Carpe diem, OK?
fot. Antoni Grałek

7 minut czytania

/ Teatr

Carpe diem, OK?

Paweł Soszyński

W „Żołnierzu królowej Madagaskaru” Tomaszewski jak sam autor farsy gromadzi klisze i lekceważy logikę fabuły – w ten sposób reinterpretuje artystyczne hierarchie w teatrze

Jeszcze 2 minuty czytania

Najbardziej znana, filmowa wersja „Żołnierza królowej Madagaskaru” z 1958 roku to szczyt fabularnej głupoty. Idiotyczny jest już sam tytułowy wodewil, atrakcja teatrzyku „Arkadia”, w którym Kamilla wciela się w rolę rozbitka, obwołanego przez madagaskarskich „Murzynów” (tańczących kankana) królową wyspy. Historyjka znajduje ekscentryczny finał, gdy królowa zostaje uratowana przez tytułowego żołnierza przebranego w kostium „świętej Małpy”. Fabuła aż trzeszczy w szwach, częstochowskie rymy nonsensownych kabaretowych szlagierów tylko pogłębiają konfuzję widza. Ten polski bieda Moulin Rouge w niewyjaśniony sposób zachwyca jednak gości lokalu. I może zachwyca nas. Grubymi nićmi szyte są także główne perypetie bohaterów farsy. Nie będę o nich pisał, bo zupełnie nie mają ani znaczenia, ani głębszego sensu. Na pewno nie mają znaczenia dla Cezarego Tomaszewskiego, który w Kaliszu przeciął nici i rozpruł szwy tej historii. Oglądając spektakl Tomaszewskiego, trzeba więc natychmiast zapomnieć, o czym jest „Żołnierz królowej Madagaskaru” – XIX-wieczna farsa Stanisława Dobrzańskiego, którą w 1936 przepisał po swojemu Julian Tuwim. Z tym nie powinno być zresztą problemu, bo kto ją pamięta?



O fabule zapominają sami bohaterowie, błądzący po scenie wśród muzealnych eksponatów (scenografia Braci) – pseudoegipskich szakali w gablotach, dzikich masek i kostropatych waz, równie niedorzecznych, co perypetie Mąckiego, Mazurkiewicza, Sabinki czy Kamilli. W utrzymanych w tempie galopu scenach wszyscy oni zrywają się i spadają z krzeseł, kręcą młynki pospołu z roztańczonymi meblami, polują na paranoiczne niewidzialne muchy i dostają paroksyzmów, śmieją się bez powodu, burczą i smarkają, prezentując sobie przy okazji sztuczne ręce i małpie całusy, przedrzeźniają widownię oraz często sami sobie biją brawo; kłócą się, kochają, obgadują i doprawdy trudno dociec, jaka substancja czynna dowodzi ich psychologią. Kamilla śpiewa tu nie tylko numery, także operowe arie, ktoś dogaduje z wigwamu, a Sabina biega na czterech łapach, kręcąc tyłeczkiem pod imponującym, piętrowym żyrandolem z bananów. Frapują i dezorientują siebie i widza. Jest grubo, bezczelnie. 

„Żołnierz królowej Madagaskaru”, reż. Cezary Tomaszewski. Teatr Bogusławskiego w Kaliszu, premiera 12 grudnia 2015„Żołnierz królowej Madagaskaru”, reż. Cezary Tomaszewski. Teatr Bogusławskiego w Kaliszu, premiera 12 grudnia 2015Tomaszewski pozwala tej historii się rozpaść, sensom zupełnie rozbroić, dzięki czemu doprowadza do zagęszczenia wodewilowej konwencji. W Kaliszu dostajemy wyskokowy destylat tego, co Tadeusz Boy-Żeleński nazywał w swoich międzywojennych recenzjach teatralnym „rozfikaniem”. „O Boże, dlaczego tak głupio?” – rzuca Mącki (rewelacyjny Lech Wierzbowski), powtarzając później jak refren historię o parzeniu herbaty Marka Raczkowskiego. W spektaklu wiele jest zresztą językowych wariactw, cytatów i absurdalnych dialogów. Ich spiętrzenie budzi oczywistą śmieszność, trudno nie rżeć od początku do końca. Ale obok śmieszności Tomaszewski i dramaturżka Justyna Wąsik wprowadzają dzięki nim na scenę mechanizm całkowitego nieporozumienia. Jeżeli w farsie konwencja podporządkowuje sobie fabułę, to w Kaliszu rozsadza ona język, tożsamość bohaterów, świat przedstawiony. W ten sposób fikcja farsy zostaje anulowana, więcej – fikcja samego teatru. Nie sposób zanurzyć się tu w świat bohaterów, nie można, skoro i oni sami są bezustannie wypychani na powierzchnię fabuły przez farsę własnych uniesień. Jeśli w pierwszej scenie siedząca z tyłu Kamilla trzyma w zębach korek od szampana, to nie tylko po to, by brzmieć jak kolejowa spikerka – to zakorkowanie gwiazdy wodewilu anonsuje również niemożliwość wyrażenia tej narracji, bo jej język wymyka się semantycznym regułom. To nie będzie historia, którą się opowiada. Jak uchwycić coś tak niedorzecznego: „ale święta małpa widać rządzi, że tu biała człowiek rzadko zbłądzi. Murzynowie puste czarne brzuchy mieć, mieć, mieć. Umba umba umba”. „Gdzie człowiek, co z mej pieśni całą myśl wysłucha” – powie za Mickiewiczem Sabina. No właśnie – gdzie? „Bój się Boga, Mazurkiewicz!”.

Pozostaje nam zapomnieć się w uroczym bezsensie, zdać na narracyjny idiotyzm, nonsensowne motywacje i naiwne happy endy – a więc wszystko to, co w farsie nakręca zardzewiałą sprężynę suspensów. Podążyć za tym wcale nie po to, by wyśmiać „Żołnierza”, ale dotrzeć za jego pomocą do punktu, w którym teatr bierze swój pierwszy zamach. Nagromadzając klisze, lekceważąc ciągi przyczynowo-skutkowe i logikę fabuły, naginając do własnych celów reguły prawdopodobieństwa, a więc robiąc dokładnie to, co autor farsy, ale przy wykorzystaniu języka współczesnej sceny, realizatorzy reinterpretują artystyczne hierarchie w teatrze. Narodziny tragedii z ducha kabaretu, transgresja w kankanie, katharsis na skórce od banana. Po obejrzeniu „Żołnierza” z Kalisza można sobie pomyśleć, że teatr, wbrew oczekiwaniom polskiego widza, wyrósł nie z misterium, a farsy, nie z kościoła, a garderoby gwiazdki wodewilu. Jesteśmy w horyzoncie zupełnie innych teatralnych poszukiwań – ten „Żołnierz” jest przecież bardzo nowoczesny.

fot. Antoni Grałek

Główną zaletą spektaklu, i całej koncepcji teatralnej Tomaszewskiego, jest jednak to, że jego realizacje pozostają zawsze otwarte, niedopowiedziane. Reżyser pozwala, by znaczenia wypłynęły z samej materii spektaklu. Żeby osiągnąć ten organiczny efekt, komponuje strukturę w najmniejszych detalach. Pod tym względem „Żołnierz” jest mistrzostwem. Choreograficzne kontrapunkty, muzyczne antyfony. Ten efekt trudno by było osiągnąć bez porozumienia, które reżyser zdaje się mieć z Justyną Wąsik. Kolejne frazy, choćby genialne, rzucane na boku operowym szeptem komentarze Mąckiego, podcinają jak zmiana tonacji nogi rozpędzonej narracji, ale wciąż komponują się z innymi głosami, tworząc zwartą partyturę. Pod tym względem kaliski spektakl to teatralne „Wariacje Goldbergowskie” i burleska w jednym – rzecz zdawałoby się niemożliwa.

Przede wszystkim jednak „Żołnierz królowej Madagaskaru” to teatralny odlot, jakiego dawno już na polskich scenach nie było. Rwący strumień atrakcji utrzymany w ryzach fenomenalnej struktury. W pokręcony świat Tomaszewskiego wpadamy z niebywałą radością i satysfakcją. Jest frenetycznie, przezabawnie, ekscentrycznie. „Carpe diem, OK?” – mówi w pewnej chwili Władzio.