Konspiracja memów
Surian Soosay / CC BY 2.0

12 minut czytania

/ Media

Konspiracja memów

Michał R. Wiśniewski

Obsceniczna błahość memów internetowych służy ukryciu faktu, że takie same są nasze myśli i że ciągle dajemy się wodzić za nos wirusom umysłu. Aby przetrwać, memy mutują do najprostszych postaci

Jeszcze 3 minuty czytania

Czterdzieści lat temu w „Samolubnym genie” Richard Dawkins zdefiniował pojęcie memu. Pojęcie, które dało życie fascynującej teorii, a potem skończyło jako określenie głupich obrazków przesyłanych przez internet. Dlaczego tak się stało? Kto za tym wszystkim stoi? W czyim interesie jest ukrywanie prawdy o memach? Czy mamy do czynienia z konspiracją?

Na trop spisku wpadłem, gdy zajrzałem na internetową stronę Słownika języka polskiego, w którym definicja memu brzmi: „chwytliwa porcja informacji, zwykle w formie krótkiego filmu, obrazka lub zdjęcia, na którym umieszczono jakiś tekst, rozpowszechniana w Internecie”. Słowniki powstają na bazie żywego języka, postanowiłem więc sprawdzić, co znajomi wiedzą o memach. Chwyciłem za telefon: „Hej, głupie pytanie, czy wiesz, co to są memy?”. „Ze mną się nie uda” – usłyszałem. „Czytałam książkę tej babki od Dawkinsa”. No tak, mogłem przypuszczać, że absolwentka biologii ma „Maszynę memową” Susan Blackmore na półce. Drugi telefon wykonałem do normalnego człowieka. „No wiem. To są zdjęcia modyfikowane, żeby oddać aktualne wydarzenia”.

Wiadomo, kiedy coś się dzieje, „internauci reagują”. I robią „[MEMY]” – jak portale zwykły oznaczać nagłówki kierujące do galerii uzbieranych z facebooków i kwejków śmiesznych obrazków. Memami nazywane są np. obrazki Marty Frej (książka „Memy i graffy”), choć kilkanaście lat temu podobną twórczość Agaty „Endo” Nowickiej nazywano netartem albo, po prostu, komiksem (ku oburzeniu części polskiego środowiska komiksowego).

Mem jest memem jest memem

Jeszcze w 2009 roku podczas blogowej przepychanki śmiałem się ze znajomego redaktora portalu, który rozumiał słowo „mem” jako „obrazek krążący wirusowo po internecie”, i odsyłałem go do definicji z „Samolubnego genu”. Dawkins postulował w nim potrzebę opisania reproduktora odpowiadającego za powielanie idei. Tak jak gen jest jednostką ewolucji biologicznej, tak nowa jednostka odpowiadałaby za ewolucję kulturową: przekazywanie pomysłów, zachowań czy języków. Dawkins zaproponował słowo „mem” (ang. meme, czyt. „mim”), stanowiące skrót od mimeme (mīmēma po grecku to imitacja), a także kojarzące się z francuskim même (pamięć). Termin został przystrzyżony tak, by przypominać „gen”, z którym dzieli zdolność do replikacji, mutacji itp., chociaż w wielu aspektach się od niego różni – pozbawiony biologicznych ograniczeń, przenosi się znacznie szybciej, nie między pokoleniami. Mem – wirus umysłu, zaraźliwy wzorzec informacji, język, religia, irytująca piosenka.

Chociaż książka Dawkinsa odniosła gigantyczny sukces, to „mem” nie przedostał się do zbiorowej świadomości i wiódł żywot w akademickich grupach dyskusyjnych. Nic dziwnego, nawet autorka „Maszyny memowej” uznała zrazu koncept za błahostkę (i wróciła do niego dopiero w połowie lat 90.). Nie od razu słowo „mem” trafiło do słowników. Nie znalazłem go w Oxfordzie z 1980 roku, nie było go w Merriam-Websterze z 1995 roku, zaś hasłu z „The New Penguin English Dictionary” z 2000 roku towarzyszy redaktorska notka przywołująca „Samolubny gen”.

W roku 1983 imię Mem (Mimu) otrzymała natomiast bohaterka japońskiego animowanego serialu edukacyjnego – mały duszek z komputera, który opowiadał parze dzieci o historii nauki i najnowszych wynalazkach (a także promował japońskie usługi telefonii cyfrowej). Moglibyśmy więc usłyszeć o „memach” już w latach 80., gdyż serial był emitowany w TVP, ale niestety trafił do nas we francuskim tłumaczeniu, w którym duszek z l'ordinateur nazywała się Ordy.

..Sama idea pojawiała się czasem bez użycia słowa „mem”, jak w postcyberpunkowej powieści Neala Stephensona „Zamieć” (1991), w której tytułową memetyczną zarazę nazywa się po prostu „wirusem”. „Wirusy umysłu” to także tytuł eseju Dawkinsa z tego samego roku (kapitalizm wkrótce miał odkryć „marketing wirusowy”). W komiksie „The Ghost In The Shell” Masamune Shirow (również 1991) pojęcie „memu” nie tylko się pojawia, ale odgrywa istotną rolę w fabule: sztuczna inteligencja zrodzona w globalnej sieci objawiła się jako żywa istota, bo właśnie dzięki replikacji memów była zdolna się rozmnożyć.

Był to zresztą przykład na to, jak wiele istniejących wcześniej idei (np. przemyśleń na temat mediów McLuhana) zyskało widoczność (czy wręcz namacalność) dzięki internetowi. Tak było właśnie z memami i badającą je memetyką, ruchem powstałym w połowie lat 80., który miał ambicję stać się dziedziną nauki. Zainteresowanie nim zbiegło się w czasie ze wzrostem popularności internetu. W lipcu 1993 roku w sieci Usenet powstaje grupa dyskusyjna alt.memetics, w 1995 wychodzi „Wirus umysłu” Richarda Brodiego, w 1997 w internecie zaczyna się ukazywać pismo naukowe „Journal of Memetics”, w 1999 Susan Blackmore publikuje „Maszynę memową”. Poszukiwania badaczy szły w parze z eksploracją tematu przez artystów. Jacek Dukaj uczynił memetykę jednym z ważniejszych wątków powieści „Czarne oceany” (2001).

Polski wątek jest zresztą ciekawy w obliczu wspomnianej definicji z SJP, memetyka w naszym kraju miała się bowiem nieźle. W Usenecie, na grupie pl.rec.fantastyka.sf-f, o memach mówiło się od 1998 roku. Wtedy właśnie wyszła „Genetyka kultury” Mariusza Biedrzyckiego, który popularyzował memetykę także w wysokonakładowej prasie. W 2003 roku polscy memetycy przejęli zeszyt naukowy „Teksty z Ulicy” wydawany przez zespół pracowników, doktorantów i studentów Instytutu Nauk o Kulturze Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, wcześniej zajmujący się m.in. legendami miejskimi.

A potem wszystko się popsuło. „Journal of Memetics” został zawieszony w 2005 roku. Ostatni numer zawiera cztery eseje próbujące wytłumaczyć, dlaczego memetyka nie sprawdziła się jako nauka. Mem zmienił się w felietonową metaforę, bo wciąż fajnie opisuje się przy jego użyciu popowe hity, religie i kotki z internetu. Grupa alt.memetics ostatnie podrygi wykonała w 2009 roku i jest dziś martwa (jak zresztą większość Usenetu). Na stronie memetyka.pl, gdzie kilka lat temu można było pobrać „Teksty z Ulicy”, straszy dziś farma linków. Cyfrowe duchy, memy zwycięskie.

Demoty z lolcatami

Kiedy zwijał się „Journal of Memetics”, w zupełnie innej części internetu, w serwisie 4chan.org  (powstałej w 2003 roku memetycznej mutacji japońskich forów obrazkowych) banda anonimowych internautów wymieniała się obrazkami. Trochę anime, trochę porno, trochę kotków i znalezionych w odmętach internetu dziwactw. Mniej więcej dwa lata później wykrystalizowała się subkultura 4chana, a spoiwem tej anonimowej (a)społeczności okazały się krążące w serwisie obrazki z napisami, zwane „image macro”. Zaszczytne miano mema odnosiło się nie do wszystkich krążących po forum jednostek informacji, jak chcieli Dawkins i memetycy, ale jedynie do tych, które odniosły największy sukces. Po jakimś czasie sformułowanie „mem internetowy” – skracane do „mem” – stało się synonimem wszelkich sieciowych fenomenów.

W 2006 roku magazyn „Time” uhonorował użytkowników internetu, którzy działając w paradygmacie Web 2.0, dostarczali treści, zamiast je tylko konsumować. Ale tam, gdzie są treści, znajdzie się zawsze ktoś, kto zechce na nich zarobić. Pomysły wyciekające z 4chana i podobnych siedlisk do mainstreamowego internetu trafiały w ręce cwaniaków zakładających agregatory treści. Lolcaty (zdjęcia kotków z niegramatycznymi śmiesznymi tekstami), demoty (parodie plakatów motywacyjnych), prymitywne komiksy – to, co kiedyś krążyło w prywatnych mailach, teraz można było znaleźć na stronach z reklamami. Pojawiły się też serwisy, nazywane generatorami memów, pozwalające nakładać teksty na zdjęcia. Mem memu zmutował: jednostka ewoluującej kultury została sprowadzona do obrazka z dwoma linijkami tekstu fontem Impact. I tak został opisany w Słowniku języka polskiego.

Inaczej jest w języku angielskim. Słownik Oxfordzki podaje obie definicje: dawkinsowską i internetową. Dzielnie trzyma się amerykański Merriam-Webster, podający jedynie oryginalne znaczenie terminu, ale wkrótce może ulec głosom użytkowników, którzy w komentarzach twierdzą, że podana definicja nie odpowiada ich doświadczeniu. Co jednak wynika z tej – pozornie naturalnej – zmiany znaczenia, z tego, że definicja info-wirusa została zawężona do idei krążącej jako obrazek w internecie?

Sekretna inwazja

 „Być może inteligentni obcy rozpowszechniają swoje memy na naszej planecie, aby produkować bardziej inteligentnych ludzi poprzez pozaziemską interwencję w naszych ludzkich mózgach” – żartował jeden z użytkowników słownika Merriam-Webster w styczniu 2015 roku. Można by to zilustrować internetowym memem przedstawiającym znanego z ekscentrycznej fryzury Giorgio A. Tsoukalosa, telewizyjnego eksperta z History Channel, który niewyjaśnione fenomeny tłumaczy w jeden sposób: to kosmici. Koncept niewidzialnego obcego, który potajemnie steruje ludzkością, i to znacznie subtelniej niż przy użyciu zwykłych robaków mózgowych, jest od lat znany fantastom. Przykłady można znaleźć zarówno w brytyjskich serialach („Doctor Who”), jak i absurdalnych anime („Kill La Kill”).

A jeśli jest to właściwy trop, który należy podjąć, żeby dotrzeć do jądra spisku? Jeżeli memy są jakąś bezcielesną formą (nie)życia, która pasożytuje na ludzkości, to opisana wcześniej mutacja znaczenia terminu „mem” jest najzwyczajniej mechanizmem obronnym. Konspiracją memów – największą ich sztuczką, polegającą na przekonaniu ludzi, że nie istnieją. Że są tylko niewinnymi zdjęciami kotków.

Obsceniczna błahość memów internetowych służy ukryciu faktu, że takie same są nasze myśli i że ciągle dajemy się wodzić za nos wirusom umysłu. Aby przetrwać, memy mutują do najprostszych postaci. Żywoty znanych ludzi zmieniają się w bon moty, a z „Hamleta” pozostaje „być albo nie być”. Każda idea dąży do frazesu, mocnego hasła, które odciśnie się w umysłach. A rzeczywistość wciąż jest złożona, nawet gdy jej memetyczne odwzorowanie zaczyna wyglądać jak nabazgrana mapa skarbu z dziecięcej zabawy. Świadomość tego, jak działają memy, mogłaby sprawić, że stalibyśmy się na nie bardziej odporni i zamiast pozwolić się kontrolować, odzyskalibyśmy kontrolę nad swoimi myślami, swoimi słowami i swoim światem. Albo przynajmniej swoim krajem. Czy to przypadek, że właśnie w polskim słowniku znalazło się hasło ukrywające prawdziwe pierwotne słowa „mem”? Jeśli spojrzeć na poziom debaty publicznej czy głębię refleksji obywateli, odpowiedź nasuwa się sama. Nie, to nie przypadek.

To, oczywiście, paranoiczny scenariusz science fiction. Ale i tak zaproponuję zakład Pascala 2.0: większa uwaga przy formułowaniu myśli czy umysłowa higiena polegająca na usuwaniu frazesowych złogów na pewno nam nie zaszkodzi. Niezależnie od tego, czy memy istnieją, czy nie.