko ten, na który ktoś się godzi. Rozbrojony język uwalnia mnóstwo wątpliwości, nie ma tu łatwych racjonalizacji sprytnie fiksowanych w przysłowiach, w odzywkach, w żartach. To właśnie odarcie seksu z jego oczywistości jest największym osiagnięciem spektaklu.   

fot. Marta Żelazowska