Diabeł
fot. Magda Hueckel

5 minut czytania

/ Teatr

Diabeł

Paweł Soszyński

Jedną z etycznych rozterek bohaterów „Jeziora” będzie to, czy kupić nielegalnie serce dla chorej córeczki. A co, gdyby para się nie zgodziła? Co by zrobił dramatopisarz Durnienkow? Ciężko powiedzieć, bo jego tekst to raczej równanie z jedną niewiadomą

Jeszcze 1 minuta czytania

Spektakl „Jezioro” Michaiła Durnienkowa w reżyserii Yany Ross w TR Warszawa mógłby skończyć się w gruncie rzeczy jeszcze przed pierwszą sceną, bo prolog, kiedy widzowie zasiadają na widowni, mówi tu już wszystko. Zbyt dosłowna, choć imponująca, scenografia Justyny Elminowskiej zamyka scenę w betonowym schronie, w którym trawka, grill, leżaki – wakacje nuworyszów. Apokaliptyczne to wszystko, bo z głośników słyszymy o tym, gdzie nasi bohaterowie nie chcieliby znaleźć się w dniu końca świata: „Mam nadzieję, że nie zastanie mnie w centrum handlowym, przy posiłku, na kiblu, we śnie, w windzie, przy kichaniu. Nie chcę przegapić końca świata, wjeżdżając do tunelu, nurkując, marząc. Nie chcę też, by to było podczas mycia zębów, gdy stoję przed lustrem”. Ten sam ciąg usłyszymy na koniec spektaklu, co jest miałkim zabiegiem, bo w takich klamrach jest zawsze ukryty zwrot do widza: teraz już lepiej rozumiesz. Ciekaw jestem raczej, gdzie bohaterowie w dniu końca świata chcieliby być? Ale to już jest pytanie z serii tych nieoczywistych.

Nachalność tego gestu to jednak nic w porównaniu z wykorzystaniem w spektaklu nagrań interwencji Pawlenskiego – jednego z najradykalniejszych współczesnych artystów, słynnego choćby z przygwożdżenia własnej moszny na Placu Czerwonym. Migawki z jego performansu wyświetlane są na ścianach apokaliptycznego więzienia. Ten gest reżyserki budzi wątpliwość, choćby dlatego, że tekst Durnienkowa jest powierzchowny, a cały spektakl nie może się do końca zdecydować, a może jest to świadome rozbujanie, czy ma nas bawić skeczami, czy nam grozić. Trzy pary, które wkrótce zasiądą na leżakach, ewidentnie chcą zapracować na nasz śmiech – to idioci, którzy gadają debilizmy, popisują się przed sobą (i, niestety, widownią), sztampowi dorobkiewicze mazani tak grubą krechą, że zlewają się w czarną plamę. Od początku do końca wiemy, kim są, czego pragną, czego się boją. Czujemy fałsz kryjący się za ich frustracją, bezsensownymi grami towarzyskimi, które Ross podaje nam zresztą bez zbędnych abstrakcyjnych zabiegów, jak choćby w scenie, w której rzucają sobie ospale piłkę z rąk do rąk, zadając przy okazji światopoglądowe pytania, na które odpowiadają ironicznie, zażenowani brakiem jakichkolwiek azymutów w dotychczasowych biografiach. Nie rozumiem, dlaczego wybitna tłumaczka Agnieszka Lubomira Piotrowska traciła czas na tłumaczenie tej sztuki, skoro każde na chybił trafił wybrane zdanie z tekstów Andrzeja Ledera mówi nam więcej o współczesnej klasie średniej niż monotonne, literacko ograne gierki w słownego ping-ponga bohaterów Durnienkowa.

Michaił Durnienkow „Jezioro”, reż. Yana Ross. TR Warszawa, premiera 4 marca 2016Michaił Durnienkow, „Jezioro”, reż. Yana Ross. TR Warszawa, premiera 4 marca 2016Prawdziwy problem pojawi sie jednak wtedy, gdy okaże się, że kontrą dla frustracji i rozmemłania bohaterów jest Pawlenski (w tej roli Dawid Ogrodnik). To on, jak diabeł, będzie demaskował ich światopoglądowy fałsz: fobie, lęki, megalomanię. Dość powiedzieć, że jedną z etycznych rozterek bohaterów będzie to, czy kupić nielegalnie serce dla chorej córeczki. Pawlenski diabolicznie namawia – para się godzi. Oczywiście. A co, gdyby para się nie zgodziła, gdyby w bunkrze pojawiła się rysa? Co by zrobił dramatopisarz Durnienkow? Ciężko powiedzieć, bo jego tekst to raczej równanie z jedną niewiadomą do szybkiego rozwiązania na obrywce z teatralnego biletu, niż paradoks logiczny. Jesteśmy fałszywi, jemy szaszłyki i nie rozumiemy, że demokracja i świat się skończyły. Właśnie tak, ogólnie, bez głębszych wiwisekcji, bo wiadomo, że jesteśmy szydercami, którzy dbają tylko o swoje dobro, małymi oportunistami z małych domków letniskowych nad czarnym, bezdennym jeziorem, w którym się kąpiemy dla przyjemności, nie rozumiejąc, że nigdzie, także na brzegu, nie mamy już gruntu pod nogami.  Tym bardziej irytuje lekkomyślne wbazgranie w ten płaski obrazek Pawlenskiego. To nieczysty ruch, bo Ross nie zadaje sobie trudu, by sproblematyzować jego drastyczne performansy, nie chce uczynić go rzeczywistą postacią scenicznego dramatu, nie zauważa jego problematyczności, ambiwalencji i artystycznej graniczności, wykupuje się tylko kilkoma nagraniami z YouTube’a efekciarsko wyświetlonymi na betonowej scenografii. Nie zadaje sobie nawet trudu, by powiadomić widzów, że performer siedzi w więzieniu, a po internecie krąży petycja w sprawie jego uwolnienia. I dlatego uważam, że jej gest jest cyniczny, nie można Pawlenskiego wprowadzić na scenę i nie wziąć odpowiedzialności za ten gest.

Tymczasem pojawia się on między wódką a zakąską. Szkoda też, że reżyserki nie stać na nic więcej niż spuentowanie swojego spektaklu dosłownym cytatem z jego ostatniej akcji: obcięciem ucha. Może trzeba było zrobić przegląd akcji Pawlenskiego, może TR powinien wokół niego zorganizować seminarium. To by było uczciwsze. Tymczasem diabeł demaskuje głównie samą reżyserkę, sam teatr, w którym wystawiła swoją sztukę.