Poezja w ruchu i tam, gdzie właśnie jest
Gustavo Pacheco / flickr CC

22 minuty czytania

/ Literatura

Poezja w ruchu i tam, gdzie właśnie jest

Maciej Woźniak

„Entuzjazm krytyki wyraźnie przygasł na tle tysięcy blogowych notek i okładkowych blurbów. Dziś nikt nikogo nie prowadzi za rękę, poezja – w przeciwieństwie do finansów czy polityki – to poważna sprawa” – podsumowanie roku 2015 w poezji

Jeszcze 6 minut czytania

W szranki o wysoce prestiżowe laury poetyckie, wrocławskiego Silesiusa i gdyńską GDYNIĘ, staje co roku około półtorej setki książek. O laury nie mniej zaszczytne, a jeszcze mocniej amortyzujące finansowo trudy poetyckiej tułaczki, czyli o nagrodę, której patronuje Wisława Szymborska, rywalizuje ze sobą około dwustu tomów. Tę samą liczbę dwieście osiągnęły ostatnio książki wojujące o Orfeusza, nagrodę wartościową także w tym sensie, że ogniskującą w dużej mierze środowiska, które czuły się nieco zaniedbane medialnie. Zagłębiam się w tę mistykę statystyk, bo oto koniec roku i pora zrobić poetycki remanent, a powiada się, że nowa hierarchia nagród zastąpiła dawne hierarchie: ustalane od wewnątrz przez środowiska (kto przy czyim stoliku ma prawo zasiąść) albo przez zewnętrzny aparat administracji (szafujący państwowymi apanażami). Lata 90. ubiegłego wieku wypadało uznać za okres przejściowy, ale o tyle istotny, że pozwalający wyobrazić sobie wydaną wówczas – analogiczną do tej słynnej, poetyckiej – antologię „Macie swoich krytyków”. Rozkwitowi nowej poezji po 1989 r. towarzyszyła bowiem krytyka, która z widocznym entuzjazmem i poświęceniem poezji sekundowała (od autorytetów w akademickim rynsztunku, jak choćby Marian Stala, po lekkozbrojnych, ruchliwych zagończyków w typie Karola Maliszewskiego). 20 lat później ten entuzjazm i poświęcenie krytyki nie są być może mniejsze, tyle że wyraźnie przygasły na tle tysięcy papierowych i sieciowych recenzji, blogowych notek, portalowych komentarzy, wydawniczych zapowiedzi i okładkowych blurbów, których konduita w wielu przypadkach ma prawo budzić wątpliwości. Skutek jest jednocześnie najgorszy (jeżeli zajrzymy do księgarń, wychodzi na to, że ostatnim żywym poetą polskim – takim, który naprawdę trafił pod blachodachówki – pozostaje zmarły 10 lat temu ksiądz Jan Twardowski) i najlepszy z możliwych (nikt nikogo nie prowadzi za rękę, albowiem poezja – w przeciwieństwie do finansów czy polityki – to poważna sprawa).

aJako pierwsze z wydanych w roku 2015 przychodzą na myśl książki autorów, którzy – niezależnie od widmowych hierarchii – wciąż dzielnie niosą na barkach swoją legendę sprzed dwóch dekad. Nowe tomy Marcina Świetlickiego, Andrzeja Sosnowskiego i Jacka Podsiadły (ten ostatni datowany rok wcześniej, ale praktycznie dostępny na rynku od 2015) nie tylko nie zdradzają objawów pasożytowania na „powszechnym uznaniu krytyki” czy stworzonym przed laty przez autora „unikalnym poetyckim idiomie”, ale z owym uznaniem oraz idiomem wchodzą w rozmaite dialogi i polemiki. Marcin Świetlicki – nieprzyhamowany wręczonym mu w 2012 r. Silesiusem za całokształt twórczości – opublikował tom „Delta Dietla”, w którym jego stary dobry bohater liryczny okazuje się wciąż żywo obecny w społecznej rzeczywistości, zaś estetyczny i etyczny niepokój ulegają czujnemu update’owaniu. Co ciekawe, równolegle ukazała się antologia „Zło, te przeboje”, zawierająca, wedle słów samego Świetlickiego, jego „prawie całą twórczość piosenkową”. Oprócz tekstów śpiewanych m.in. z zespołami Świetliki, Czarne Ciasteczka, Najprzyjemniejsi, tudzież w towarzystwie takich muzyków, jak Mikołaj Trzaska, Cezary Ostrowski czy grupa Pidżama Porno, istotne są w niej jeszcze dwie rzeczy. Ujmująco wnikliwa, skupiona na piosenkach, a nie na wizerunku autora rozmowa, którą ze Świetlickim przeprowadził gdański poeta Marcin Kleinszmidt, oraz wstęp autorstwa Mariusza Czubaja, w którym „nieprzysiadalność” Świetlickiego, potraktowana jako kategoria artystyczna, jest zestawiona z socjologicznym pojęciem „wewnątrzsterowności” ukutym pół wieku temu przez Davida Riesmana, cała zaś muzyczna działalność krakowskiego poety zostaje naniesiona na kulturową mapę drugiej połowy XX wieku. Dzięki tej wyjątkowej sytuacji, czyli dwóm książkom naraz, możemy zobaczyć Świetlickiego równocześnie – i w ruchu, i w miejscu, gdzie akurat się znalazł.

Inne przyczyny powodują podobny skutek przy lekturze nowego tomu Andrzeja Sosnowskiego. Poeta, choć ma na karku jednego Silesiusa i dwie Gdynie (pierwszą, zwaną „osobną” – za całokształt, drugą – za poprzednią książkę „Sylwetki i cienie”), przekalibrował swoje wiersze w sposób, który pozwala Dawidowi Kujawie na rozpoczęcie recenzji prowokacyjną sugestią, że nowa książka Sosnowskiego „jest tomem, który za swój cel przyjmuje przełamanie wizerunku, jaki jego autorowi stworzono na przestrzeni ostatnich dwóch dekad”. Zmiana jest o tyle paradoksalna, że warszawski autor pozostał wierny zarówno wcześniejszym inspiracjom (tym razem rzecz zakrawa na korespondencję pośmiertną z Baudelaire’em i jego „Paryskim spleenem”), jak i zasłuchaniu w szum medialnego i w ogóle komunikacyjnego krwiobiegu („Sosna to jest krew języka!”, jak zakrzyknął kiedyś Rafał Wawrzyńczyk), tyle że położył nieco silniejszy akcent na – znów powtórzę za Kujawą – „wyrazistość i dosadność” w opisaniu rzeczywistości permanentnego spektaklu. Zwięzłe, poetyckie prozy z „Domu ran” faktycznie czyta się na innym biegu niż poematy z „Sylwetek i cieni”, a chwytliwa parafraza „drylowani ludzie, wystrychnięci ludzie” czy ironiczna konstatacja, że oblężone jest nie żadne miasto, ale w ogóle życie, bo w końcu „naprawdę się opłaca”, może i wyprowadziłyby autora z rzekomego getta postmodernizmu i hermetyzmu, gdyby nie to, że jego wiernym czytelnikom (w tym także krytykom) nigdy nie przyszło do głowy, że wiersze Sosnowskiego nie odnoszą się do spraw najkonkretniejszych i najbardziej dotkliwych. „Dom ran” (po zamianie sylab „random”) też wcale nie rezygnuje z językowego flow, powodując, że dostajemy w jednej pigułce tego samego, od lat niepochwytnego Sosnowskiego, który się sensom nie kłania, oraz Sosnowskiego w tu i teraz, którego Justyna Sobolewska w „Polityce” porównuje z późnym Różewiczem, Agata Pyzik przyprawia mu arcygębę „krytyka współczesności”, zaś Dawid Kujawa widzi, że „naprawdę nie jest apolityczny”.

fsfweTrochę inaczej jest z Jackiem Podsiadłą – laureatem Nagrody im. Wisławy Szymborskiej właśnie za książkę „Przez sen” – który już kilka lat temu porzucił „stachurowate” poetyckie włóczęgostwo i życiopiśmiennictwo dla wejścia w polszczyznę pod innym kątem, by tak rzec, nie horyzontalnie, a wertykalnie, bo jego słowo- i rymotwórcza inwencja zdają się sięgać w głąb aż do Jana Kochanowskiego. Niby to zanurzenie się w nurty mowy, w – jak to ujął Marek Olszewski – „mantryczny ruch w przestrzeni bezpańskich słów i snów” wydaje się istotną zmianą (tom „Kra” z 2006 r. to był chwiejny moment obrotu, natomiast w książce „Pod światło” sprzed czterech lat już czuło się, że poeta w swoim nowym stylu jest właśnie tam, gdzie powinien być), ale jak się dobrze zastanowić, to przecież nikogo, kto pamięta „Konfesatę”, nie powinny zaskoczyć błyskotliwie zrymowane traktaty filozoficzno-moralne, zaś wpływ choćby Barańczaka w oczywisty sposób owocuje po latach wytrawnym połączeniem lekkości pióra i ciężkości serca, niespokojnego ducha (co wstąpił w maszynę wiersza) i drzemiącego ciała. Ewentualny dylemat, który Jacek Podsiadło bardziej jest laureatem Silesiusa 2015 za całokształt, należy scedować na słynnego chińskiego mędrca, który śnił, że jest motylem.

Po wiodącej trójce warto wspomnieć o nowych książkach autorów z tego samego grona, czyli z formacji, która z jednej strony polską poezję odświeżyła i pchnęła na bardziej światowe tory, ale z drugiej pozbawiła wielu cech nieodzownych w powszechnym odbiorze – nader odruchowym, w którym ćwiczą nas rozmaite kulturowe naciski i przemoce – by wiersz uznać za wiersz. Natchnęło mnie do tej myśli zdanie „Tom wierszy Darka Foksa «Tablet taty» nie przypomina tego, czego moglibyśmy oczekiwać od książki z poezją”, na które trafiłem na jednym z blogów. Foks to także niedawny laureat Silesiusa za całokształt, a jeden z jurorów nagrody, Grzegorz Jankowicz, napisał o poecie, że zmierza „do oczyszczenia języka poetyckiego, po to by zastanowić się ponownie nad jego możliwościami. Po to by poetycką polszczyznę jakby uruchomić na nowo. (...) To polskiej poezji bardzo potrzebne. Wciąż jeszcze bowiem pokutują u nas takie bardzo tradycyjne podziały na poezję, która zajmuje się rzeczywistością i na taką, która rzekomo się tą rzeczywistością nie zajmuje”. O ironio, „Tablet taty”, oczyszczając język poetycki (na tom składają się miniatury, każda ma cztery wersy i jest podzielona na dwa dystychy, między którymi dochodzi do przemyślnych napięć składniowych i znaczeniowych), jest jak na Foksa dość tradycyjny w wymiarze lirycznej anegdoty i dyskretnie szafowanych akcentów erotycznych. Niby sam autor powiedział w wywiadzie, że inspiracją dla tytułowej frazy i całej reszty był językowy niepokój o zastąpienie w elementarzu zdania „Ala ma kota” zdaniem „Tola ma tablet taty”, ale – jak równie przekonująco napisał w recenzji Marcin Pawlak – „gdyby spróbować być upierdliwie upartym, można by pokusić się o stwierdzenie, że wszystkie [wiersze] snują jedną opowieść o utraconej szansie miłości czy fascynacji, która stopniowo pogrąża się w mrokach niepamięci”.

aPodobne zagwozdki, co z Foksem, można mieć z Marcinem Sendeckim (laureatem Silesiusa za poprzednią książkę „Przedmiar robót”), którego tom „Lamety” nawet według będącego za pan brat z nowoczesną humanistyką Andrzeja Frączystego „nastręcza wielorakich trudności, jak się wydaje, zamierzonych”. W dużej mierze są one skutkiem rozpiętości – albo może rozkroku – poezji warszawskiego autora: pomiędzy inspiracjami poezją dawnych wieków, Karpińskim czy nawet Sępem-Szarzyńskim (ten drugi pasuje do surowo kutych wersów: gorzkich westchnień nad medialną komunikacją, jedynej komunii, jaka nam pozostała) a współczesną dykcją, choćby nowojorską, szukającą językowej luźności. Tak samo ze słownictwem, które obficie czerpie a to z akademickiej, a to z technologicznej piwniczki, choć rytmiczna struktura wyrywa się w przeciwną stronę – ku wyzwoleniu emocji, ku akordom uwalniającym, a nie kumulującym napięcie. To, co przez lata mogło wydawać się słabością Sendeckiego – owe sprzeczności, czy też rozpiętości, w które zabrnął – okazuje się jego siłą. Jakby każdy z wierszy wypowiadany był na kilka głosów – czasem unisono, czasem fugowato zaplecionych – przez wszystkie tkwiące w nim poetyckie style i epoki. Czytając wiersz „Dni”, odczułem polemiczny ton skierowany, dla odmiany, ku Philipowi Larkinowi i przy metaforze „sześcianów bez ścian” pomyślałem, że będąc w wierszu Sendeckiego, jesteśmy jednocześnie tutaj, w jego ostatniej książce, oraz gdziekolwiek i kiedykolwiek bądź.

Stylistyczne niekonsekwencje i zgrzyty między wartościami napędzają także poezję w nowych książkach kilkorga poetów z tego samego, jeśli nie pokolenia, to kręgu estetycznych wyborów. W „Powązkach” Tadeusza Pióry Aldona Kopkiewicz wyśledziła znamienny podział wierszy na nurt „utworów tyleż jasnych i zwięzłych, co dosadnych i przewrotnych”, i drugi, jakby pisany przez kogoś o innym sposobie bycia, „pełen długich, niezwykle inteligentnych, i jeszcze bardziej przewrotnych poematów, rozgrywających się na styku współczesnej filozofii i wyobraźni poetyckiej”. Narrator rubaszny, niecertolący się ze słowami, seksualnie prowokujący nie przestaje, rzecz jasna, konstruować poetyckich zapośredniczeń i porównań niekoniecznie ułatwiających rozgryzienie, „co poeta ma na myśli”. Ten drugi narrator natomiast, rozczytujący się we francuskich akademikach i amerykańskich poetyckich awangardzistach, potrafi zaskoczyć autentyczną troską o świat i o to, co ludzka kultura z nim wyczynia.

Podobne zaskoczenia – choć niby nic nowego pod słońcem Marty Podgórnik – niesie tom gliwiczanki „Zawsze”. Moderna z postmoderną w jednym stoją wierszu, świadomość wszechtekstualizacji nie wyklucza przypływu sentymentów i resentymentów, lecz kiedy autorka odwraca głowę wstecz nie w celu posterotycznych rozpamiętywań, tylko żeby określić teraźniejszość wobec jakiejś przeszłości i na odwrót, kiedy raptem znajdują się całkiem dorosłe powody niezbyt dorosłego w tomach sprzed paru lat buntu, poezja Podgórnik wchodzi na wyższy poziom niż znakomicie rozpisana emocjonalna szarpanina ze światem. Kulturowe czy społeczno-polityczne matryce kruszeją wobec najzwyklejszych pytań o tożsamość czy międzyludzkie więzi, i nie wiadomo, czy tytułowe „zawsze” aby nie jest dokładnie odmierzoną klątwą.

W „Intima Thule” Joanna Mueller kontynuuje tradycję Karpowiczowską w precyzyjnej konstrukcji tomu oraz podąża coraz dalej własną ścieżką bio-lingwistyczną, w której łączy tradycję słowotwórczą, sięgającą Leśmiana, ze swoistą teologią cielesności, gdzie wątki z żywotów mistyczek i tropy z ich dzieł przeplatają się z przeżyciami autorki, tymi najosobistszymi: związanymi z ciążą, porodem i wychowywaniem małych dzieci. Grzebiąc w języku czy w historii religii, pozostaje Mueller – mimo zapędów heretyckich – po stronie tradycji, ale tworząc swoje bio-religijne hybrydy, wkracza w obszar nowoczesnej poetyckiej technologii.

assOś pomiędzy innymi przeciwnymi biegunami przeciąga w tomie „Nice” Barbara Klicka. Niby mamy tu teksty wystylizowane na swobodne „gadanie”, rozemocjonowane i co rusz zmieniające nadawcę i adresata, ale jeżeli przyjrzeć się tym na pozór spontanicznym słowotokom, uderza formalna dyscyplina oraz zwięzłość. Niby teksty suną szeroką, sprozaizowaną frazą, ale już praca „entera” odcinającego poszczególne linijki bywa dojmująco precyzyjna. Niby gadanie jest nader „kobiece” w swojej znaczeniowej zadyszce i komunikacyjnym zamęcie (chodzi w nim, jak podpowiada autorka, o „konstruowanie siebie w dialogu” i „ustalanie własnej tożsamości”; już z kobiecą tożsamością jest ambaras, a co dopiero z ludzką czy z ogólnoistnieniową), ale malownicze jukstapozycje zakrawają na premedytację w buntowniczym rozkojarzeniu (pisząc o poprzednim tomie Klickiej, Julia Fiedorczuk napomknęła o świecie, który „nie zgadza się na grawitację”). Sporo w „Nicach” zadzierzga się rozmaitych relacji, lecz każda jest chwiejna, skorodowana, więc jeżeli jakaś nicość przenicowała się dla bohaterki wierszy Klickiej, to ona sama woli niekiedy zamienić się z nią miejscami.

W grę innych napięć wciąga czytelnika Bronka Nowicka, której „Nakarmić kamień” to także zestaw poetyckich próz, nie tak wycyzelowanych rytmicznie i składniowo, jak u Klickiej, ale uderzających zmysłową bezpośredniością kontaktu z przedmiotami z najbliższego otoczenia (w realiach wiejskich, więc dodatkowo ciasnych), mimo że obrazy i historie w jej wierszach są wywoływane z dość głębokiej pamięci. Czułość dla rzeczy i rozmaite przygody z nimi budują między narratorką wierszy a światem więź obywającą się w zasadzie bez odgórnych, ideowych podstaw czy schematów i choć nie zapewnia to ochrony – ani przed niszczącą siłą natury, ani przed przemocą kultury – to konstytuuje całkiem krzepką podmiotowość, alternatywną i wobec kruchości romantycznego „ja”, i wobec miałkości ja-konsumenta.

fdsO tomach „Och, Mitochondria” Edwarda Pasewicza i „Woda na Marsie” Jerzego Jarniewicza wspominam dopiero w tym akapicie, ponieważ wędruję między wydanymi w 2015 r. książkami, przyjmując za przewodnika luźne analogie i asocjacje, a nie dlatego, że wynika to z jakiejś hierarchii czy poetyckiej jakości. Ta druga jest akurat pierwszej próby – i u Pasewicza, którego teksty uwodzą ucho składnią oddaną we władzę struktur melodycznych i rytmicznych (no tak, kompozytor), jakby w tym tkwiła odpowiedź na istnieniowe dylematy, i u Jarniewicza, w którego szorstko szkicowanych wierszach stawka zmagań z osobistą i społeczną pamięcią – łączącą m.in. dwa różne polityczne ustroje – jest większa niż tylko własne życie. Obaj autorzy są równie mocno zaangażowani w projekt takiej reaktywacji podmiotowości (poetyckiej, seksualnej, ludzkiej, jakiej chcecie), żeby jej spotkania ze światem nie były aż tak pod dyktando mrocznych sił (natury lub kultury), jak to ma miejsce do tej pory. Podobną do Jarniewicza pamięć – która jest sceną dla wydarzeń – ukazuje w książce „Sekstaśmy” Katarzyna Fetlińska (a i podmiotowość, tym razem homoseksualna, ma tu coś do wypracowania), zaskakując – w porównaniu z debiutem – skromnością środków wyrazu i przystopowaniem erudycyjnych galopad, by zrobić miejsce dla wrażeń prostszych i bezpośrednich. Zmiana jest tak duża, że może wręcz rozczarowywać, ale biorąc pod uwagę paradoksalnie dyskretną błyskotliwość niektórych wierszy (na czele z zamykającym tom „Last minute”), poetyckiego kunsztu nie ma tu wcale mniej.

Na podobne realia, jak u Bronki Nowickiej, natykamy się w debiutanckiej książce Urszuli Honek „Sporysz”, tyle że tu autorka skupia się raczej na kreowaniu mrocznego wiejskiego mitu, nieco „honetycznego” w doborze rekwizytów i rozniecaniu atmosfery („to miejsce jest do śnienia albo umierania”), ale jeszcze silniejsze jest wrażenie wtórności wobec sporego grona młodych poetek z ostatnich lat, które też wkraczają w miejsca zetknięć seksualnego i śmiertelnego. Starsza od tego grona jest Magdalena Bielska i choć jej „Czarna wyspa” nie do końca przekonuje strategią wychłodzenia emocji i wyprania poezji z jej środków (jakkolwiek by było – płatniczych: za darmo jej nie czytamy), to przecież autorka ani nie rezygnuje z oszczędnej wizyjności (niektóre wiersze są jak nakręcone komórką), ani nie pokazuje miasta jako centrum pogody ducha.

Ale wróćmy jeszcze na moment na wieś, której trzecia obszerna odsłona w 2015 r. następuje w tomie „Kardonia i Faber” Łukasza Jarosza. Tutaj także, jak u Honek, wiele scen i postaci, na czele z ojcem poety, przybywa z pamięci (ba, spogląda zza maski śmierci), tyle że sztama z minionym, jaką ma bohater tych wierszy, przypomina podobną postawę bohatera książki Jarniewicza: obaj utrzymują z przeszłością stosunki dalekie od melancholijnej nekrofilii.

Zupełnie inaczej z brzemieniem przeszłości – ale tym razem tej wspólnej i utrzymanej w tonacji żałobnej – radzi sobie Grzegorz Kwiatkowski, który w tomie „Spalanie”, tak jak w książkach poprzednich, trochę struga sobie bohatera na wzór Różewicza. Ta surowa lakoniczność (podszyta dystansem do tego, co szumnie zwiemy humanizmem) byłaby nawet do wzięcia, gdyby nie tabloidowa atmosfera zgrozy bezustannie wisząca w powietrzu. Nic nie poradzę, ale trudno zaufać ściśniętemu non stop gardłu Kwiatkowskiego i wszystkie, zusammen, okropności dwudziestego stulecia tego nie zmienią. Jeżeli miałbym wskazać poetę zobsesjonowanego śmiercią w sposób przekonujący, padłoby na Jakobe Mansztajna (Silesius 2010 za debiut), którego nowa książka „Studium przypadku” skupia się na rozmaitych poetyckich celebracjach, inspirowanych samobójczą śmiercią przyjaciela poety. Tom najpierw osiąga wymiar swego rodzaju gabinetu żałoby – zamieszkałego, ponieważ narrator przygląda się rodzinie i przyjaciołom zmarłego – aby stopniowo rozszczelniać ten pęcherz, przewracać ściany w sześcianie. Cały świat, Trójmiasto i reszta, nie jest dużo lepszy, ale to jednak świat, czymś tam świeci.

fewfweNa koniec pora na kilka nazwisk poetów jeszcze młodszych, więc uznając, że nie zdążyli sobie zasłużyć na dłuższe dywagacje, zwiększamy tempo wyliczanki. Szymon Słomczyński w tomie „Dwupłat” niby idzie śladem swojego błyskotliwym debiutu, jego wiersze nadal porywają bystrym nurt skojarzeń i poetyckich chwytów, ale wyraźnie zmniejsza dystans do czytelnika, nie wszystko jest tu takie wykreowane, perfekcyjnie wyprodukowane (mimo arbitralnego porządku tekstów, idących dwójkami), co nasuwa skojarzenia z Katarzyną Fetlińską: po szalenie efektownych tomach debiutanckich, dwoje poetów skrajnie biegłych w swoim rzemiośle doszło do wniosku, i dało to na piśmie, że być może sztuka poetycka jest gdzie indziej. I że oni się jeszcze zastanowią, gdzie.

Jeszcze bardziej rozglądającą się postawę – acz w obrębie całkiem już określonego stylu – widać w jednym z dwóch moich ulubionych debiutów 2015 r. – w książce „Chodzę spać do rzeki” Rafała Rutkowskiego. Obłoki surrealnych fraz są tu unoszone powietrznymi prądami składni, nad którymi autor chyba nie do końca panuje (w sensie utrzymywania w wierszu ładu i porządku), ale jego intuicji warto ufać, zaś pisarska odwaga skutkuje frazami jak najdalszymi od spełniania czytelniczych oczekiwań i emocjonalnego kelnerowania (oj, nie będzie Rutkowski równie wspaniale wielokrotnym stypendystą, co Kwiatkowski). Drugi mój ulubiony debiut to „Żaglowce” Dominika Piotra Żyburtowicza – tom, dla odmiany, wyzywająco staroświecki w dążeniu do klarowności i tego nieco wyświechtanego rodzaju piękna frazy, które budzi niesmak awangardystów. Ważne jednak co w zamian: ożywcza odrębność, nieograniczone, pełne „może”. Niby poeta z Koszalina dotarł w poezji na razie kilkadziesiąt lat wcześniej niż Sosnowski czy Foks, ale kiedy przyjrzeć się temu, nad czym namyślają się jego wiersze (np. „Język zapomniany” z finałową sugestią, że – wbrew Miłoszowi – właśnie to, co wypowiedziane, zmierza do nieistnienia, bo tak ten język formatujemy, takie kieraty na nim obracamy), okazuje się, że Żyburtowicz jest tutaj, z nami.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej.
logo