Polski niebyt
Daniel Mendoza / CC BY-NC-ND 2.0

14 minut czytania

/ Literatura

Polski niebyt

Maciej Jakubowiak

Kiedy Polska przestaje istnieć – to na poważnie. Nihilizm płynie w krwi tego kraju, a niebycie jest tylko wysublimowaną formą bycia. Współczesna literatura jest likwidowaniem Polski zafascynowana

Jeszcze 4 minuty czytania

Polska jest konceptem niestabilnym i o rozmytych granicach. Niby wiadomo, że istnieje od 966 r., ale może tak naprawdę od roku 1000, niektórzy powiadają, że od 1989 r. Swoim kształtem przypomina koślawy kwadrat rozpięty między morzem, górami, Odrą a Bugiem, choć bywała także cielskiem rozciągniętym nieco bardziej na wschód. Współcześnie większość zainteresowanych zgadza się co do tego, że Polska właściwie istnieje, choć i z tym przecież bywało różnie, bo okresy niewątpliwego istnienia przerywane były okresami niewątpliwego nieistnienia. Wciąż nierozstrzygnięty pozostaje spór, czym właściwie jest Polska istniejąca i kto jest prawdziwym Polakiem (istniejącym). Ale nawet jeśli dzisiaj Polska jest, to mogłoby jej przecież nie być.

Tą ostatnią możliwością (polska) literatura współczesna wydaje się szczególnie zafascynowana. Trudno na pierwszy rzut oka stwierdzić, skąd się to bierze. Czy to wina romantyzmu, który był kulturą polskiego niebytu par excellence? Czy może chodzi tu raczej o autorskie fantazje o załatwianiu problemu z polskością? A może objawia się w ten sposób zdrowy odruch przygotowywania się na najgorsze? Może to wreszcie próba sprawdzenia, ile jest warte istnienie Polski, co winno się objawić właśnie wtedy, gdy tego istnienia sama zainteresowana zaniecha?

Nieznośność

Istnieje tradycja likwidowania Polski, której źródeł należałoby upatrywać w zawołaniu Lechonia: „A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”. Chodzi tu nie tyle o odsłonięcie jakiejś ukrytej podszewki polskiej tożsamości, ale po prostu o uwolnienie się od niej jako zbędnego zapośredniczenia w relacjach ze światem. Bycie Polką lub Polakiem stanowiłoby tu niepotrzebny składnik formuły „ja”.Michał R. Wiśniewski, „God hates poland”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 276 stron, w księgarniach od listopada 2015Michał R. Wiśniewski, „God hates Poland”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 276 stron, w księgarniach od listopada 2015

W drugiej książce Michała R. Wiśniewskiego „God hates Poland” Polski jest dużo – z jej nietolerancją, szowinizmem, wulgarnym seksizmem i bezrefleksyjnym podkręcaniem najgorszych tendencji kapitalizmu – za dużo, aby mogła pozostać znośna. Choć bohaterowie powieści na różne sposoby usiłują się od swojej polskości uwolnić – czy to wyjeżdżając za granicę, czy zanurzając się w globalnej popkulturze – to dosięga ich ona na każdym kroku. Nic więc dziwnego, że takiej Natce – zwyczajnej dziewczynie, która po prostu usiłuje być dobra i czasem poczytać w samotności – nie pozostaje nic innego, jak modlitwa zapisana w notatce na Kindle'u: „Panie Boże, spraw, żeby nie było już Polski”.

I oto Polska po prostu wyparowuje, znika, nie ma i nigdy jej nie było. Nikt się temu nawet specjalnie nie dziwi, poza samymi Polakami, którzy nagle – uwolnieni od swojej narodowej przynależności – stają się bezpaństwowcami zdanymi tylko na siebie. Ten eksperyment na wyobraźni pozwala sprawdzić, jakie mogłyby być konsekwencje faktycznego unicestwienia Polski, nie tylko egzystencjalne – te okazywałyby się uwalniające – ale też polityczne, prawne czy ekonomiczne. Polska okazuje się nie tylko źródłem cierpień, ale także, do bólu prozaicznie, gwarantem paszportów i kredytów na mieszkanie.

Tego rodzaju ciągoty pojawiały się też w pisarstwie Doroty Masłowskiej, której „Kochanie, zabiłam nasze koty” działo się w jakiejś bliżej niezdefiniowanej, bardziej amerykańskiej niż europejskiej, skonstruowanej z popkulturowych odpadów rzeczywistości. Ale najdobitniej Polska – a wraz z nią polskość – zostaje zmieciona z powierzchni ziemi w „Między nami dobrze jest”, rozgrywanym na napięciu między trzema reprezentantkami trzech pokoleń Polek. Najstarsza spośród nich jest zafiksowana na swoich wojennych doświadczeniach, najmłodsza natomiast, „Mała metalowa dziewczynka”, stanowi przypadek zupełnego wykorzenienia:

I między nami dobrze jest. I między nami dobrze jest! Nie jesteśmy żadnymi Polakami, tylko normalnymi ludźmi! Do Polski przyjechaliśmy tu z Europy po bio-prawdziwe dobre ziemniaki z prawdziwej ziemi a nie te wodniste z Tesco, a polskiego nauczyliśmy się z płyt i kaset!

Narastające nieznośnie napięcie między kobietami zostaje w końcu zlikwidowane, gdy okazuje się, że ani ich, ani Polski po prostu nie ma. Wieczny powrót polskiej katastrofy likwiduje problem polskiej tożsamości, która okazuje się, co najwyżej, wyrokiem skazującym na nieistnienie.

Zbawienna rzeź

Polskę można też po prostu zbombardować. Robił to przed laty Kazik, imitując amerykańskie narracje o walce z obcymi. Dla niego okoliczność, że „Mars napada”, stawała się okazją do pokazania panującej w latach 90. społecznej rozpierduchy.

Wojenna armada na Wrocław się kieruje
Może Pan Bóg się nad nimi ulituje?
Może nas uratuje? To już zamknięcie matni
Wrocław od zawsze poddaje się ostatni!

Inwazja Marsjan prowokowała mieszkańców Polski do zachowań, które na co dzień łagodził – powstający dopiero – społeczny konwenans. Katastrofa pełniła więc w tym wypadku funkcję krytyczną, ale i katarktyczną, gdyż oczyszczając pole społeczne z fałszywych zapośredniczeń, ukazywała nas takimi, jakimi naprawdę byliśmy. Jeśli jednak w amerykańskich filmach o inwazji obcych z każdego wychodziło w końcu to, co najlepsze, to z Polaków wyłaziło raczej to, czym nie warto się chwalić za granicą.

Po 15 latach pomysł ten wykorzystał Ziemowit Szczerek: „No więc zaczęło się, jak w tej piosence Kazika Staszewskiego. Nad Bałtykiem rozpostarli swoje skrzydła ludzie z Marsa” – pisał w jednym z felietonów na łamach dwutygodnik.com. Tyle tylko, że nie szło tu już o atak z zewnątrz, ale – po freudowsku – o powrót wypartego, czyli wyjście na jaw tego wszystkiego, co w konstruowaniu polskiej tożsamości AD 2015 skrzętnie zamieciono pod dywan. Szczerek, we właściwy sobie sposób łącząc fikcyjną farsę z publicystyczną interwencją, naigrawał się ze stosunku Polaków do sprawy imigrantów i odsłaniał kruche podstawy roszczeń o przynależności do Zachodu.

Zresztą cały cykl felietonowy „Rzeź pospolita” stanowi laboratorium różnych scenariuszy likwidowania Rzeczpospolitej. A to dzieli się ona na wschodnią Najjaśniejszą Rzeczpospolitą Polską i Świecką Federalną Republikę Zachodniej Polski, by wskutek nieprzewidzianego wypadku z Instytucie Badań Jądrowych w Świerku po prostu wyparować. A to zmaga się z barszczem Sosnowskiego, zyskującym nagle polityczną agendę. A to wreszcie – jak w ostatnim felietonie, czekającym na kontynuację – zwyczajnie przestaje istnieć: „Któregoś dnia, o poranku, Europa się obudziła, patrzy – a tu nie ma Polski. Rany boskie. Po prostu – nie ma. Tam, gdzie kiedyś Polska była – teraz woda chlupie. Płytka. Błotko w zasadzie takie – po horyzont”.

W podobny zresztą sposób Szczerek likwidował Polskę w „Siódemce”, w której wewnętrzne napięcia między Polakami ulegają w jednej chwili rozwiązaniu na wieść o rosyjskiej inwazji i spektakularnym bombardowaniu Radomia. To Szczerek właśnie, jak nikt inny, nadaje się na kronikarza apokaliptycznych nastrojów, które w ostatnim roku stały się leitmotivem kawiarnianych rozmów. Nie zmienia to jednak faktu, że autor „Siódemki” jest Polską obsesyjnie przejęty – nawet jeśli to tylko przejaw syndromu sztokholmskiego.

Historyczna kruchość bytu

Zamiast wdawać się w brutalne i bezceremonialne obracanie w gruzy, można Polskę unicestwić w bardziej elegancki sposób. Sama zresztą historia podsuwa co najmniej kilka możliwych scenariuszy, przy których wystarczy tylko lekko pomajsterkować, żeby z istnieniem Polski załatwić się na dobre. Już w pierwszych klasach podstawówki uczymy się przecież, że dopiero co Mieszko I i Bolesław Chrobry dokonali tytanicznego wysiłku, żeby Polskę stworzyć, i już po chwili wszystko rozpadło się na niezborne fragmenty. A potem te wszystkie najazdy, potopy, powstania i zabory. Tak jak Eskimosi mają podobno dziesiątki określeń na różne rodzaje śniegu, tak polskie dzieci mają do dyspozycji cały słownik określeń na znikanie własnego kraju.

W historiach alternatywnych, w których różne cudy i szczęśliwe zbiegi okoliczności nie prowadzą do odrodzenia Polski, specjalizuje się w ostatnich latach Jacek Dukaj. W „Xavrasie Wyżrynie” manewr oskrzydlający Piłsudskiego nie udaje się, a ziemie polskie wpadają w ręce bolszewików i przez kolejne dziesięciolecia przekształcają się w postapokaliptyczne pustkowie. Tytułowy bohater, rewolucjonista-terrorysta, opętany ideą odzyskania politycznego bytu, wybiera się na Moskwę, żeby potraktować ją bombą atomową. Polski romantyzm dochodzi tu do swoich radykalnych konsekwencji i staje się fundamentalistyczną ideologią, nie gorszą od tej, którą wyznają dziś terroryści z Daesh.

Nieco spokojniejszy scenariusz polskiego nieistnienia rozwija się natomiast w „Lodzie”, w którym I wojna światowa nie ma okazji się rozpętać, bo w 1908 r. wszystko zamarza. Skuta lodem Warszawa nie skłania bohaterów do rewolucyjnych działań, bo jest im zwyczajnie za zimno, by myśleć o niepodległości, a Piłsudski – lidej grupy terrorystycznej – krąży ze swoimi oddziałami gdzieś po Syberii i nikt nie traktuje go poważnie. Zmiana warunków atmosferycznych oraz sposobów myślenia (bo w świecie, w którym po ulicach krążą upiorne lute, nie ma miejsca na logikę wielowartościową, jest tylko prawda albo fałsz) sprawiają, że polski romantyzm staje się co najwyżej zbiorem naiwnych fantazji ludowych. Triumfuje za to myślenie pozytywistyczne i naukowe, a szkoła lwowsko-warszawska odnosi zasłużone sukcesy.

Pisząc w 2007 r. o „Lodzie”, Wojciech Orliński zastanawiał się, „czy Polska jako taka w ogóle jest konieczna”. Wydana właśnie powieść „Polska nie istnieje” jego autorstwa raczej nie pozostawia co do tego wątpliwości. W majsterkowaniu przy historii Orliński sięga głębiej niż Dukaj, a jego pomysł jest bardziej złożony. Oto w 1877 r. dochodzi w Stanach Zjednoczonych do strajków robotniczych, które jednak nie zostają brutalnie stłamszone, jak to było w rzeczywistości, ale prowadzą do powstania Robotniczych Stanów Zjednoczonych Ameryki. Taka sytuacja zmienia wszystko w globalnym układzie sił, Europa wychyla się politycznie na lewo, konflikty zostają załagodzone, I wojna światowa nigdy nie wybucha i – to już znamy – Polski nie ma.Wojciech Orliński, „Polska nie istnieje”. Narodowe Centrum Kultury, 293 strony, w księgarniach od grudnia 2015Wojciech Orliński, „Polska nie istnieje”. Narodowe Centrum Kultury, 293 strony, w księgarniach od grudnia 2015

O tym, jak to jest, dowiadujemy się z narracji równoległej, toczącej się w 2015 roku. Świeżo upieczony absolwent dziennikarstwa na cesarsko-królewskim Uniwersytecie Jagiellońskim wyrusza w podróż życia, podczas której odkryje, że nie wszystko musiało potoczyć się tak, jak się potoczyło, i że Polska – w tym tkwi przewrotność książki Orlińskiego – zamiast nie istnieć, mogłaby istnieć. Autor przewodnika „Ameryka nie istnieje” (analogia jest tylko pozorna, bo Stany Zjednoczone im bardziej nie istnieją, tym bardziej istnieją) bawi się tworzeniem alternatywnego świata, w którym kapitalizm nigdy się na dobrą sprawę nie rozwinął, a wynalazki technologiczne poszły w nieco innym kierunku i w nieco wolniejszym tempie. Mamy tu napędy hybrydowe, luksusowe zeppeliny i rudymentarny internet, podróże są drogie, a masowa hodowla zwierząt nikomu nie przyszła do głowy. Pojawiają się też alternatywne losy postaci znanych skądinąd, np. profesora Pawła Dunina-Wąsowicza, zmęczonego mizerią swojej pracy akademickiej. Orliński bawi się też prozą gatunkową, w części XIX-wiecznej wykorzystując konwencje westernu, a w XXI-wiecznej – powieści inicjacyjnej i trochę steampunku.

Zupełnie serio traktuje natomiast Orliński wątek rewolucji socjalistycznej (o czym skądinąd wiedzą doskonale czytelnicy jego bloga), która może spowalnia nieco rozwój techniki, za to rozwiązuje bardziej fundamentalne problemy związane z nierównościami społecznymi. Główny bohater, Konrad Hirsch, jest wychowankiem sierocińca, który dzięki publicznej edukacji i państwowym stypendiom może skończyć studia z wyróżnieniem. Choć nie brakuje w tym świecie uprzywilejowanych, to ich dystans do przeciętnej stopy życia nie jest wcale taki horrendalny. Nad wszystkim czuwa natomiast silne państwo, które nie stroni od policyjnych metod kontroli, zapewnia jednak swoim obywatelom socjalne bezpieczeństwo.

Podobnej jak u Dukaja transformacji ulegają wątki romantyczne, które tracą swoją doniosłość i przepadają w otchłaniach historii. Niepodległość narodowa okazuje się bowiem mniejszym zmartwieniem niż codzienna jakość życia w wielokulturowym imperium Habsburgów. A Polska – już nie jako konieczność, lecz jako wybór, przed którym staje główny bohater – traci swoją absolutną wartość i staje się przedmiotem historiozoficznej kalkulacji.

Inni nie mają takiego problemu. Kiedy w najnowszym serialu Amazona „The Man in the High Castle”, zrealizowanym na podstawie książki Philipa K. Dicka, Stany zostają podzielone między nazistów i Japończyków, to wciąż pozostają Stanami, a w dni świąteczne ich mieszkańcy niezmiennie robią grilla i oglądają fajerwerki. Gdy w „V jak Vendetta” Wielka Brytania staje się państwem totalitarnym, to pozostaje w swoim totalitaryzmie arcybrytyjska.

Kiedy jednak Polska przestaje istnieć – to na poważnie. Nihilizm płynie w krwi tego kraju, a niebycie jest tylko wysublimowaną formą bycia. Scenariusze likwidacji mamy przerobione, bo doskonalimy je od samego początku. A kiedy porządek świata zostanie zburzony i polityczna mapa świata zmieni się w chaotyczne bazgroły, gdy Niemcy, Francuzi i Amerykanie będą rozpaczać nad nieuchronną apokalipsą – Polacy powiedzą tylko: to nie pierwszyzna.