Przynajmniej się dowiedz
Chris Jones / CC BY-NC 2.0

21 minut czytania

/ Literatura

Przynajmniej się dowiedz

Tomasz Pindel

To przypadek, że te dwie książki ukazują się u nas w tym samym czasie, zachodzi między nimi jednak bardzo głęboka relacja. „Głód” Caparrósa i „Wykluczeni” Domosławskiego aż proszą się, by czytać je razem

Jeszcze 5 minut czytania

Domosławski zdradza genezę „Wykluczonych” niemal na początku:

Przez lata podróży po krajach Południa zdarzały mi się dziesiątki spotkań i zdarzeń prowokujących do uogólnień, które z powodów zwykle prozaicznych – ograniczone miejsce na szpaltach, kolejna podróż zmuszająca, bym odłożył niespisane na wieczne «później» – nie stały się fragmentami publikowanych opowieści. Czasami także dlatego, że reportaż nieufnie traktuje komentarze i duże kwantyfikatory.

Książka powstała z zapisków sporządzanych na boku, ale wcale nie porusza tematów pobocznych, tylko przeciwnie – te fundamentalne. Nie są to zatem dygresje i wcześniej wycięte anegdotki, żadne tam reporterskie „sceny odrzucone”, ale próba spojrzenia na zasadniczy problem, jakim jest wykluczenie, z pozycji pewnego dystansu i po licznych podróżniczych doświadczeniach.

„Głód” z kolei nazwałbym traktatem, choć słowo to brzmieć może trochę podejrzanie. Nie ma tu jednak żadnego nadęcia, ten traktat pomyślany został jako swoista opowieści drogi: pokazuje proces dochodzenia do wniosków, zdobywania i porządkowania wiedzy. Caparrós pisze: „Zawsze pytanie. Odpowiedzią jakoś nikt nie chce zaprzątać sobie głowy”. Ten cytat – oraz drugi, przytoczona pod koniec książki znana wypowiedź brazylijskiego biskupa Héldera Câmary: „Kiedy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym. Kiedy pytam, dlaczego biedni nie mają chleba, nazywają mnie komunistą” – mogłyby być mottami do tej książki: chodzi w niej o to, by stawiać niewygodne pytania, nawet jeśli roztaczają podejrzaną dla wielu ideologiczną woń, i szukać na nie odpowiedzi. Autor nie próbuje pokazywać się nam jako mędrzec, ale jako ktoś, kto szuka i się zastanawia, a potem efektami tych działań dzieli się z nami. Być może dlatego przez te ponad siedemset stron ani razu nie ogarnęło mnie znużenie: bo to zapis procesu.

Podejrzewam, że obie książki w niejednej księgarni wylądują na półce podpisanej „reportaż”, choć stosunek do tego gatunku także zasadniczo je różni. Domosławski nigdy nie przestaje być reporterem. Owszem, stawia sobie pytania, na jakie w dzienniku czy tygodniku nie ma zwykle miejsca, a każdy rozdział tej książki uzupełniony jest podrozdziałem z serii „Poza kadrem”. Martín Caparrós, „Głód”Martín Caparrós, „Głód”. Przeł. Marta Szafrańska-Brandt, Wydawnictwo Literackie, 716 stron, w księgarniach od marca 2016W tych fragmentach autor nie tyle pokazuje warsztat czy metody pracy, ile porusza kwestie metareporterskie: na przykład – jak powinien zachowywać się reporter wobec swoich bohaterów, na czym polega jego rola, gdzie jest granica empatii; komentuje też pewne współczesne trendy w mówieniu czy pisaniu o świecie – jak choćby dark tourism, czyli modę na wyprawy w miejsca wojen i tragedii: czy to cyniczne żerowanie nie cudzym nieszczęściu, czy jednak odruch szczerego zainteresowania? Tu też pozwala sobie na osobiste uwagi, wspomnienia czy skojarzenia.

A jednak zasadniczy zrąb „Wykluczonych” stanowią czystej wody reportaże, krótkie teksty z różnych stron świata, napisane zgodnie z kanonem porządnego dziennikarstwa (Domosławski na tle polskiej szkoły reportażu wyróżnia się niechęcią do poszukiwania wydumanych form i zamiłowaniem do klasycznej, rzeczowej narracji) i prowadzące nas w bardzo różne miejsca świata: sporo jest Ameryki Łacińskiej, z którą się autora najczęściej kojarzy – Kolumbia, Meksyk, Brazylia, państwa Ameryki Środkowej – ale też Izrael i Palestyna, Kenia, Egipt, Mjanma (czyli Birma), Grecja czy USA. Każdy z tych tekstów sprawdziłby się jako niezależna publikacja prasowa, choć oczywiście zestawione razem nabierają innego wymiaru i tworzą wielopłaszczyznową całość.

Natomiast tego, kto do lektury „Głodu” przystąpi, spodziewając się regularnego reportażu, spotka spore zaskoczenie. Owszem, reporterskie elementy jak najbardziej się tu pojawiają, w końcu autor podróżuje po całym świecie i opisuje to, co zobaczył. Jest w Nigrze, Indiach, Bangladeszu, Stanach Zjednoczonych, Argentynie, Sudanie Południowym i na Madagaskarze. Spotyka ludzi, rozmawia z nimi, kreśli ich losy, czasem opisuje miejsca. W pewnym momencie nawet dzieli się myślą, że być może najlepiej by było, gdyby skupił się tylko na tym, na owych opisach, obrazach z odwiedzanych miejsc i relacjach z rozmów. Jednak reporterski materiał nie jest celem samym w sobie: te fragmenty służą mu do przeanalizowania, prób zrozumienia, a następnie pokazania zjawiska światowego głodu i licznych jego implikacji. Reportaż – razem z różnego rodzaju danymi, źródłami historycznymi i statystycznymi, a także, może nade wszystko, refleksją – to tylko surowiec, z którego Caparrós wykuwa swoją książkę.

Dwie strony tego samego autora

Martín Caparrós pozostaje (pozostawał?) w Polsce jak dotąd właściwie nieznany, choć jedna jego powieść wyszła u nas przed laty. Przepadła jednak bez echa, a szkoda, bo „Tajemnica markiza Valfierno”, choć tytuł brzmieć może banalnie (w oryginale jest po prostu „Valfierno”), to znakomite studium tytułowej postaci, pewnego Argentyńczyka, który w 1911 roku przebiegle wykradł z Luwru „Giocondę”, sprzedając kilka jej kopii amerykańskim kolekcjonerom, a oryginał – potrzebny mu tylko do uwiarygodnienia sprzedaży falsyfikatów – porzucił, i ten po latach się znalazł. Z tej autentycznej, acz uzupełnionej autorską inwencją postaci, wydobył pisarz znacznie więcej niż tylko sensacyjną historię – to swoiste studium o płynnej granicy między fałszem i prawdą, opowieść o fikcji, która staje się życiem, bądź na odwrót. Powieści Caparrós napisał zresztą jeszcze kilka („A quien corresponda”, „Los Living”), niektóre z nich były nagradzane prestiżowymi wyróżnieniami i w świecie literatury hiszpańskojęzycznej jest to autor o mocnej pozycji. Często sięga też po literaturę non-fiction. Nie jest to więc pisarz, któremu zdarzył się reportaż, ani reporter, któremu zdarzyła się powieść, to dwie strony tego samego autora.

Artur Domosławski z kolei od lat należy do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich reporterów, a od czasów osławionego „Kapuściński non-fiction” jego rozpoznawalność znacznie wzrosła – choć pewnie dla części czytającej publiczności afera wokół biografii przysłoniła jego wcześniejsze – oraz późniejszą, świetną „Śmierć w Amazonii” – stricte reporterskie książki. Domosławski publikuje w prasie, kiedyś na łamach „Gazety Wyborczej”, dziś „Polityki”, i choć od Caparrósa pisarsko różni się niewątpliwie, to obaj pili z tych samych literackich źródeł. Mam na myśli wielką literaturę latynoamerykańską, w którą Caparrós wpisuje się jako kontynuator i do której jego polski kolega regularnie nawiązuje w swoich reportażach, często widząc w prozie tzw. boomu klucz do latynoskiej (i chyba nie tylko) mentalności. W „Wykluczonych” cytuje choćby fragmenty z Garcíi Márqueza i Borgesa, odwołuje się do Reinaldo Arenasa i Guillerma Cabrery Infante. Jego tekst sprzed lat, poświęcony kolumbijskiej partyzantce, zaczynał się parafrazą słynnego pierwszego zdania „Stu lat samotności”. Jednak proza „Wykluczonych” jest raczej surowa, w odróżnieniu od „Głodu”, który miejscami osiąga rejestry czysto literackie.

Grząski grunt

„Głód” to druga – po podejmującym w polemiczny sposób temat globalnych zmian klimatycznych „Contra el Cambio” („Przeciw zmianie”) – dziennikarska książka Argentyńczyka mierząca się z wielkim, uniwersalnym tematem. Caparrós doskonale zdaje sobie sprawę, po jak grząskim gruncie stąpa. Już we wstępie pojawia się wątek niepewności: jak podejść do tematu tak, zdawałoby się, zgranego, tak oczywistego. Cóż banalniejszego niż obrazki z głodującymi dziećmi z Afryki, cóż prostszego niż szafowanie porażającymi danymi statystycznymi?

„Każdego dnia na świecie, na naszym świecie, z przyczyn związanych z głodem umiera 25 tysięcy osób”. Te dane jednak porażające są tylko teoretycznie, bo jakoś żyjemy dalej i spokojnie, jakoś snu nam nie odbierają szacunki autora, że w czasie potrzebnym na lekturę jego książki umrze z niedożywienia jakieś 8 tysięcy osób, a jeśli ograniczymy się tylko do jednego akapitu, to tylko osiem do dziesięciu. Ale wiadomo, liczby nie robią na nas wrażenia, problem w tym, że konkretne ludzkie losy też szybko przestają. W pierwszym rozdziale Caparrós opowiada o spotkaniach z mieszkańcami Nigru, o kobietach, które zapytane, o co poprosiłyby złotą rybkę, odpowiadają, że o krowę albo dwie, albo po prostu o to, by mieć co jeść każdego dnia; opowiada o umierającym z niedożywienia dziecku i jego matce, która ma żal, że tak się stało, bo przecież prawie codziennie dawała mu jeść tę mąkę rozrobioną z wodą. Autor wie, że media oswoiły nas z powierzchownymi obrazami głodu, wobec których wyrażamy żal i rozkładamy ręce, no bo co właściwie możemy na to poradzić.

Artur Domosławski, „Wykluczeni”Artur Domosławski, „Wykluczeni”. Wielka Litera, 576 stron, w księgarniach od marca 2016 „Wykluczeni” także zmuszają autora do poruszania się po cienkim lodzie, jako że spora część pokazywanych miejsc i sytuacji jest nam, przynajmniej teoretycznie, doskonale znana z mediów. Konflikt izraelsko-palestyński pojawia się na ekranie telewizora i łamach gazet od lat, i to ze sporą częstotliwością. Latynoamerykańskie dzielnice nędzy – przede wszystkim brazylijskie fawele – to już wręcz stereotyp dotyczący tamtej części świata, znany nam doskonale już nawet nie z mediów, ale z popularnych filmów. Podobnie jest z wojną narkotykową w Meksyku – to znów domena skolonizowana przez kinematografię. Do tego dochodzą tematy najświeższe i dziś nieschodzące z nagłówków gazet: wizyta w Egipcie przypomina o niedawnej arabskiej wiośnie i jakże aktualnych tej wiosny efektach – czy też ich brakach; pojawia się także obowiązkowy temat uchodźców szturmujących unijne granice (rozdział o wyspie Kos), który zdążył stać się naszym chlebem powszednim; poruszona zostaje kwestia wykluczania ze względu na płeć czy orientację seksualną. Tyle że Domosławskiemu nie chodzi o relacjonowanie tego, co się w owych miejscach dzieje – tym zajmuje się na prasowych łamach – tylko o pokazanie ludzi, którzy pod tymi zjawiskami się kryją, a może raczej: tymi zjawiskami są i którzy podlegają różnego rodzaju wykluczeniom. Chodzi o wskazanie wspólnego mianownika dla tych bardzo różnych miejsc i sytuacji.

Prosty temat

Wspólnym mianownikiem jest prosty, ale trudny do przyjęcia fakt, że na świecie istnieją ogromne grupy ludzi, które traktowane są jako zbędne. Wykluczenie wydaje się tu słowem zbyt delikatnym. Doskonale widać to na przykładzie pierwszej opowieści Domosławskiego, dotyczącej Kolumbii: autor opisuje serię zagadkowych zniknięć młodych mężczyzn, mieszkańców ubogich dzielnic pod Bogotą, których ciała znajdowano daleko od domu. Zgodnie z oficjalnym orzeczeniem służb śledczych mężczyźni zaciągali się do hulającej w kraju partyzantki czy organizacji paramilitarnych i ginęli podczas walk z policją. Sprawą nikt się specjalnie nie przejmował, bo wiadomo przecież, że owe nielegalne formacje rekrutują ludzi z biedniejszych sfer, a że ci giną – trudno, taka kolej losu. Tyle że pewne fakty nie bardzo się zgadzały: wyszło na jaw, że mężczyźni wcale nie zostali zrekrutowani przez uzbrojonych rebeliantów, lecz uprowadzeni i zamordowani przez wojsko, które następnie przedstawiało ich jako ofiary starć, poprawiając sobie tym samym statystki w walce z wrogiem i zapewniając apanaże i awanse. Mogłaby to być kolejna krwawa historyjka z rozdartego konfliktami kraju albo po prostu jeden z wielu dowodów na podłość skorumpowanej władzy, jednak Domosławski używa tego epizodu, by pokazać ludzi uznawanych za zupełnie bezwartościowych, których można użyć właśnie jako materiału do poprawiania statystyk. Bo też kogo tak naprawdę oni obchodzą?

I nie o wywoływanie łatwych wzruszeń tu chodzi, tylko o wskazanie mechanizmów umożliwiających tworzenie się takich wykluczonych grup. Bywają one bardzo różne, ale czy to będzie zjawisko niewolniczej pracy w Brazylii, czy funkcjonowanie środkowoamerykańskich gangów, czy dualizm prawa dla różnych etnicznie mieszkańców Izraela, czy tworzenie się nowych elit władzy w najmłodszym kraju świata, Sudanie Południowym – w zasadzie chodzi o to samo. Domosławski pokazuje swoistą mozaikę, skacze po globie, buduje ten obraz trochę na zasadzie skojarzeń, uzyskując efekt w zasadzie wierny reporterskiemu kanonowi: pozwala nam zobaczyć.

Logika książki Caparrósa jest inna. „Głód”, jak wspomniałem, to zapis pewnej drogi, opis dochodzenia do wiedzy, a metoda Argentyńczyka opiera się na rozprawie z pewnymi myślowymi uzusami. W obiegowej opinii problem światowego głodu jawi się z grubsza tak: są na tym świecie kraje biedne, w których panują trudne warunki klimatyczne – susza, słaba gleba – i często polityczne, a do tego ludzi dręczą liczne choroby; nakłada się na to przeludnienie – jest nas na świecie za dużo, nie jesteśmy więc w stanie wyprodukować dostatecznie dużo żywności. To oczywiście przykre, że my tu, w zachodnim świecie, cierpimy na choroby z przejedzenia, a gdzieś tam w Afryce umierają z głodu dzieci. Ale co poradzić? Głód Trzeciego Świata jest strukturalny, możemy tylko wspierać tamtych ludzi programami pomocowymi, które, zgoda, często są zawodne, ale cóż innego nam pozostaje?

Na to wszystko Caparrós odpowiada: „g…no prawda” (sformułowanie moje, to nie cytat, choć owszem, autorowi zdarza się zakląć w tekście). Takie postrzeganie rzeczywistości, twierdzi pisarz, jest efektem ideologii, którą zgodnie przyjęliśmy. I następnie na wielu stronach, opierając się na różnych źródłach, wykazuje, że wszystko to są puste i pozbawione sensu hasła. „Głód (…) nie jest «strukturalny», albo jest taki, ponieważ nikt nie zbudował struktur, które głód by wykluczyły”. Taka Afryka byłaby w stanie produkować znacznie więcej żywności, gdyby tylko zainwestować w rolnictwo – to kwestia sprzętu, nawodnienia, nawozów. Nie ma się co dziwić, że plony z afrykańskiego hektara są dziesiątki razy mniejsze niż z hektara amerykańskiego, jeśli ten drugi obrabiany jest nowoczesnym sprzętem, a ten pierwszy zaostrzonym kijem. Mało tego – kraje cierpiące głód produkują znacznie więcej żywności, niż się w nich zjada, tyle że jest ona eksportowana do bogatszych części świata, gdzie uzyska lepszą cenę. Argentyna nie jest w stanie wyżywić swoich 40 milionów, a produkuje soję w ilościach wystarczających dla 500 milionów, tyle że zjadają ją chińskie świnie, bo tak się bardziej opłaca.

Od dwudziestu lat żywność stała się przedmiotem międzynarodowych operacji finansowych – rozdział opisujący wizytę na giełdzie w Chicago to jeden z bardziej szokujących momentów w tej książce. Ludzi wcale nie jest za dużo (w każdym razie z żywieniowego punktu widzenia), już teraz produkujemy wystarczająco dużo żywności dla wszystkich. Tyle że w zachodnim świecie pozwalamy sobie na luksus wyrzucania jej na śmieci (w rozdziale argentyńskim Caparrós odwiedza ludzi wygrzebujących jedzenie na śmieciach i przytacza oficjalne dane: w domach wyrzucamy do 50 procent jedzenia, a to wcale nie wszystko, bo na etapie produkcji, w drodze z pola do konsumenta, także marnuje się kilkadziesiąt procent produktów). A osławione programy pomocowe pomagają tak naprawdę pomagającym – to znakomity interes dla amerykańskich i europejskich producentów żywności.

Rzucam te dane na szybko i nieco chaotycznie – w odróżnieniu od logicznego i stopniowego wywodu Caparrósa – po to tylko, by zobrazować niektóre z głównych tez autora. Najważniejsze wydaje się w tej książce bowiem to, że podważa ona sposób myślenia, tę ideologię, którą wszyscy przesiąkliśmy i która sprawia, że zgadzamy się na to, jak jest. Caparrós nie podziela spiskowych teorii, które sugerują, że światowy głód wytwarzany jest celowo jako najlepsze narzędzie nacisku i władzy świata pierwszego nad światem trzecim. Nie, celem jest, po prostu, zysk, gospodarcza prosperity, lepsze ceny. Głód nikogo nie cieszy, to po prostu skutek uboczny. „Problem nie w tym, że jest nas za dużo – problem w tym, że wielu żyje, jakby ich była garstka” – pisze Caparrós. U źródeł głodu nie leży ubóstwo, co zwykle uznajemy za pewnik, lecz bogactwo – bogactwo tej garstki, którego źródłem jest – autor nie waha się używać mocnych słów – „grabież, kradzież”.

Niewygodne pytania

Tutaj polski i argentyński autor spotykają się na jednej płaszczyźnie. Domosławski pisze: „przywileje lepiej urodzonych bywają okupione nieszczęściem tych, którzy są pozbawieni praw i możliwości”. Podobnie jak Caparrós za źródło problemu uznaje dysproporcje między społeczeństwami czy regionami świata. Jednak o ile Polak swoje komentarze podaje dyskretnie – nawet dość deklaratywny wstęp utrzymany jest raczej w spokojnej tonacji – o tyle Argentyńczyk wskazuje, bez specjalnych ceregieli, gdzie są źródła opisywanego stanu rzeczy. Krytykuje nie tylko kapitalizm, ale także – łatwo przewidzieć – ideologie wynikające z religii. Bezlitośnie rozprawia się z Matką Teresą z Kalkuty, potraktowaną jako symbol chrześcijańskiego pogodzenia z cierpieniem, które zamiast skłaniać do zmiany świata, każe kłaść uszy po sobie. Jeszcze surowiej ocenia hinduizm – chrześcijaństwo przynajmniej obiecuje biednym miłą perspektywę po śmierci, podczas gdy hinduizm sugeruje, że jeśli cierpisz głód, to znaczy, żeś narozrabiał w przeszłości. Bywa bardzo nieżyczliwie ustosunkowany do tradycji kulturowych i zabobonów.

Domosławski przypomina nam, mieszkańcom bogatego świata, że wykluczeni przyjdą – już idą – zapukać do naszych drzwi. Z pewną, mam wrażenie, satysfakcją grozi nam (i sobie) palcem, podczas gdy Caparrós nie waha się uderzać ostrzej: nie ma zmiłowania dla pozorowanego miłosierdzia zachodniego świata, tych opływających w luksusy celebrytów ogłaszających się ambasadorami głodujących, ale i dla nas, zwykłych konsumentów, kupujących czyste sumienie sporadycznym przelewem na rzecz organizacji charytatywnej czy zakupem produktów fair trade.

Pokpiwa także z konserwatystów apelujących o powrót do tradycyjnych form uprawy ziemi (siedmiu miliardów nie da się przecież wykarmić metodami sprzed stuleci) czy z ekologicznie motywowanych fobii przed genetycznie modyfikowanym ziarnem (bo przecież rolnictwo od zawsze polega na genetycznej modyfikacji, a problem leży w wykorzystywaniu jej jako narzędzia praktyk monopolistycznych). Caparrós potrafi zadawać niewygodne pytania: dlaczego oburza nas praca dzieci w krajach Trzeciego Świata, a już na to, co te dzieci spotka, kiedy osiągną pełnoletniość, bez oporu się godzimy? Dlaczego zgadzamy się na to, że „bycie dzieckiem stanowi odwleczenie wyroku”?

Myśleć jeszcze śmielej

Domosławski pokazuje dużo niewygodnych obrazów, a Caparrós stawia dużo niewygodnych pytań. Wszystko pięknie, ale co z tego w praktyce wynika? Co taki ja, niżej podpisany, mogę zrobić w związku z problemem światowego głodu i wykluczenia? Ze światową gospodarką, dysproporcją majątkową, polityką narodową i międzynarodową wielu krajów, rasizmem, wykupem ziemi w Afryce?

I tu znowu obaj autorzy idą ramię w ramię, tyle że Domosławski podrzuca myśl dyskretnie, a Caparrós poświęca tej kwestii coś na kształt epilogu. „Najważniejsza jest wiedza – a więc przede wszystkim kampanie informacyjne i społeczna presja na rządy” – pisze Polak w kontekście niewolnictwa w Brazylii, a wcześniej zaznacza: „Tym, których dotyka nieszczęście, trzeba czegoś innego: naszego gniewu, wściekłości, niezgody”. Caparrós rozwija tę myśl: pewnie, że nie ma co liczyć na szybkie i skuteczne rozwiązanie tak poważnych spraw; pewnie, że światowy głód wydaje się zjawiskiem tak wielkim i niesterowalnym, że ręce opadają. Ale kiedyś wydawało się, że monarchia jest wielka i niezmienna, a rządy ludu to czcza mrzonka; kiedyś wydawało się, że na świecie są ludzie wolni i niewolnicy – i że tak już zawsze będzie; kiedyś wydawało się, że kobiety nie mają praw, są zależne od mężczyzn i że to się nie zmieni. I kiedyś nikt nie widział nic specjalnie złego w tym, że dziecko czasem oberwało pasem czy pięścią, bo przecież na tym polega władza rodzicielska. I co? Dało się. Pewnie, że nie w stu procentach, nie wszędzie i nie całkiem, ale takie wielkie i z pozoru niezmienne zjawiska jednak się skurczyły i zmieniły. Pierwsze, co trzeba zrobić, to śmiało myśleć.

Niestety – tego Caparrós nie pisze, ale u Domosławskiego daje się to już wyczuć – jak się patrzy na to, co się dzieje w naszych społeczeństwach i polityce, jakoś trudniej żywić nadzieję na odejście od egoizmu i zrozumienie dla problemów nieco dalszego świata. Sprawy idą raczej w przeciwnym kierunku. Ale może po prostu trzeba myśleć jeszcze śmielej?