W maliny
e r j k . a m e r j k a / CC BY 2.0

13 minut czytania

/ Sztuka

W maliny

Stach Szabłowski

Wystawy najlepszych dyplomów typu „Coming Out” to autoprezentacje uczelni. Warszawska ASP pokazuje, że nauczyła studentów tworzyć prace, ale nie podpowiedziała im, po co to robić

Jeszcze 3 minuty czytania

„Żądam piątki z wyróżnieniem za mój dyplom, bo powiem wszystkim, co zrobiliście”. Takie ultimatum postawił w 2007 roku komisji egzaminacyjnej ASP artysta Grzegorz Drozd. Szantaż był jego dyplomem na Wydziale Malarstwa, a zatem dyplomant wymalował go olejem na płótnie. Każdy znak ultimatum był osobnym obrazem, przedstawiającym literę wyciętą z gazety.

Gdzie jest szantażysta Drozd, kiedy najbardziej go potrzeba? – chciałoby się zapytać, zwiedzając „Coming Out”, wystawę najlepszych dyplomów warszawskiej ASP. Jakiś mąciciel, jakiś kalający własne gniazdo prowokator bez wątpienia by się na tej wystawie przydał. Sabotażysta, który wsypałby garść piachu w tryby maszyny produkującej młodych polskich artystów – zwłaszcza że maszyna działa coraz sprawniej i coraz profesjonalniej. Ktoś, kto podniósłby Drozdowe pytanie: co zrobiliście?

A zatem co właściwie zrobiła Akademia?

            *

Coming Out. Najlepsze Dyplomy ASP w Warszawie

Plac Małachowskiego 2 (wejście od ul. R. Traugutta), IV piętro, Warszawa, do 13 grudnia 2015

Wśród wielu rytuałów świata sztuki narzekanie na szkoły artystyczne należy do najbardziej rytualnych. Kwęka się na ten temat, odkąd pamiętam. Nie można powiedzieć, żeby te marudzenia spływały po Akademiach jak woda po kaczce. Instytucje sztuki w późnej III RP to nie te same instytucje, które improwizowały art world w pierwszej dekadzie po transformacji. Akademie też nie stoją w miejscu. Kto był na przykład w Akademii Sztuki w Szczecinie, ten wie. Zajebisty sprzęt, zainwestowane fundusze europejskie, remont techniczny zakończony, remont mentalny w toku – dziekan profesor Kamil Kuskowski kolekcjonuje dobrych polskich artystów do kadry wykładowców, niczym prezes Florentino Perez gwiazdy do Realu; wizja dream teamu jest już w zasięgu ręki. Ale i Warszawa nie stoi w miejscu. To jednak już nie ta sama Akademia co kilkanaście lat temu – szkoła, w której dyplomy wystawiane były na zapaćkanych farbami korytarzach Wydziału Malarstwa, a widok profesora, który jeszcze przed południem solidnie wzmocnił się jakąś krzepką terpentyną mieścił się w granicach kultury korporacyjnej, albo jak kto woli folkloru, niepozbawionego przecież upiornego uroku. Kiedyś regułą – potwierdzaną zawsze przez kilka wyjątków – było staranne odklejanie wykładowców od realnego życia artystycznego, szanujący się profesor Akademii nie mógł mieć poważnej kariery instytucjonalnej, a już w żadnym razie międzynarodowej. Trudno się upierać, że jest tak nadal, kiedy wyliczanie wykładowców stołecznej ASP można rozpocząć z przytupem od nazwiska Bałka. 

Jak zmienia się Akademia, najlepiej świadczy wystawa dyplomów „Coming Out”. Już sam tytuł jest znaczący; oto uczelnia otwiera się na świat, następuje wyjście z szafy, a właściwie wyjście spod szkolnej ławy. I z roku na rok to „wyjście” robione jest bardziej profesjonalnie. Tegoroczna wystawa urządzona jest w pięknej kamienicy należącej do imperium Jana Kulczyka; prace są zawodowo zaranżowane, dobrze oświetlone, wyczerpująco opisane, zidentyfikowane wizualnie, wyeksponowane z głową i wyczuciem; na deser tej ekspozycyjnej uczty można obarczyć się efektownym i opasłym, nowocześnie złożonym katalogiem. Dostajemy dobry profesjonalny instytucjonalny produkt. Inaczej mówiąc, Akademia zrobiła wszystko, co mogła, aby ułatwić swoim świeżo upieczonym absolwentom pierwszy krok w nowy wspaniały świat instytucjonalizacji ich twórczości.

Ale przecież nie z tego ostatecznie Akademię rozliczamy, prawda?

To właśnie problem z Akademiami Sztuki: nie wiadomo, czym właściwie mają one być, więc nie wiadomo, czego tak naprawdę od nich chcieć. Kiedyś Akademie stały na straży akademickich zasad. Później drażniły swoim konserwatyzmem. Było się przynajmniej z czym pokłócić i przeciw czemu buntować. Tymczasem w taką wystawę jak „Coming Out” wchodzi się łatwo, jak gorącym nożem w masło, i tak już lekko roztopione. Akademie nie mają zasad, które chciałyby narzucić studentom, albo których gotowe byłyby przynajmniej przed studentami bronić. Akademizm definiują dziś nie akademie, lecz instytucje – ale jest to akademizm przewrotny, rozproszony; zbudowany nie tyle z reguł, ile poetyk, których jest tak wiele, że nie wyznaczają żadnego rozpoznawalnego kierunku. Kto pójdzie ich tropem, będzie chodził w kółko. Czyli szedł donikąd – tam gdzie, sądząc po dyplomach, zmierza większość absolwentów.

W art worldzie ogromną karierę robi pojęcie „ciemnej materii sztuki” – rzeszy artystów, którym nigdy się nie uda. Nie znaczy to, że są niepotrzebni. W systemie służą jako niezbędny i zarazem niewidzialny fundament dla strzelistych wież karier nielicznej grupy artystów sukcesu. Aby te wieże wyglądały odpowiednio strzeliście, teren wokół musi być odpowiednio płaski, a proporcje grupy „wyjątkowych” do tłumu „niewyjątkowych” odpowiednio nieproporcjonalne. Jeżeli teoria ciemnej materii jest prawdziwa, to straszny obraz. Nagie fakty są takie, że uczelnie plastyczne w Polsce rocznie opuszcza ponad 1000 absolwentów (w 2010 roku było ich dokładanie 1214, od tego czasu liczba ta wzrosła). To fakt nie tylko nagi, ale i mówiący sam za siebie. Uczelnie zajmują się produkcją czarnej materii sztuki.

widok wystawy „Coming out”

Oczywiście nie wszyscy, którzy opuszczają mury uczelni, muszą i chcą zostać artystami wizualnymi, w fundamentalnym znaczeniu tego pojęcia. Jedna z rzeczy, które najwyraźniej widać na „Coming Out”, to ruch Akademii w stronę szkoły zawodowej. Dyplomy z dziedziny sztuk pięknych (malarstwa, rzeźby, nowych mediów) nie stanowią nawet połowy spośród 36 prac pokazanych na wystawie. Większość realizacji należy do szeroko pojętych sztuk użytkowych (wzornictwa, architektury wnętrz, konserwacji, scenografii itd.) – dziedzin, w których moc absolwentów jest stosunkowo łatwa do obiektywnego zweryfikowania, zwłaszcza przez pracodawców, z którymi niedługo przyjdzie się im zmierzyć.

Na wystawie jest tyle (lepszego i gorszego) rzemiosła artystycznego, że łatwo zapomnieć o jakichś operacjach w sferze symbolicznej, do przeprowadzenia których na gruncie dyplomów również mogłoby przecież dojść.  W przeszłości dochodziło: był na przykład „Portret totalny Karola Marksa” Krzysztofa M. Bednarskiego, albo „Pamiątka pierwszej komunii świętej” Mirosława Bałki, albo „Piramida zwierząt” Katarzyny Kozyry, albo „Autoportret” Pawła Althamera. Aż trudno uwierzyć, że te i wiele innych podręcznikowych prac, które zagrały kiedyś ważną rolę w dyskursie artystycznym (nie mówiąc już o tym, jak definiowały samych autorów) – to były dyplomy. Trudno uwierzyć szczególnie na takiej wystawie jak „Coming Out”. Realizacje stricte artystyczne (czyli takie, z których w odróżnieniu od projektów z dziedziny dizajnu, czy scenografii teatralnej, nie będzie wymiernego pożytku) wyglądają bardziej jak modele czy projekty prac niż wypowiedzi. To w zasadzie dopiero ramy, w których można by umieścić jakiegoś rodzaju dyskurs. Tak jakby Akademia uczyła tworzenia prac, a nie wypowiadania się poprzez sztukę. Uczenie produkowania prac byłoby jednak wpuszczaniem studentów w maliny: nie ma sensu ich produkować: prac jest zawsze za wiele, i więcej nie potrzeba. Sensownych wypowiedzi jest za to niewiele – i zawsze zbyt mało.

W niedawno opublikowanym w „Dwutygodniku” wywiadzie Rafał Jakubowicz, który sam wykłada na uczelniach, postulował, aby Akademie uczyły artystów ekonomii i szkoliły ich do roli rzeczników społecznie pokrzywdzonych – ludzi, którzy nadadzą formę siłom społecznego oporu wobec niesprawiedliwości władzy i kapitału. To jest jakiś pomysł – zresztą moim zdaniem zupełnie nierealny. Jakubowicz chciałby sojuszu ludzi pracy i artystów, zamykając oczy na oczywisty konflikt interesów tych dwu grup; artyści w naturalny sposób ciążą ku elicie społecznej i zawsze łatwiej im będzie zawrzeć sojusz z władzą niż z masami.

widok wystawy „Coming out”

Ostatnia afera z doktoratami na warszawskiej Akademii pokazała, że projektowanie na uczelnie artystyczne systemu uniwersyteckiego z jego hierarchiami i stopniami naukowymi to operacja rodząca mnóstwo pułapek i logicznych sprzeczności, które prowadzą do nieporozumień i ogólnego zgorszenia. Czym więc ma być Akademia, skoro nie bardzo może być uniwersytetem, nie potrafi być kuźnią rewolucji, ani nie powinna być strażnikiem tradycji? Czy ma być kuźnią charakterów? Pustka, którą wypełnione są formy większości dyplomów, podpowiada, że Akademie nie znają odpowiedzi na to pytanie. W tym podejrzeniu utwierdza mnie fakt, że przecież dyplomy pokazane na „Coming Oucie” zostały wybrane spośród wielu innych przez rady poszczególnych wydziałów. To autoprezentacja uczelni; na takiej wystawie Akademia pokazuje, uprzedzając szantaż jakiegoś kolejnego Drozda, „co zrobiła”. Zresztą nie tylko warszawska ASP chętnie przyznaje się do swoich czynów. „Coming out” to zwieńczenie fali wystaw dyplomowych, która wzbiera w Polsce zawsze od połowy roku. Dopiero co zakończyła się podobna ekspozycja we Wrocławiu; latem oglądałem w Gdańsku konkursową wystawę „Najlepsze Dyplomy”, zorganizowaną w skali ogólnopolskiej. O nagrodę w dziedzinie sztuk pięknych (a więc z wyłączeniem wzornictwa i innych użytkowych kierunków) ubiegali się nominowani przez swoje uczelnie studenci z ośmiu szkół. Dojrzałych artystów na tych pokazach można jednak szukać ze świecą. Jeżeli mierzyć tempo procesu edukacyjnego gotowością absolwentów szkół plastycznych do niezależnej twórczości, to należałby iść w kierunku dokładnie odwrotnym niż ten, w którym zmierza obecny rząd. Wygląda na to, że dojrzewanie trwa coraz dłużej, więc wiek szkolny trzeba by obniżyć, a wiek emerytalny podwyższyć tak wysoko jak tylko się da.  

Profesjonalizm działania ASP zdaje się zasłoną skrywającą rosnącą dezorientację dotyczącą tak podstawowych kwestii, jak definicja celów i społecznych funkcji sztuki. Na te pytania mało kto ma dobre odpowiedzi. Instytucje sztuki są jednak w tej uprzywilejowanej pozycji, że mogą reagować na artystów, którzy taką odpowiedź – dobry powód, aby tworzyć sztukę – jednak znajdują. Akademia jest za to w pozycji nie do pozaazdroszczenia. Przychodzą do niej młodzi ludzie, którzy nie mają żadnych odpowiedzi, tylko same pytania. Co jednak profesorowie mają im powiedzieć o sensie sztuki i życia? Lepiej najpierw działać, a potem myśleć. Z perspektywy Akademii uczelnia jest po to, aby kształcić artystów, artyści by tworzyć prace, a prace po to, aby je wystawiać.

Najciekawszą rzeczą, jaką zobaczyłem na „Coming Oucie”, był dyplom, który nie powstał na jednym z wydziałów tzw. sztuk pięknych, lecz na konserwacji. Joanna Krakowian przeniosła zagadnienie konserwatorskie na grunt, nazwijmy to, postkonceptualny – nie opuszczając przy tym ani na krok granic swojego rzemiosła. Przedmiotem jej dyplomu jest „Parapluie-emballage” Tadeusza Kantora. W 1970 roku Kantor na wystawie „Multipart” pokazał w galerii Foksal 40 niemalże jednakowych asamblaży – zepsutych parasoli ponaklejanych na płótno i zamalowanych białą farbą. Wszystkie prace były przeznaczone do natychmiastowej sprzedaży za tanie pieniądze, pod warunkiem że nabywcy zgodzą się zawrzeć z artystą umowę. Na jej mocy posiadacz „Parapluie-emballage” mógł zrobić ze swoim egzemplarzem, co tylko mu się spodobało (pisać po nim, domalować nowe motywy, spalić). Jednocześnie właściciele zobowiązywali się, że za kilka miesięcy przyniosą swoje asamblaże do galerii Foksal i pokażą – na kolejnej wystawie – co z nimi zrobili.

Wśród nabywców Multipartów była grupa młodych architektów, która postanowiła swój egzemplarz uroczyście pochować w przylegającym do Foksalu ogrodzie. To właśnie ta praca stała się obiektem konserwatorskiej operacji Krakowian. Artystka zorganizowała zespół składający się z konserwatorów i archeologów, aby dokonać „ekshumacji” pogrzebanej pracy. Po 44 lat w ziemi dzieło Kantora zostało dokończone przez wilgoć, insekty i mikroorganizmy. Krakowian zakonserwowała to, co z niego zostało i – na ile to było możliwe – odtworzyła pierwotny zarys asamblażu. Powstał z tego wizualnie wyborny trup dzieła sztuki, ożywiany intrygującą i niepozbawioną cumującej ironii historią. Nie jestem pewien, jaki dokładnie płynie z niej morał. Ale w fakcie, że najciekawszą i najsprytniejszą pracą na wystawie dyplomów młodych adeptów ASP jest rozłożone truchło dzieła nieżyjącego artysty, na pewno jakiś morał tkwi.