Trzy zimy
Barbara Kinga Majewska, fot. Agata Grzybowska

11 minut czytania

/ Muzyka

Trzy zimy

Rafał Wawrzyńczyk

„Winterreise” Schuberta jako pierwsza w historii płyta z piosenkami o miłości i samotności? P0średnio inspirowali się nią wykonawcy popowi – z Joy Division i The Smiths na czele. Dwie nowe wersje cyklu ukazały się w zimowej serii Bôłt Records

Jeszcze 3 minuty czytania

Po światowym sukcesie płyty Rogińskiego („Raphael Roginski Plays John Coltrane and Langston Hughes. African Mystic Music”) o Bôłcie usłyszeli już chyba wszyscy, nawet ci, którzy do tej pory z poczynaniami Michała Mendyka, Michała Libery i spółki jakoś się mijali. Warszawskie wydawnictwo jest w tym momencie w naszym kraju najlepsze, jeśli idzie o robienie rzeczy poważnych w sposób – jak to powiedzieć? – pozbawiony zadęcia, odpowiednio „awangardowy”, odpowiednio sexy. Wszystkie te płyty z okładkami Waliszewskiej chce się po prostu mieć, historia z edycją nagrań Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia mogła zmienić się w ponurą misję, a stała się nie wiedzieć kiedy rzeczą najnaturalniejszą pod słońcem. Na koncerty Rudnika przychodzą ludzie, którzy nie wiedzą, kim był Serocki, a tenże Serocki został właśnie zaprezentowany na świeżutkiej, monograficznej płycie („Pianophonie”). Co już samo w sobie wystarcza, aby za swoje zasługi został Bôłt odznaczony wszystkim, co też tam państwo polskie ma w gotowości na takie okazje, Serockiego bowiem mogliśmy do tej pory poznawać z jednego kompaktu, wytłoczonego w przedśmiertnym wysiłku przez Polskie Nagrania albumu zawierającego nagrania z lat 1965–1980. A przecież ten „nowy” Serocki to zaledwie jedna z propozycji w rozszerzającym się katalogu, co rusz serwującym nam niespodzianki w rodzaju płyty Witolda Szalonka z utworami na flet, monograficznych CD absolutnie wspaniałych Rumunów: Octaviana Nemescu i Corneliu Dana Georgescu czy sześciopłytowego boxu z domowymi nagraniami Mirona Białoszewskiego. By nie wspomnieć o czterech już chyba płytach niepokojąco wręcz utalentowanego Arturasa Bumšteinasa, sypiącego jak z rękawa pomysłami i stylami, z których każdy starczyłby innemu na pół życia. Albo o trzech albumach wokół Tomasza Sikorskiego, prezentujących dzieło i postać kompozytora we frapujących nieraz kontekstach (Julius Eastman). Albo o pierwszym na świecie nagraniu całości The Great Learning Corneliusa Cardew. Itd.

Cóż, jeśli ktoś jest dzisiaj do przodu, to właśnie Bôłt. Na gesty poszerzenia kanonu w rodzaju tego, jakiego dopuściło się niemieckie Wergo, wydając na jednej płycie utwory orkiestrowe Unsuk Chin, Lizy Lim i… Sun Ra, nie ma jeszcze Bôłt odpowiedniej masy – zresztą taki koncept zniknąłby w dziesiątku podobnych przez to wydawnictwo już zrealizowanych. Zamiast tego zdarza mu się ten kanon ostukiwać, a dzieje się to głównie w ramach serii „Populista”, prezentującej nieortodoksyjne interpretacje kamieni milowych muzyki współczesnej i nieco dawniejszej (jak choćby pamiętne, szalone „Dichterliebe” B. Schütza i R. Friedla). „Nagrania na temat idei nagrywania”, napisał o „Populiście” Philip Clark z „The Wire”, i to wydaje mi się tej serii najlepszą wizytówką: niektórych zachęci, niektórych ostrzeże, a tym, którzy już naprawdę nie wiedzą, co myśleć, można na przykład poradzić, żeby wyobrazili sobie serię „wierszy o pisaniu wierszy” – będą tam i majstersztyki Ashbery’ego, i parę rzeczy absolutnie jednorazowych, oferujących nam raczej pojedynczą myśl, niż wielowymiarową chmurę przyjemności, do której chcielibyśmy wracać i wracać… Od Rogińskiego nie można się oderwać, „Dziadów” Białoszewskiego wysłuchaliśmy pewnie dwa–trzy razy. A jak będzie z najnowszymi trzema „zimowymi” tytułami?

Zimowymi, ponieważ tym razem na celowniku kuratora serii i zaangażowanych artystów staje „Winterreise”, muzyczny odpowiednik „Śniadania na trawie”, jeśli chodzi o zdolność zapładniania wyobraźni innych twórców. Wspomnijmy tu chociażby uwspółcześnioną, zorkiestrowaną wersję Hansa Zendera, spojrzenie na cykl z perspektywy sławetnej liry korbowej z ostatniej pieśni (Nataša Mirković/Matthias Loibner), czy Iana Bostridge’a robiącego z „Podróży” nieledwie monodram, śpiewającego niektóre pieśni tyłem do publiczności czy opierającego się nonszalancko o fortepian – wszystko dla obłupania lakieru konwencji i przedstawienia nam cyklu takim, jakim mógł się przedstawiać współczesnym kompozytora: obezwładniająco łatwo ześlizgującym się z wesołkowatości w doły rozpaczy, szokująco nowoczesnym, wręcz: dziwacznym. Nie wszystkim oczywiście takie odczytanie musi być w smak, jednak opinia, zgodnie z którą „Winterreise” to pierwsza Barbara Kinga Majewska, Winterreise, Bołt Records 2016Barbara Kinga Majewska & Emilia Sitarz play „Winterreise”,
Bôłt Records 2016
w historii „płyta z piosenkami o miłości i samotności” daje do myślenia. Widzieć Schuberta jako tego, który dwieście lat temu wpadł na to, jak winno wyglądać „wydawnictwo doskonałe”, nie jest bardzo od rzeczy. Morrissey, The Clash, Joy Disivion, całe połacie popu – wszyscy oni w jakimś stopniu igrają z zadanym przez Schuberta wzorcem zewnętrznej spoistości i wewnętrznego zróżnicowania, amplitudy emocji, czasu wypowiedzi (!), konstrukcji jej podmiotu.

Barbara Kinga Majewska i Emilia Sitarz porozrywały na przykład „Winterreise” na kawałki, zszyły je po swojemu i rozwiesiły na gwoździach najprzeróżniejszych stylistyk, jakby sprawdzając, czy tak potraktowana całość przyznaje się jeszcze do siebie. Przyznaje jak najbardziej. A nawet więcej, Schubertowskie diamenty – jak choćby „rozkwitający” początek „Frühlingstraum” – zdają się jaśnieć nowym blaskiem, wybite ze swoich zwyczajowych osadzeń, oświetlone jakimś niespodziewanym światłem czy właśnie bezpardonowo przycięte. Sny o wiośnie są dziś przecież, jak wiemy, czymś zupełnie niemożliwym, żeby więc je „umożliwić”, trzeba je „uniemożliwić”, zachowując jednocześnie jakiś ślad tego, co wydarzyć się „nie mogło”… Uff. Zdanie to już trwa dłużej, niż odpowiadająca mu akcja na płycie, podczas której śliczne pąki jasnego A-dur zostają po pięciu sekundach ścięte bez ostrzeżenia, przeskakujemy do kolejnego utworu, którym jest zaśpiewana rozchwianym głosem „Samotność”. Takich jukstapozycji zawiera ta płyta bez liku. Ani one, ani ingerencje w tekst oryginału nie są jednak jakimś tam efekciarstwem, a wyrastają najczęściej (zawsze?) z jakiegoś skojarzenia związanego z tekstem danej pieśni, eksponując nieoczekiwany walor poetycki („mglista” partia fortepianu w jednej z piękniejszych na płycie „Die Nebensonnen”) czy wręcz „naukowy” (webernowska faktura „Letzte Hoffnung” aż skłania do wysłuchania wykonania bardziej ortodoksyjnego, żeby sprawdzić, czy są ku niej podstawy – są, jak najbardziej). Niech nie brzmi to wszystko jednak zbyt poważnie, „Winterreise” w wykonaniu Majewskiej i Sitarz to także zabawa, „poważna zabawa”, w końcu „Na wsi” wyśpiewane tu jest jak znad płotu z garnkami, a „Odwaga” to już czysta komedia, Majewska udaje germańskiego bachora, otyłego, w podartym kaftanie i z palcami w smalcu. A potrafi przecież być i Marleną Dietrich… Wprost nie wiadomo, czym nas jeszcze laureatka Paszportu Polityki zaskoczy, możliwości zdaje się mieć bowiem nieograniczone.


Joanna Halszka Sokołowska, „Winterreise”, Bôłt Records 2016Joanna Halszka Sokołowska plays „Winterreise”, Bôłt Records 2016Na koncercie promującym płytę (a była to prawdziwa Republika Weimarska, kto nie był, niech żałuje) nie wykonano najsłynniejszej bodaj pieśni z „Podróży zimowej”, czyli zamykającej cykl „Der Leiermann”. Odsłuch płyty wyjaśnił mi po paru dniach, dlaczego tak się stało. Wcześniej jednak – bo już następnego dnia – z nawiązką wynagrodziła ten brak Joanna Halszka Sokołowska, która podczas występu ze swoją „Winterreise” zaśpiewała ten utwór bodaj kilkanaście razy. Chociaż właściwiej byłoby powiedzieć „zaintonowała”, „Lirnik” bowiem stanowił refren osobliwego misterium, na które zostaliśmy sproszeni do Królikarni. Chyba nikt nie wiedział, czego się spodziewać, kiedy tak usiedliśmy sobie na krzesłach i poduszkach wokół zwieszającej się z sufitu rzeźby Izy Tarasewicz „Nexus”, i zapadła nagle ciemność tak głęboka, że stojącą ode mnie o trzy metry artystkę widziałem jako ledwie uchwytną plamę. Z ciemnością przyszły chłód i cisza, w ciszy odezwał się drżący głos, który z czasem począł się po muzeum przemieszczać, dobiegając czasem z najbardziej oddalonych od naszej sal; najpierw wydawało mi się, że to duch Schuberta woła do nas z grobowca przeszłości, potem, że to może my jednak jesteśmy w grobowcu, przestraszyłem się tej myśli i niewiele potrafiła mi pomóc świadomość, że gdzieś niedaleko siedzi przecież Jaś Kapela. Było to wszystko dość niezwykłe, gotyckie, może i wileńsko-kowieńskie, w jakimś sensie antypodalne względem propozycji Majewskiej/Sitarz (zestaw poręcznych opozycji: wieś a miasto, czucie a mędrca oko, lirnik a brak lirnika). I, obawiam się, niemożliwe do oddania na płycie… To jest płyta z „Winterreise” Sokołowskiej jest jak najbardziej dostępna, czy jednak odtworzenie jej w domu zdolne jest do wywołania takich przeżyć, jakie były naszym udziałem w zimnych murach muzeum – nie wiem.


Nie wiem też specjalnie, jak dokleić do tych wydawnictw to trzecie, czyli „Parallel Winter” Richarda Youngsa, jest ono właśnie do nich równoległe, wydaje się mieć z dziełem Schuberta niewiele wspólnego, może za wyjątkiem pobrzękującej w nim czasem cytry, którą można by w przypływie fantazji uznać za daleką aluzję do liry, na której ein Leiermann dreht, was er kann. Można by, ale nie trzeba, zima Youngsa przyjeżdża do nas na transamerykańskim składzie, z okien którego widzi się prerię i sępy, kompozycja ma szeroki oddech, który Richard Youngs, Parallel Winter, Bôłt Records 2016Richard Youngs, Parallel Winter”,
Bôłt Records 2016
kojarzymy z twórczością Glassa i Johna Adamsa, medytacyjne inklinacje rodem z La Monte Younga i Rileya, szczyptę szorstkości Partcha… Dowcip polega na tym, że jej twórca (i wykonawca) urodził się w Glasgow.

I taka jest ta zimowa kolekcja Bôłtu; gdyby wybierać z niej krążek najbardziej „do słuchania”, byłaby to najpewniej płyta Majewskiej i Sitarz; rzecz w tym, że tej akurat oficynie na słuchalności specjalnie nie zależy, wyżej stawia bowiem idee „projektu” i „artystycznej eksploracji”, a trzy omawiane CD najchętniej sprzedawałaby przewiązane jedną wstążeczką. Po koncertach w DZiK-u i Królikarni poszedłem sobie jeszcze do Eufemii, gdzie krótkie piosenki o absurdzie istnienia prezentował kolektyw Guiding Lights, w którym nie mogłem już nie zobaczyć późnych wnuków biednego Franza. Myślałem tam sobie, czy postnowoczesna wersja Majewskiej/Sitarz, przedstawiająca „Winterreise” jako „stos pięknych odłamków”, jest po prostu bardzo dobra, czy też może jest już  j e d y n ą  m o ż l i w ą – w tym mieście, w tym pokoleniu, w tym czasie. I czy wyostrzona świadomość ożeniona z eksperymentatorską omnipotencją są jeszcze w stanie zaprowadzić nas tam, dokąd przed dwoma wiekami znaleziono ścieżkę – bardzo wąską, trudną, Gerharer czy Pregardien idą po niej z lunatycznym skupieniem, z czymś, co chciałoby się nazwać nieśmiałością mistrza. Czy na tej ścieżce jest jeszcze miejsce na coś oprócz człowieka.