Jedi dobrze sprzedaj

10 minut czytania

/ Film

Jedi dobrze sprzedaj

Darek Arest

„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy” to sprawna, dobrze naoliwiana maszyna do spełniania oczekiwań. Cel jest szczytny: wszystkim dogodzić, nikogo nie urazić, zarobić mnóstwo pieniędzy

Jeszcze 3 minuty czytania

Przez moment żyjemy w prostym świecie, w którym istotne jest tylko jedno pytanie – czy nowe „Gwiezdne wojny” dorastają klasą do popkulturowego mitu sprzed czterech dekad? Jeśli chodzi o filmową jakość, to nawet go przerastają, co pewnie zresztą nie jest takie trudne – obiektywnie rzecz biorąc, oryginalna saga Georga Lucasa daleka jest od ideału. Ale kogo obchodzi obiektywizm, kiedy mowa o micie? Mitu doścignąć nie sposób. Można się do niego co najwyżej poprzytulać i film J.J. Abramsa oferuje widzom taką przyjemność, robiąc to w nieporównywalnie lepszym stylu niż druga trylogia zrealizowana przez samego Lucasa w latach 1999–2005.

Grzechy ojców

Gdzie wojny, tam muszą być i przegrani. Dwa popularne zarzuty wobec „Gwiezdnych wojen” są takie, że przyczyniły się one do zinfantylizowania wizerunku science fiction i do upadku hollywoodzkiego scenopisarstwa. Podstawy w obu przypadkach są mocne, ale wina mocno dyskusyjna. Seria Lucasa ma z gatunkiem reprezentowanym w literaturze przez Lema i Asimova tyle wspólnego, co z reportażem w stylu gonzo. Jest to raczej bajka fantasy – ze smokami, rycerzami, księżniczkami, zamkami i złymi imperatorami – tyle że umieszczona na tle „kosmicznej” scenerii. Mleko jednak się rozlało, i to od razu na całą galaktykę. Sukces Lucasa uruchomił lawinę „kosmicznych” produkcji: scenariusze, które od lat czekały na realizację, nagle dostały zielone światło, niekiedy nawet przenoszono w gwiazdy akcję filmu, który początkowo miał się rozgrywać na Ziemi, byle załapać się na nową kosmiczną modę. I tak SF utożsamiona została mocniej z kostiumem niż ideą.

Zarzut scenariuszowy wiąże się z wykorzystaniem przez Lucasa koncepcji monomitu, opisanej przez Josepha Campbella w słynnym „Bohaterze o tysiącu twarzy”. Z najważniejszych opowieści ludzkości amerykański mitoznawca wyłuskał coś na kształt uniwersalnej matrycy fabularnej, opisującej podzieloną precyzyjnie na etapy „podróż bohatera”. Od Jezusa i Buddy do Robin Hooda i Hobbita – każdy szanujący się idol ziemskiej cywilizacji musi przejść tę podobną drogę – zostać wyrwanym ze spokojnego życia, wyruszyć w drogę, poznać mistrza, oprzeć się pokusie, upaść, narodzić się na nowo, stoczyć ostateczną walkę, by w chwale powrócić do punktu wyjścia. Uniwersalną matrycę zbyt bezkrytycznie uznano za uniwersalny przepis na scenariuszowy sukces. Tryumf schematu oznaczał zwykle krach postaci i dramatu. Zresztą Sam Luke Skywalker nie jest postacią zbyt mocną. W oryginalnej trylogii nie bez powodu główny bohater ginie zwykle w cieniu szujowatego przemytnika Hana Solo.

Rzecz w tym, że ani kosmiczna infantylność, ani dramaturgiczne doły nie są słabościami „Gwiezdnych wojen”. Czy raczej – „Wojny” są silne m.in. także swoimi słabościami. Oczywiście, na sukces serii składają się bezprecedensowo doskonałe, do dziś imponujące efekty specjalne, lekkostrawny koktajl ironii i patosu, nowoprzygodowa gra z widzem i nieuchwytny element magiczny. Ale pewnie gdyby Luke nie był taką pustą formą, a miejsce akcji uniwersalnym obrysem królestwa za siedmioma galaktykami, „Gwiezdne wojny” nigdy nie stałyby się jednym z uniwersalnych filarów współczesnej popkultury. Twórca najnowszej części sagi – J.J. Abrams doskonale to rozumie – nie boi się poprawiać i ulepszać Lucasa, ale podąża jego tropem niemal z chorobliwą wiernością. Dopisując zgodny z duchem oryginału ciąg dalszy serii, scenariuszowo odtwarza w skali naturalnej „Nową nadzieję” – pierwszą część cyklu, z roku 1977. Oto samonapędzający się monomit w stanie czystym. Klasyfikacja filmu nie jest więc całkiem prosta – „Przebudzenie Mocy” to jednocześnie sequel, ale także trochę remake i reboot – czyszczący scenę pod ponowny start serii. Starzy bohaterowie są na pokładzie, ale spotykamy też ich współczesne odpowiedniki. Oglądamy dalszy ciąg, który jest jednocześnie niemal dokładnym powtórzeniem. Idzie o to, żeby każdemu w miarę możliwości dogodzić. Nowe „Gwiezdne wojny” to właśnie taka sprawna maszyna do spełniania oczekiwań. Abrams przećwiczył podobny manewr z powodzeniem już przy okazji nowego „Star Treka”.

Mamy już takiego jednego Graala

Nieszczęsna druga trylogia Lucasa kusiła nie tylko powrotem do ukochanego świata, rozświetlonego blaskiem cyfrowych efektów specjalnych (które zresztą oddały tym filmom niedźwiedzią przysługę), ale także spełnieniem dawno złożonej obietnicy. Częścią składową mitu założycielskiego pierwszych filmów spod znaku „Star Wars” jest bowiem to, że Lucas oznaczył je numerami IV, V i VI. Nowe epizody (I–III) odgrywały więc niezbędną w każdym dobrym micie rolę zaginionego świętego Graala. Tym samym filmy te wiązały się z mniejszą odpowiedzialnością – do prequeli nie trzeba było odkurzać starych bohaterów i narażać ich dobrego imienia. Dopisujący ciąg dalszy Abrams nie może liczyć na podobną bezkarność, może za to skorzystać z całego arsenału nostalgii i bawić się w spełnianie napęczniałych fantazji. I czerpie z tych możliwości pełnymi garściami. Temperatura emocjonalna jest tu dokładnie taka jak powinna – stan podgorączkowy, delikatnie kontrolowany przez kompresy z chłodnego rozsądku.

Wracają niemal wszyscy starzy bohaterowie, ci, którzy wrócić mogą. Pozostali dostają jakiś rodzaj honorowej reprezentacji. Wszyscy zaś otrzymują godnych następców. Stara gwardia ma pomóc osadzić to nowe pokolenie w starym świecie, legitymizować je do przejęcia sterów, ale ich udział nie jest tylko symboliczny. Abrams do spółki z Lawrencem Kasdanem (współscenarzystą oryginalnej serii) nie rzucili się może na jakieś szalone reinterpretacje, ale zaplątali bohaterów w zdarzenia istotne, ostateczne, z nieodwracalnymi skutkami dla uniwersum. Potencjał młodej gwardii jest większy niż wyznaczone im pole do popisu i raczej nie ma wątpliwości, że przejmujący od Forda rolę awanturnika Oscar Isaac czy reprezentujący nieśmiało rodzące się zło Adam Driver będą szczodrzej dzielić się swoją charyzmą w dopiero nadchodzących częściach. Dojrzale i intrygująco prezentuje się umieszczona w centrum „Przebudzenia” para młodziaków z rocznika 1992 – John Boyega, jako wyrywający się spod wpływu czarnej strony mocy szturmowiec Nowego Porządku, oraz fantastyczna Daisy Ridley, z entuzjazmem i nerwem wcielająca się w walczącą o przetrwanie zbieraczkę złomu. Zmiana pokolenia idzie pełną parą na wszystkich frontach. Abrams w momencie premiery pierwszych „Wojen” miał lat 11. Rian Johnson, który w tej chwili realizuje już część następną – lat 6.

„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”

Stylistycznie film należy do kategorii „mądre retro”, bliższy pierwszej trylogii niż Lucasowi sprzed dekady czy widowiskom spod znaku Marvela. Cyfrowe efekty specjalne rozsądnie pogodzono z analogowymi, tempo i skala akcji nie próbują przytłoczyć widza, pozwalają się objąć i przygotować na kolejne etapy podróży. I chociaż znalazło się tu miejsce nawet dla klasycznych roletek montażowych, tych staroszkolnych przejść między scenami, seans wolny jest od poczucia, że bawimy się w „stare kino”. Ślady stylizacji są bardzo delikatne i stonowane, bo odwołują się raczej do tego, co uniwersalne w języku kina popularnego ostatnich dekad, a nie do konkretnych rozwiązań formalnych. A Abrams to po prostu lepszy filmowiec niż Lucas, bardziej skupiony na postaciach i nastroju, sprawny w scenach akcji, jego styl bliższy jest wrażliwości Stevena Spielberga. Potrafi mistrzowsko balansować pomiędzy starym a nowym, „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy”, reż. J. J. Abrams„Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy”, reż. J.J. Abrams.
USA 2015, w kinach od 18 grudnia 2015
budowaniem oczekiwań i ich spełnianiem. Nie jest to strategia bez wad – jak wiele współczesnych widowisk, „Przebudzenie Mocy” przypomina nieco bieg z przeszkodami, w którym najwyższą ambicją twórców jest nie potknąć się. Uciekając się do metaforyki sportowej – skok Ambramsa jest wykonany w świetnym stylu i zakończony pięknym telemarkiem, ale nie dość daleki. A jednak, co nie zdarza mi się często na współczesnych widowiskach, końca wyglądałem z niepokojem, bojąc się, że nadejdzie zbyt szybko, pośpieszając akcję, tnąc wątki niedbale żyletką, bezlitośnie każąc wyczekiwać na kolejny odcinek. Nic takiego się jednak nie dzieje. W sen hibernacyjny możemy zapaść z godnością.

Niemoc będzie z tobą

Do listy zgubnych skutków sukcesu „Gwiezdnych wojen”, poza uszczerbkiem na dobrym imieniu SF i scenariuszowym kanibalizmem, dopisałbym coś jeszcze. Czy najbardziej destrukcyjna nie jest sama idea „mocy” – ukrytego pierwiastka geniuszu decydującego o wyjątkowości i nieskończonych możliwościach wybrańca? Moc Jedi ma oczywiste konotacje religijne (jedni w nią wierzą, inni nie, a obdarzony nią wybraniec może zbawić galaktykę od chaosu), ale stanowi też metaforę głęboko ukrytego, niesprecyzowanego „talentu”, który obywa się bez specjalizacji i ciężkiej pracy. Przekonanie, że wszyscy jesteśmy, czy chociaż możemy być, wyjątkowi, to bardzo popularny i dość destrukcyjny topos kulturowy. Ilu nieszczęśników Luke Skywalker zainfekował przekonaniem o tej niepowstrzymanej sile, usypiając ich wróżbą nieuniknionej przygody i tryumfu, które zapukają w końcu do ich drzwi? W dobrym micie należałaby mu się za to jakaś porządna kara. Na przykład niekończące ściganie się z własną legendą.