James Bond i spółka
fot. Michał Szczepański

36 minut czytania

/ Obyczaje

James Bond i spółka

Stanisław Łubieński

Birding Compulsive Disorder to kompulsywne skupienie uwagi na ptakach. Syndrom odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterka. To on sprawia, że ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega dźwięk

Jeszcze 9 minut czytania

Urodził się w 1900 roku w Filadelfii i przez całe życie było w nim coś XIX-wiecznego. Przyrodą interesował się od dzieciństwa. Najcenniejsze okazy motyli do gablotek przywiózł mu pewnie ojciec, kierownik wyprawy naukowej w deltę Orinoko. Matka zmarła w roku wybuchu Wielkiej Wojny. Osieroceni ojciec i syn przenieśli się do Anglii, gdzie chłopiec ukończył prestiżową szkołę Harrow, a później Uniwersytet Cambridge. Po studiach wrócił do Stanów Zjednoczonych i objął posadę bankiera w rodzinnym mieście. Pracę porzucił jednak po kilku latach, by wziąć udział w ekspedycji w dolny bieg Amazonki. Był kimś w rodzaju skryby. Opisywał pozyskane gatunki. Po powrocie zajął się awifauną Karaibów, ptakami żyjącymi na setkach wysepek rozrzuconych po oceanie.

W 1936 roku wydał swoje największe dzieło, wielokrotnie wznawiany przewodnik po karaibskich gatunkach „Birds of The West Indies”, znany również pod nieco dłuższym tytułem „Field Guide to Birds of the West Indies: A Guide to All the Species of Birds Known from the Greater Antilles, Lesser Antilles and Bahama Islands”. Stale publikował w fachowych pismach. Dowiódł między innymi, że karaibskie ptaki pochodzą od gatunków północnoamerykańskich. W uznaniu dla jego zasług przyznano mu medal Brewstera, najwyższe odznaczenie Amerykańskiego Stowarzyszenia Ornitologicznego. Zmarł w 1989 roku w Filadelfii. Nazywał się Bond. James Bond.

*

Peter Cashwell, z zawodu nauczyciel i językoznawca, w książce „The Verb «To Bird»” pisze o syndromie BCD, Birding Compulsive Disorder. Wymyślona przez niego jednostka chorobowa to typowe dla ornitologów skupienie całej uwagi na ptakach. Syndrom odpowiada za gwałtowne hamowanie bez oglądania się w lusterka na ruchliwej drodze, kiedy na poboczu mignie coś ciekawego. To on sprawia, że ptasiarz w środku dyskusji ucisza wszystkich syknięciem i unosi palec w kierunku, z którego dobiega interesujący dźwięk.

„To nie jest hobby, tak jak nie jest nim kichanie ani lubienie niebieskiego. To jest jedna z tych rzeczy, o których nie można zdecydować, tylko coś, przed czym nie sposób się powstrzymać” – pisze Cashwell o ptasiarstwie. Jest typowym przedstawicielem swojej klasy: ma w domu kolekcję płyt i sporą biblioteczkę. Wie, kim są znani pisarze i dlaczego powinniśmy ich cenić, może dyskutować z dużą swobodą o dalekowschodniej filozofii albo operze, ale wszystko to idzie w kąt, kiedy w karmniku siada jakiś ciekawy okaz. Każdy ptasiarz, niezależnie od okoliczności, biegnie wtedy po lornetkę.

Dla Cashwella przykładem ataku BCD jest trzydzieści zdjęć mew, które zrobił w czasie wakacji z odległości pół kilometra. I podaje opis chorego utrzymany w stylu Oliviera Sacksa: „W środku jego wiecznie obracającej się czaszki jest zwyczajny ludzki mózg wykazujący normalną inteligencję. Niestety dotknięty tą przypadłością człowiek nie jest w stanie robić normalnych rzeczy – czytać książki, pojechać do sklepu czy bawić się z dziećmi na dworze – bez kręcenia głową po zarejestrowaniu choćby najmniejszego ruchu. Gdzieś w jego mózgu tkwi nieuleczalna skaza, która nie pozwala mu zaznać spokoju. Na zawsze jest zamknięty w więzieniu zwanym BCD”.

*

Absolwenci politechnik, szkół podstawowych i filologii wschodniosłowiańskich. Górnicy, przedstawiciele handlowi i bezrobotni. Bogacze obwieszeni sprzętem Swarovskiego za dwadzieścia pięć tysięcy i skromni posiadacze radzieckich lornetek, przez które świat wydaje się trochę bardziej żółty. Ptasiarstwo jest demokratyczne. Jedyny realny podział przebiega na linii: amatorzy-naukowcy, choć czasem kompetencje jednych i drugich zaskakująco się uzupełniają. Ci pierwsi bywają bardziej impulsywni. Skłonni pochylać się nad losem każdego stworzenia i działać z fantazją, do której skłania ich czasem beztroska ignorancja. Ci drudzy z kolei widzą szerszy plan. Fachowe wykształcenie pozwala im lepiej rozumieć skomplikowane mechanizmy, które rządzą światem przyrody.

Nigdy nie myślałem na poważnie o zostaniu profesjonalnym ornitologiem. Bałem się, że studiowanie biologii będzie nudne i trudne. W domu nikt nie miał ścisłego wykształcenia, ostatecznie pociągnęło mnie więc na wydeptaną ścieżkę. Witek, z wykształcenia fizyk, opowiedział mi historię, która jego zdaniem mówi coś o niepokojącym, chociaż skrajnym aspekcie profesjonalnej ornitologii. W fachowym piśmie przeczytał artykuł o częstotliwości sondowania podłoża przez jakiegoś brodźca. Badacz po prostu liczył, jak często żerujący ptak wsadzał dziób w przybrzeżne błoto. Trudno myśleć o podobnym zajęciu z entuzjazmem.

Najciekawszym miejscem wymiany myśli profesjonalistów i amatorów są chyba fora i listy mailingowe. Ptasiarze dzielą się obserwacjami z okolicy, fachowymi artykułami i ciekawostkami. Świetnym przykładem BCD jest moja ulubiona historia o ornitologu oglądającym wiadomości. To był „Teleexpress”. W materiale występował Muniek Staszczyk – stał i opowiadał o czymś w ogrodzie, a zza jego pleców dało się słyszeć charakterystyczny ptasi głos. Ornitolog robił coś w innym pokoju, ale zastrzygł czujnie uszami. To był śpiew wójcika. Nie wiem, o czym mówił Muniek, to akurat nikogo z uczestników dyskusji nie obchodziło. Ciekawy był tylko ten mały syberyjski ptak z rodziny świstunek, który jest na Mazowszu rzadkością.

Okolice Dworca Zachodniego, tłicz zaroślówki / fot. S. ŁubieńskiOkolice Dworca Zachodniego, tłicz zaroślówki / fot. S. Łubieński

Podobnie jest z filmami. Wielokrotnie dyskutowano o ścieżkach dźwiękowych, na których słychać nieadekwatne do pory roku ptasie głosy. Marcowy Kraków z pryzmami topniejącego śniegu w „Katyniu” Wajdy, a nad dachami pisk jerzyków, które przylatują w maju. Głosu wilgi odlatującej do Afryki już w sierpniu można posłuchać w jakimś jesiennym odcinku „Stawki większej niż życie”. Zimowy „07 zgłoś się” rozbrzmiewa podobno wiosennym derkaniem derkacza. Ale zdarzają się też inne dziwactwa. Komputerowe sępo-kruki w „Królestwie niebieskim” Ridleya Scotta nawołują głosami… żurawi. No i zaobrączkowany bocian nad „polami malowanemi zbożem rozmaitem” w „Panu Tadeuszu” Wajdy.

*

Ian Fleming, były agent brytyjskiego wywiadu, spędzał wakacje w swojej willi na Jamajce. Od dawna nosił się z zamiarem napisania cyklu powieści szpiegowskich. Jako zapalony ptasiarz miał w swojej bibliotece egzemplarz „Birds of the West Indies”. W chwili gdy jego wzrok padł na grzbiet książki, Fleming już wiedział, jak będzie się nazywał jego bohater. Pierwsza część przygód Jamesa Bonda, agenta Jej Królewskiej Mości z licencją na zabijanie, stała się bestsellerem. Filadelfijski ornitolog przez kilka lat nie zdawał sobie sprawy, że na świecie furorę robi szpieg numer 007, który przedstawia się jego imieniem i nazwiskiem.

Kilka lat po ukazaniu się „Casino Royale” żona pana Bonda napisała do Fleminga pełen oburzenia list. Jak można bez zgody używać czyjejś tożsamości? Szczególnie że chodzi o szacownego naukowca! Flemingowi chyba zrobiło się głupio, ale tłumaczył się dość niezręcznie: „Uderzyło mnie, że to krótkie, niezbyt romantyczne, anglosaskie i bardzo męskie nazwisko. To było właśnie to, czego szukałem – tak powstał drugi James Bond”. Proponował zadośćuczynienie: „W zamian oferuję Pani albo Jamesowi Bondowi możliwość nieograniczonego korzystania z imienia i nazwiska Ian Fleming w dowolnym celu. Być może Pani mąż odkryje jakiś szczególnie podły gatunek ptaka, który będzie chciał napiętnować, nazywając go Ianem Flemingiem”.

TekstTekst jest fragmentem książki Stanisława Łubieńskiego „Dwanaście srok za ogon”, która ukaże się 24 lutego w wydawnictwie Czarne. Fleming napisał również list do samego Bonda. Nieco spóźnione pytanie o zgodę na użycie swego imienia i nazwiska ornitolog skwitował krótko, po bondowsku: „W porządku”. Przeprosiny zostały przyjęte. Bond z żoną odwiedzili później pisarza w jego jamajskiej posiadłości. W 1964 roku Fleming przesłał ornitologowi najnowszą książkę o przygodach 007 „Żyje się tylko dwa razy” z dedykacją: „Prawdziwemu Jamesowi Bondowi od złodzieja jego tożsamości”. Kilka lat temu egzemplarz sprzedano na aukcji za przeszło osiemdziesiąt tysięcy dolarów.

*

Polska terminologia ornitologiczna ma pewne braki. Nie doro­biliśmy się jeszcze trafnych odpowiedników słów birdwatching czy birdwatcher, które pozwalają Anglikom nazwać czynność polegającą na nieprofesjonalnym podglądaniu ptaków. A tych amatorów jest przecież znacznie więcej niż wykształconych profesjonalistów. Polskie „ptasiarstwo” i „ptasiarz” sprawdzają się w języku potocznym, ale wypowiedziane oficjalnie brzmią trochę infantylnie. Dziecinny jest „ptakolub”, „ornitolog amator” – niepoważny i tylko podkreśla brak kwalifikacji. „Obserwator ptaków” to najwyżej synonim, a „ornitolog” to jednak termin zarezerwowany dla fachowców. Użycie tego słowa we własnym kontekście nie przechodzi mi przez gardło. Zataczamy koło. Chyba jednak „ptasiarz”.

*

Śmierć nadejdzie jutro” to jeden z tych kiepskich, nieróżniących się od siebie Bondów z Pierce’em Brosnanem w roli głównej. To nie wina irlandzkiego aktora, moim zdaniem był akurat niezłym 007, trochę w stylu Rogera Moore’a. Wymuskany, ale z poczuciem humoru. Rzecz w tym, że na przełomie wieków Bondy zamieniły się w tandetne filmy sensacyjne, wyprodukowane tak, jakby kino zatrzymało się dwadzieścia lat wcześniej. Nieprawdopodobne wyczyny głównego bohatera należały do konwencji serii, ale teraz scenarzyści przechodzili już samych siebie. Nawet piosenki do kolejnych filmów były coraz słabsze. Fabuła nie miała już też wiele wspólnego z powieściami Fleminga.

„Śmierć nadejdzie jutro” powstał czterdzieści lat po pierwszym filmie o Bondzie, dlatego ukryto w nim nieskończoną liczbę nawiązań do poprzednich odcinków. Nie miałbym żadnego powodu, żeby o tym filmie pamiętać, gdyby nie jeden wątek. Bond w pościgu za północnokoreańskim agentem Zao trafia do Hawany. Tam w biurze Raoula, uśpionego agenta i dyrektora fabryki cygar, przegląda książki na półce. Wybiera jedną i rzuca okiem na okładkę (a my razem z nim): „Birds of the West Indies”. Nazwisko autora jest niewidoczne. Bond pożycza od Raoula książkę i lornetkę.

W modrzewiowym lesie pod Mławą / fot. S. ŁubieńskiW modrzewiowym lesie pod Mławą / fot. S. Łubieński

W następnej scenie lustruje skalistą wyspę, na której ukrywa się Koreańczyk. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie wypatrzył wynurzającej się z wody piękności (Halle Berry). To nawiązanie do słynnej sceny z pierwszego Bonda, „Doktora No”, w której posągowa Ursula Andress wyłania się z morza niczym Wenus Botticellego. Dziewczyna, którą spotyka nasz Bond, ma na imię Jinx, czyli fatum albo ta, która przynosi pecha. Urodziła się w piątek trzynastego. Bond, mrużąc zalotnie oczy, tłumaczy, że przyjechał na Kubę obserwować ptaki. A Jinx sama jest ptakiem, choć może o tym nie wie. Nosi imię nimfy, która rzuciła urok na Zeusa i którą Hera z zemsty zamieniła w ptaka. Jynx torquilla to łacińska nazwa krętogłowa. Jedyny dzięcioł, który nie kuje dziupli, a niepokojony wściekle syczy i kręci głową jak wąż.

*

Ptaki” Alfreda Hitchcocka to jeden z niewielu filmów, w których ptaki dostały liczącą się rolę. Szkoda tylko, że raczej negatywną. Aby uzyskać realistyczny efekt, w czasie jednej ze scen ekipa rzucała w Tippi Hedren żywymi ptakami. Po tygodniu zdjęcia trzeba było przerwać, żeby aktorka mogła dojść do siebie. Z dzisiejszej perspektywy narysowane na taśmie wrony nałożone na kadry z aktorami wydają się raczej komiczne. Podobnie zresztą wypchane eksponaty przyczepione do ubrań uciekających ludzi. A mimo to obraz wirującego stada, irracjonalnego żywiołu jest bardzo sugestywny. Zapisuje się gdzieś w podświadomości i nikt, kto widział „Ptaki”, nie spojrzy beznamiętnie na posępne, kraczące kotłowaniny gawronów i kawek. Albo na zlatujące się o zmierzchu, wielo­tysięczne stada szpaków, które napełniają wieczorną ciszę jazgotem i niepokojem.

W „Ptakach” napastnikami nie są drapieżniki, maszyny do zabijania z ostrymi jak brzytwa szponami. Zagrożenie ma przerażająco znajome i niewinne oblicze. W filmie Hitchcocka ludzi atakują stadne ptaki żyjące obok nas – mewy, wrony, wróble, szpaki. Chociaż akurat mewy, to prawda, w miastach portowych umieją poczynać sobie dość śmiało. Pamiętam, jak na molo w Brighton porywały jedzącym turystom zawartość talerzy. Były ogromne i bezczelne, ich żółte dzioby z czerwoną kropką budziły respekt i mało kto ośmielał się protestować. Ludzie pokornie wsuwali ocalone resztki w nadziei, że zdążą, zanim mewy wrócą.

Ptaki Hitchcocka zachowują się nienaturalnie. W jednej ze scen wrony bezszelestnie gromadzą się przed szkołą. Każdy, kto choć raz widział stado wron (czy innych krukowatych), wie, że w grupie są raczej hałaśliwe. Teraz ewidentnie coś knują (kolektywnym umysłem). Kiedy przed budynkiem pojawiają się dzieci, stado napada na nie z wrzaskiem. Sojuszniczką wron jest jędzowata, irytująco zarozumiała ornitolożka. Twierdzi, że ptaki „przynoszą światu piękno”, i opowiada od rzeczy o ich dorocznym liczeniu. Wszystko w jej wyglądzie mówi wyraźnie, że to stara dziwaczka.

Widz nabiera chęci, by rzeczywistość utarła jej nosa. I faktycznie, wkrótce mewy atakują, jakby ulegając temu życzeniu. W środku miasteczka wywołują pożar. Ornitolożka jest zdruzgotana, jej idealistyczna wizja świata właśnie legła w gruzach.

Slavoj Žižek tłumaczy „Ptaki” Freudem. Agresja zwierząt jako emanacja napięcia seksualnego między trójką bohaterów. Czy stado wylatujące z kominka to eksplozja kazirodczej energii matki, która nie chce się dzielić synem z jego narzeczoną? No nie wiem. Ja w swojej powierzchownej interpretacji skupiam się na postaci ornitolożki. Hitchcock staje po stronie tych, którzy kwestionują autorytety i których denerwuje wymądrzanie się ekspertów. Bo przecież nie wszystko da się wytłumaczyć. „Dlaczego one to robią?”. Nie wiemy i się nie dowiemy. Film zasiewa w nas poczucie, że rzeczywistość może się przeciwko nam zbuntować. Szkoda, że Hitchcock wybrał akurat ptaki, by zilustrować tę myśl.

*

 W Puszczy Knyszyńskiej, poszukiwania jarząbków / fot. S. Łubieński W Puszczy Knyszyńskiej, poszukiwania jarząbków / fot. S. Łubieński

W 2005 roku Jonathan Franzen, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, napisał esej o tym, jak wpadł w ptasiarstwo. Tekst nosi tytuł „My Bird Problem”, tak jakby, niczym u Cashwella, znów chodziło o chorobę lub uzależnienie. Nie czytałem nigdy niczego, co trafniej opowiadałoby o uczuciach człowieka ogarniętego tą dość szczególną pasją. Tekst zaczyna się od opisu południowoamerykańskiej sterniczki maskowej. Autor widzi kaczkę przez chwilę, ptak kryje się w trzcinach. W drodze do samochodu Franzen natyka się na ptasiarzy, którzy podekscytowani jego odkryciem dopytują o szczegóły i notują sobie jego nazwisko. W siedzibie rezerwatu pisarz w specjalnym zeszycie zaznacza miejsce swojej obserwacji.

A potem nadchodzą tortury wątpliwości. Czy to rzeczywiście była sterniczka maskowa, czy tylko fatamorgana, marzenie o rzadkim, niespotykanym gatunku? Może ostre popołudniowe światło sprawiło, że kolory na ptasim policzku wydały się jaśniejsze i z częściej spotykanej sterniczki jamajskiej zrobiła się ta maskowa? Samice obu gatunków są do siebie całkiem podobne. Franzenowi nie chodzi nawet o problem poprawnej identyfikacji, ale o reputację. Jeżeli nikt nie potwierdzi jego obserwacji, wyjdzie na to, że Franzen zwyczajnie się nie zna. Teraz boi się kompromitacji.

Obecności kaczki nie potwierdza później żaden obserwator, a Franzen przyznaje się do serii wpadek w kolejnych dniach wycieczki: pomylenia cyraneczki karolińskiej ze świstunem, pośpiesznego i błędnego oznaczenia sokoła wędrownego (który w rzeczywistości był rybołowem). Dążenie do nieomylności w identyfikacji ptaków jest obsesją każdego ambitnego ptasiarza. Mniej doświadczeni mają skłonność do wygłaszania przedwczesnych opinii, wyjadacze wydają werdykt z większym opanowaniem. Ileż to razy pośpieszyłem się z identyfikacją.

Pewnego wiosennego poranka chodziliśmy z J. po nadpilickich łąkach. Nagle, błyskając białymi sterówkami, spod nóg zerwał się nam brązowy ptak. „Dubelt”, orzekłem z pełnym przekonaniem, choć jego wizyta w tych stronach byłaby małą sensacją. Mój towarzysz zwiesił bezradnie głowę nad zrobionym przed chwilą zdjęciem. Ja nie chciałem nawet słyszeć o wątpliwościach. Mimo to J. rozjaśnił i wykadrował zdjęcie, wysłał je na listę mailingową, a tam mądrzejsi koledzy pogratulowali nam obserwacji… krzyżówki. Jak mogłem się aż tak pomylić?

Franzen nie byłby jednak wybitnym prozaikiem, gdyby pisał wyłącznie o identyfikacji kaczek. W „My Bird Problem” opowiada o swoim kryzysie małżeńskim i zaczynaniu od nowa. Pisze o poszukiwaniu filozofii życiowej i o rozumieniu przyrody. Zwierza się, że obserwacja ptaków była dla niego ucieczką od problemów codzienności. Ale podglądaniem zajmował się okazjonalnie. Dopiero gdy znajomi pokazali mu w miejskim parku drozdka brunatnego, pisarz wpadł w ptaki po uszy. Czemu to akurat ten mało efektowny drozdek tak bardzo go poruszył, nie jestem w stanie pojąć.

W wiosennym Kampinosie / fot. S. ŁubieńskiW wiosennym Kampinosie / fot. S. Łubieński

Franzen zainteresował się ptakami stosunkowo późno, mimo że chodził do klasy z córką Phoebe Snetsinger, legendy amerykańskiej ornitologii. Kiedy w 1981 roku zdiagnozowano u badaczki czerniaka, postanowiła spędzić pozostałe jej miesiące życia wyłącznie na obserwacji ptaków. O pieniądze na wyprawy nie musiała się martwić, była córką magnata reklamowego Leo Burnetta. Snetsinger przeżyła jeszcze dwadzieścia lat, a podróże po świecie przerywała jedynie, gdy potrzebne były kolejne sesje chemioterapii przy nawrotach choroby. Ostatecznie śmierć, wisząca nad nią przez lata, zabrała ją zupełnie niespodziewanie. Snetsinger zginęła na Madagaskarze w wypadku samochodowym. Zobaczyła właśnie wangę maskową, kiedy kierowca samochodu, którym jechała, zasnął i pojazd dachował. Jej ptasi licznik zatrzymał się na rekordowych w tamtym czasie ośmiu tysiącach czterystu pięćdziesięciu gatunkach.

Podczas jednej z ptasiarskich eskapad Franzena dopada następująca myśl: „Dobrze przystosowane chmary stadnych ptaków południowej Florydy, zarówno gołębie miejskie i wilgowrony, jak i bardziej dostojne, ale równie oswojone pelikany i kormorany, wydały mi się zdrajcami. Pstra zgraja skromnych biegusów i sieweczek na plaży przypomniała mi o ludziach, których kochałem najbardziej – tych, którzy nie pasowali, outsiderów. […] Powtarzano mi, że antropomorfizacja jest zła, ale nie mogłem sobie przypomnieć dlaczego”.

Sieweczki, drobne, płochliwe ptaki, jak wszystkie siewkowe unikają ludzi i słabo adaptują się do zmian środowiska. Nie potrafią korzystać z odpadków cywilizacji jak wymienieni wcześniej „zdrajcy”. Wyznawcą podobnej filozofii uczynił Franzen Waltera, bohatera swojej najbardziej znanej powieści „Wolność”: „Odczuwana przez niego miłość do stworzeń, których siedliska chronił, oparta była na projekcji: na identyfikowaniu się z ich życzeniem, by hałaśliwe istoty ludzkie nie zakłócały im spokoju”. Z pewnością wielu ptasiarzy odnajdzie w mizantropii Waltera coś niepokojąco znajomego.

*

Z pozoru spokojna ptasia pasja zamienia się niekiedy w rywalizację. Ptasiarze i ornitolodzy prowadzą listy osiągnięć: życiowe, roczne, regionalne. Czasem obserwacja przypomina sport, bywa, że lista zaczyna rządzić codziennością obserwatora. Każe stać w zacinającym piaskiem sztormie na wydmie albo zmusza do wchodzenia po pas w lodowate wiosenne bagno. Wieść o rzadkim ptaku, który zjawił się na drugim końcu Polski, może doprowadzić do przerwania rodzinnych wakacji. Na szczęście nie wszyscy ulegają presji, nie wszystkich ekscytuje rywalizacja. Znam amatorów i profesjonalistów, którzy nie widzieli gatunków względnie pospolitych – po prostu zobaczenie ich nie było dla nich ważne czy nie mieściło się w ich naukowych zainteresowaniach.

Regularnie słyszę pytanie o to, kto sprawuje kontrolę nad listami. Nikt, bo wszystko opiera się na zaufaniu. Pytający jest zwykle zdumiony: „Przecież można oszukiwać!”. Jasne, tylko po co? Z imponującą listą nie wiąże się żaden wymierny prestiż. Nie ma szans na kontrakty reklamowe – dowcipnie pisze Cashwell. Chodzi raczej o zaspokojenie ambicji niż o chęć zaimponowania komukolwiek. Po co zwodzić samego siebie? Oczywiście zdarzają się konfabulatorzy, których motywacji nie jestem w stanie pojąć. Zresztą nie wszystko można zmyślić – obserwacje ptaków, które zjawiają się w Polsce nieczęsto, podlegają weryfikacji Komisji Faunistycznej Sekcji Ornitologicznej Polskiego Towarzystwa Zoologicznego. W przypadku bardzo rzadkich gatunków wymagana jest dokumentacja fotograficzna lub dźwiękowa. Z małego oszustwa zrobiłoby się wielkie kłamstwo. A taka wpadka kończy się środowiskowym ostracyzmem.

*

W filmie „Kes” Ken Loach, zaangażowany angielski reżyser, przedstawia portret górniczego miasteczka Barnsley i jego mieszkańców. Większość ról zagrali amatorzy, ich akcent był tak niezrozumiały, że dla amerykańskich widzów dźwięk musiano nagrywać ponownie. Efekt głębokiego realizmu podkreśliły jeszcze zdjęcia w naturalnym świetle. Świat Barnsley jest przez to ponury, ale też historia nie należy do wesołych. Oto Billy Casper, nastoletni outsider dorastający w rozpaczliwej biedzie. Dom rodzinny jest tak mały, że chłopak musi dzielić łóżko ze starszym bratem Judem, który codziennie wstaje o świcie do kopalni. A ta kopalnia to i tak najlepsze, co czeka Billy’ego.

Strój na puszczyka uralskiego, okolice Mucznego / fot. S. ŁubieńskiStrój na puszczyka uralskiego, okolice Mucznego / fot. S. Łubieński

Chłopiec włóczy się po miasteczku bez celu, roznosi gazety, sprawia kłopoty w szkole. Nie wygląda na to, żeby miał być z niego szczególny pożytek. Ale któregoś dnia podczas wędrówki po podmiejskim lesie zauważa polującą pustułkę. Patrzy zafascynowany, jak drobny sokół zawisa w powietrzu, przecina niebo zwinnymi ślizgami i przysiada na szczycie starego kamiennego muru. Billy kradnie z antykwariatu atlas sokolniczy i pewnego ranka wybiera z gniazda podrośnięte pisklę. To samica, chłopiec nadaje jej imię Kes (pustułka to po angielsku kestrel). Codziennie zdobywa dla niej mięso i próbuje ją układać, choć twierdzi, że sokoła nie da się wytresować, można najwyżej nauczyć go współpracy. A może to ptak oswaja chłopca?

Billy daje się porwać mirażowi. Chciałby być jak sokół, wolny, swobodny, niezależny, tymczasem państwowe instytucje i surowi nauczyciele już wyznaczyli dla niego miejsce w kopalni. Rozkojarzony wrażliwiec z dołów społecznych nie może liczyć na inny los. Jego ułożona od pisklęcia pustułka też wcale nie jest wolna, nie zna i nie potrzebuje swobody. Wolność dzikich ptaków jest tylko pozorna. Owszem, nie ogranicza ich przestrzeń, ale ich lot musi mieć cel. Kieruje nimi instynkt, a nie zachcianka. Nie porzucą piskląt wiedzione beztroskim impulsem, a ich jesienna i wiosenna migracja nie jest wycieczką, tylko walką o życie. Historie takie jak „Kes” nigdy nie kończą się dobrze, szczególnie gdy mają obudzić w nas złość na niesprawiedliwość świata. Pustułkę zabija prymitywny Jud, by ukarać brata za przywłaszczenie jakiejś drobnej sumy. Śmierć sokoła to koniec złudzeń. Zostaje ta szara, przysypana kopalnianą sadzą rzeczywistość.

Podobieństwo do opowieści o Kes znajduję w filmie „Ptasznik z Alcatraz”, historii opartej zresztą na faktach. Posągowy Burt Lancaster gra tu Roberta Strouda, więźnia z dożywociem, który spędził już czterdzieści trzy lata w izolatce. Ten ewidentny psychopata niespodziewanie mięknie, gdy na spacerniaku znajduje pisklę wróbla zrzucone z drzewa przez wichurę. Od władz zakładu dostaje zgodę na trzymanie w izolatce ptaka i zaczyna troskliwie się nim zajmować. I wówczas w tym przygnębiającym filmie pojawia się wątek humorystyczny. Precedens wywołuje lawinę – w celach morderców, gwałcicieli i innych degeneratów pojawiają się trelujące kanarki. Tylko że zapału starczy więźniom na krótko. Wszystkie ptaki po kolei trafiają do Strouda.

Od Feto Gomeza (Telly Savalas) Stroud dostaje samiczkę kanarka. Postanawia rozmnożyć ptaki w celi. „Nowe życie? W więzieniu?” – dziwi się strażnik. „Myślę, że nie robi im to różnicy. Kanarki i tak żyją za kratkami” – stary recydywista nie ma złudzeń. Tylko uwięziony człowiek tęskni za swobodą. Wypuszczone z klatki kanarki miotają się bezradnie po celi. Nie wiedzą, czym jest wolność. „Ptasznik z Alcatraz” to film o sukcesie resocjalizacji i bezwzględności systemu. Stroud, mimo że skończył zaledwie trzy klasy, czyta podręczniki akademickie i prace naukowe. Wymyśla lekarstwa na popularne choroby ptaków hodowlanych. Wyniki jego badań ukazują się w fachowych pismach, a uniwersytety proponują mu stypendia. Ale więzienia nie opuści nigdy. Chyba już lepiej być kanarkiem i nie znać smaku wolności.

*

Podobnie jak w przypadku birdwatchera, nasz język jest bezradny wobec słowa twitcher – dla niego również nie pojawił się żaden sensowny polski ekwiwalent. Mówimy i piszemy „tłiczowanie”, a myślimy o szczególnym rodzaju ptasiarstwa, które polega głównie na uganianiu się za rzadkimi gatunkami. Oto źródłosłów: po angielsku twitch oznacza nerwowe drgania, skurcze mięśni, tiki. Twitcher to po prostu nerwus. Tłiczer potrafi przejechać setki kilometrów, by zobaczyć (potocznie – „zaliczyć”) niewidziany dotąd gatunek ptaka. Miejsce podają inni obserwatorzy, więc w tym sensie tłiczowanie to rodzaj pasożytnictwa. Ale trzeba się śpieszyć – ptak może przecież w każdej chwili odlecieć albo spłoszą go obserwatorzy, którzy dojadą do celu wcześniej.

Stereotypowy tłiczer rzuca tylko okiem na ptaka, odhacza gatunek na liście i zastyga w oczekiwaniu na kolejne sensacje. Sprawdza fora, strony udostępniające informacje o rzadkościach, zamawia SMS-owe powiadomienia o najciekawszych obserwacjach. Tłiczowanie w środowisku ptasiarzy nie cieszy się uznaniem, bo nie niesie ze sobą szczególnego pożytku. Za to czasami przynosi szkody, kiedy niepokojone ptaki muszą się przenosić w inne miejsce. Z dumą można mówić o ptaku, którego się samemu wykryło. A nazwać kogoś tłiczerem to właściwie rodzaj obelgi, taka inwektywa pojawia się zresztą niekiedy w internetowych pyskówkach.

Ta nieco zdegenerowana forma ornitologicznej pasji narodziła się oczywiście w zwariowanej na punkcie ptaków Anglii. Kiedy w czyimś ogródku pojawia się rzadkość, ludzi ogarnia szaleństwo, okolicę najeżdżają tysiące tłiczerów, a policja musi zamykać pobliskie ulice. Na Wyspach Brytyjskich ptaki obserwuje sześć milionów ludzi – ta sieć ma bardzo małe oczka, dlatego ciekawe gatunki udaje się tu zobaczyć stosunkowo często. Poza tym na Wyspy regularnie zwiewa ptaki z Ameryki Północnej, często trafiają się też „raryty” (ang. rarities) z Syberii. Bywa, że wśród ptasiarzy owładniętych szałem wybuchają bójki, dochodzi do zasłabnięć, a nawet ataków serca. Co roku pasjonaci wydają dziesiątki tysięcy funtów na podróże po kraju.

Polish birdwatcher / fot. S. Łubieński„Polish birdwatcher” / fot. S. Łubieński

Ja też nie jestem bez winy, tłiczowałem to i owo, ale staram się nadać temu szaleństwu racjonalne ramy. Nie tłiczuję na przykład gatunków, które nieszczególnie mnie interesują, ani takich, dla których trzeba by jechać przez pół kraju. Nie byłem gotów pędzić dla amerykańskiego brodźca żółtonogiego pod Racibórz. Ptak wygląda trochę jak nasz kwokacz, jakoś nie dość egzotycznie, żeby aż tak się ekscytować. Ale gdyby wylądował nad Zalewem Zegrzyńskim, godzinę od domu, to byłaby zupełnie inna sprawa. Przybyszy z dalekiej Północy, krzyżodzioby modrzewiowe, tłiczowałem tydzień po tygodniu. Drugi wyjazd w okolice Mławy zakończył się sukcesem. Piękne karminowe ptaki wyłuskiwały nasiona z modrzewiowych szyszek. Ich koślawe, dziwaczne dzioby są do tego doskonale przystosowane. Górna i dolna szczęka krzyżują się na końcu, tworząc rodzaj obcęgów. Kiedyś wierzono, że krzyżodziób próbował wyciągnąć gwoździe z ciała Chrystusa i tak wykrzywił sobie dziób.

*

Było wczesne popołudnie i wściekłe, bo odbite od śniegu, słońce, a my mijaliśmy się na biebrzańskiej Długiej Luce. Zwykle manewr nie sprawia kłopotów, kładka jest dość szeroka, wtedy jednak wszystko było zasypane. Jeden nieostrożny krok poza wąską, wydeptaną ścieżkę i można było wpakować się w bagno. Janusz Palikot szedł z naprzeciwka, na szyi miał dobrą lornetkę. Nie przyjrzałem się – Leiki albo Swarovskiego. Odpowiedział na „dzień dobry” i podniósł lornetkę do oczu. Nad nami przeleciało stado gęsi białoczelnych. Spojrzałem na niego łaskawszym okiem.

Baron Czarzasty powiedział kiedyś, że ornitologicznej pasji poświęca „przynajmniej miesiąc w roku”. Pochwalił się nawet: „Właśnie wróciłem znad Narwi i Biebrzy, gdzie podglądałem bataliony”. Jak zwykle złotousty i błyskotliwy, porównał Donalda Tuska do harpii i wyjaśnił, że to „podobnie jak orzeł i orlik ptasi drapieżnik, tyle że bardziej mściwy, polujący wieczorami w lasach”. Wizja ówczesnego premiera uganiającego się w koronach drzew za małpami i miażdżącego im czaszki potężnymi szponami zapadła mi w pamięć. Harpia nie jest jednak mściwa, podobnie jak gawron nie jest zgorzkniały. Czego się jednak nie robi dla efektownej metafory.

Mam gdzieś na dysku takie zdjęcie: Jarosław Kaczyński siedzi w poselskiej ławie i studiuje książkę. To chyba nie jest ważne głosowanie, bo obok Mariusz Błaszczak gada przez komórkę. Może przerwa w obradach? Mniejsza z tym. Ważne, że Kaczyński czyta o jednym z najrzadszych polskich drapieżników, orliku grubodziobym. Przygląda się ciemnej sylwetce dorosłego ptaka i jasno nakrapianemu młodzikowi. Patrząc na to zdjęcie, myślę sobie: „To chyba nie może być zły człowiek”. Czy ukradkiem spotykają się z Czarzastym i Palikotem, by oddawać się wspólnej pasji?

Ornitolodzy w filmach to rzadko silni, zdecydowani mężczyźni z inicjatywą, ale zdarzają się wyjątki. Na przykład Raymond Tusk z pierwszego sezonu „House of Cards”, biznesmen i magnat energetyczny. Główny bohater serialu, bezwzględny, cyniczny polityk Frank Underwood, ma go odwiedzić w jego posiadłości i zaproponować mu stanowisko wiceprezydenta. Franka dosłownie skręca z zazdrości, bo uważa, że urząd należy się jemu, i nie wie, że to tylko sprawdzian. W rzeczywistości to on jest szykowany na wiceprezydencki fotel, a Raymond ma ocenić, czy Underwood się nadaje.

Frank dusi się więc z oburzenia, a Tusk świetnie się bawi. Zabiera go do swojego ogrodu i tam pokazuje jakiegoś dzięcioła. Jest ornitologiem amatorem, czyli klasycznym dziwakiem. Frank patrzy wprost na nas, widzów (to jeden z najbardziej charakterystycznych chwytów serialu), z szyderstwem i kpiną. „Co za nudziarz”, mówi jego spojrzenie. To przecież niepoważne przyglądać się ptakom, kiedy powinno się rozmawiać o jedynej rzeczy, która interesuje Underwooda – władzy. My się z nim oczywiście zgadzamy, od początku jesteśmy zakładnikami i niemymi wspólnikami jego bezeceństw. A jednak Tusk zagra mu na nosie i pomiesza szyki. Frank zaś najpierw go zlekceważy, później doceni, a na końcu zniszczy. Podobnie jak wszystkie przeszkody na swojej drodze.

*

Tematowi ptasiej kompulsji poświęcona jest amerykańska komedia „Wielki rok” w reżyserii Davida Frankela. Mimo gwiazdorskiej obsady film zrobił gigantyczną klapę. Recenzje też nie były przesadnie pochlebne, zresztą nic dziwnego – komedia wywołuje najwyżej słaby uśmiech. Czym jest tytułowy „Wielki rok”? To nieprzerwane dwunastomiesięczne tłiczowanie kolejnych gatunków ptaków na terenie Stanów Zjednoczonych. Od wyspy Attu na Alasce przez pustynie Newady po namorzynowe lasy Florydy. Wielu ptasiarzy bierze z tej okazji roczny urlop. Rekordzista cieszy się w środowisku sławą olimpijskiego medalisty.

Trójka bohaterów zmaga się nie tylko z konkurencją, ale i z własnymi problemami. Stu Preissler (Steve Martin) to odchodzący na emeryturę prezes wielkiej firmy, który boi się bezczynności i walczy z pokusą powrotu do pracy. Brad Harris (Jack Black) to klasyczny looser. Zgnębiony kryzysem wieku średniego rozwodnik, który mieszka z rodzicami i musi prosić o wsparcie krytycznie nastawionego do ptasiarskiej pasji ojca. Aktualnego rekordzistę Kenny’ego Bosticka (Owen Wilson) ptasia obsesja doprowadziła do rozwodu. Na naszych oczach za cenę zwycięstwa niszczy kolejne małżeństwo.

Film nie próbuje wytłumaczyć, dlaczego ludzie są gotowi brać udział w tym wyczerpującym konkursie bez nagród. To letnie kino familijne. Wyścig i jego niepisany regulamin wydają się nonsensem dla osób, które ledwie zauważają istnienie ptaków. „Wielki rok” ma, jak się wydaje, przekonać, że ornitologia nie jest nudna, a ptasiarze nie są szaleni, ale jedynie utwierdza w stereotypach. Trafnie podsumował sprawę recenzent „Daily Telegraph”: filmy o ekscentrykach wymagają ekscentrycznego podejścia. Może gdyby to zrobił Wes Anderson?

*

W naszym kraju widziano (włącznie z obserwacjami z lat 1801–1950) przeszło czterysta pięćdziesiąt gatunków ptaków. Niektóre z nich zaledwie raz. Ptasiarz zwykle zaczyna od listy życiowej. W którymś momencie zabawa robi się trochę frustrująca, bo nowych gatunków w spisie przybywa coraz mniej. Chyba że zwiększy się obroty i goni za każdą rzadkością. Po trzystu gatunkach emocje zaczynają przygasać. Co robić, żeby dostarczyć sobie emocji? Rozpocząć listę roczną. Albo coraz bardziej popularną listę Palearktyki Zachodniej. To część naszej krainy zoograficznej (Palearktyki), która rozciąga się od Uralu i Kaukazu po Azory oraz od Spitsbergenu do północnej Afryki (wraz z częścią Półwyspu Arabskiego). Widocznie stać nas już na dalekie podróże.

Żeby uzbierać przyzwoitą listę roczną, ptasiarz z Mazowsza zaczyna rok od przeglądania podwarszawskich pól. Czasem plączą się tu stadka tundrowych wróblaków, dyżuruje północny drapieżnik – myszołów włochaty. Jak dobrze przymrozi, warto wyskoczyć nad Bałtyk – morskie ptaki zbliżają się wtedy do brzegu. Przedwiośnie to pora sowich i dzięciolich zalotów. Za chwilę ruszą też gęsi. Wielkie klucze i wielotysięczne stada upodobały sobie pola w województwie łódzkim. Od kwietnia do maja można jeździć nad Biebrzę. Toki batalionów, bekasów i łosie refleksyjnie przeżuwające młode pędy – to wszystko zaczyna się już niecałe dwieście kilometrów od stolicy. Na przełomie maja i czerwca koniecznie Tatry.

Potem nadchodzi najbardziej przygnębiająca dla ptasiarza pora roku – lato. W lesie zapada cisza, na niebie popisuje się tylko niestrudzony skowronek, w upale cyka trznadel. Ptaki chowają się z potomstwem w gęstwinie liści. Ale już z początkiem sierpnia rusza jesienna wędrówka. Pierwsze ewakuują się ptaki ciepłolubne, warto więc skoczyć na dzikie pola Lubelszczyzny. Tam kołują dostojne gadożery, a nad rozgrzaną ziemią za owadami uganiają się zwinne kobczyki. Suną też nad Polską stada siewek, które opuszczają lęgowiska na Północy. Jesień to jedna wielka, rozciągnięta w czasie migracja. Dobrze ją obserwować nad morzem – wędrujące ptaki trzymają się linii wybrzeża. Październik czy nawet listopad to pora na gęsi i żurawie. Największe zlotowiska można podziwiać w ujściu Warty i w dolinie Baryczy. A potem znów cisza. Domyka się ptasi rok.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.