Czytelnicy wszystkich krajów, łączcie się!
Max Wolfe / CC BY 2.0

17 minut czytania

/ Literatura

Czytelnicy wszystkich krajów, łączcie się!

Maja Staśko

Żaden z utworów (literackich!) z trzeciego woluminu Electronic Literature Collection nie zostałby wliczony jako książka do badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej. Może literatura jest już gdzie indziej?

Jeszcze 4 minuty czytania

Załóżmy, że śledzisz na Twitterze – hipotetycznie (wiadomo, że nie, spokojnie) – jakiegoś celebrytę. Choćby takiego Spencera Pratta, jednego z uczestników reality show „Wzgórza Hollywood” na MTV, ekscentrycznego męża Heidi Montag, która przez związek z nim musiała zerwać przyjaźń z Lauren Conrad, oraz brata Stephanie Pratt, która przyjaźń z Lauren Conrad wciąż szczęśliwie utrzymuje (z bratem nie jest jakoś szczególnie blisko). I tak go śledzisz – barwny jest, to śledzisz, zresztą nie tylko ty, gość ma z 954 tysiące obserwujących. A tu nagle z jego konta wychodzą tweety następującej treści:

Testing...testing... [Test… test…]
OMG! [O mój Boże!]
Woh [Łał]
Yes, cheers, everyone, this is actually Spencer Pratt! [Tak, cześć wszystkim, tu naprawdę Spencer Pratt!]
And I am married to Heidi Montag. Wow. [Jestem mężem Heidi Montag. Łał]
I can see that there are lots and LOTS of you following this feed. Brilliant. [Widzę, że mnóstwo osób śledzi to konto. Wspaniale.]

Po chwili jego profil retweetuje wszystkich komentujących, w oczywisty sposób aktywizując kolejnych. Następnego dnia proponuje grę – będzie retweetował tych, którzy napiszą haiku. Później to samo robi z vilanellą. Następnie tworzy z użytkownikami wielki kolektywny wiersz – każda kolejna osoba dopisuje wers do poprzedniej. W międzyczasie rozmawia o ulubionych poetach, tłumaczach, bibliotekach i księgarniach. Zamieszcza fragmenty znanych wierszy, pyta, co poetyckiego dzieje się na mieście, opowiada o slamach. Retweetuje tych, którzy odpowiadają na temat – a takie retweetowanie to rzecz niebagatelna przy 954-tysięcznej publiczności: można rzeczywiście poczuć się czytanym. Gdy ściema przerasta wszelkie granice prawdopodobieństwa, wyjawia, że nie jest Spencerem Prattem. To z kolei prowadzi do kolejnej gry, w której użytkownicy mają dać dowód, na wzór szyboletu, iż oni to oni, a nie ktokolwiek inny przed ekranem. Śledzący wkręcają się w akcję, w prywatnych wiadomościach wysyłają linki do swoich chapbooków i wierszy. Tajemniczy narrator rozwija historię miłosną, o której losach decydują czytelnicy, nie rezygnuje też z poetyckich gier dla śledzących. Po ponad trzech tygodniach prawdziwy Spencer Pratt odzyskuje swoje konto, a cała gra zostaje opublikowana w formie 140-znakowych wersów.

Electronic Literature Collection: Volume 3, ed. Stephanie Boluk, Leonardo Flores, Jacob Garbe, Anastasia Salter, Cambridge, Massachusetts: Electronic Literature Organization 2016.
http://collection.eliterature.org/3/

Voilà! Przeczytałaś właśnie literaturę. Zalicza się ona do gatunku netprov (networked improv narrative) i korzysta z mediów społecznościowych do napędzania literackich akcji. Netprov „Reality: Being @spencerpratt” Marka Marino i Roba Wittiga został umieszczony w trzecim tomie serii „Electronic Literature Collection” (ELC) w lutym tego roku obok 113 innych utworów. Co pięć lat w kolejnych antologiach pojawiają się najważniejsze i najciekawsze teksty współczesnej i dawnej literatury elektronicznej. Każdy wolumin jako całość diagnozuje miejsce, w którym obecnie – w nowych mediach i nie tylko – się znajdujemy.

A znajdujemy się w Polsce, jest końcówka marca, wiosna dopiero co. Tydzień temu Biblioteka Narodowa opublikowała wyniki badań czytelnictwa. Wynika z nich, że 37 procent osób w zeszłym roku przeczytało co najmniej jedną książkę. 63 procent nie przeczytało żadnej. Jeśli uznajemy czytanie za pewną wartość, wynik może zmartwić.

Ale dość smutków, wróćmy do Spencera Pratta – czy netprov, który nie tylko czytałaś, ale i brałaś w nim udział, to książka? W badaniach PIK teksty w kategorii „sms-y, tweety, powiadomienia z portali społecznościowych, wiadomości typu push” są wyraźnie oddzielone od działu „książka w jakiejkolwiek formie”; pierwsze są na pierwszym miejscu jeśli idzie o częstotliwość czytania (20,1 procent), drugie na samym dnie (8,6 procent). A przecież interakcje dotyczące czytelnictwa na Facebooku czy Twitterze wzrosły niemal dwukrotnie od zeszłego roku (chociaż procent osób, które przeczytały minimum jedną książkę, zmalał). Może zatem badamy nie to, co się czyta? Może literatura jest już gdzie indziej?

Electronic Literature Collection, vol. 3 Electronic Literature Collection, vol. 3

Kilka tweetów od fałszywego Spencera Pratta: „And yet, do celebrities realize what power they wield in 140 characters, the power to bring an emoticon smile to someone's feed? I doubt it” [A jednak, czy celebryci zdają sobie sprawę z tego, jaką moc posiadają w 140 znakach, moc wywołania emotikonki uśmiechu na czyimś fejsie? Wątpię]; „In the right hands, celebrity Twitter accounts, such as mine, could actually be used to affect positive change in the world. I wonder...” [W odpowiednich rękach konta celebrytów na Twitterze, takie jak moje, mogą rzeczywiście zostać wykorzystane do wpływania na pozytywne zmiany w świecie. Zastanawiam się…]; „It occurs to me that twitter could be a useful forum for a poetry circle” [Wydaje mi się, że Twitter mógłby być ważnym forum dla obiegu poezji]. Akcje społeczne typu „Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka” w tym kontekście zdają się ledwie słabymi imitacjami akcji z realu. A dostępne techniki są już dalej: przykład prowadzonej fanowsko „Beki z literatury polskiej po 1989 roku” daje do myślenia.

Żaden z utworów (literackich!) z trzeciego woluminu ELC nie zostałby wliczony jako książka do badań BN. Fałszywy Spencer Pratt w jednym z tweetów wspomniał na przykład o książce „Between Page and Screen” Amaranthy Borsuk i Brada Bouse’a: fizycznej książce, którą można odczytać wyłącznie na ekranie, przez zbliżenie. Czy to książka? Mocno wątpliwe. Czy hipertekst o tragicznej śmierci Amadou Diallo, imigranta z Gwinei, to książka? No nie. Czy gra o kulturowej stygmatyzacji to książka? Też nie. Czy wideowiersz o przemysłowej eksploatacji przyrody to książka? Nie. Czy afektywny twitterbot generujący co kilka minut wpis, który zaczyna się od zdania „I like it when…”, to książka? Wciąż nie. Czy wiersz do jedzenia to książka? Nie. Czy poezja, którą trzeba wykrzyczeć, to książka? Nie. Czy mobilna aplikacja z dyskusją Einsteina i Bohra o fizyce kwantowej, na którą wpływa nasza zmiana położenia, to książka? Nie. Nie mówiąc o utworach, które odczytujemy przez dotykanie przedmiotów, bądź tych, którymi się ruszamy, tańczymy. Nie-e. Wiadomo, Dostojewski, Mickiewicz, Szekspir – to coś jak zamieszczone w woluminie pierwsze utwory generatywne, kinetyczne, hiperteksty czy elektroniczne wiersze konkretne z lat 70. i 80. – ale tutaj, teraz dzieje się coś ważnego!

Może zwyczajnie zamknęliśmy się i nie dopuszczamy już do siebie żadnej inności. Taki na przykład wiersz:

1 Insert Setup Disk 1
2 At the command prompt
3 Press ENTER

Wiersz? Nie wiersz? Albo taki:

if (ui.value <= 20) {
 if (textinit == 1) {
    $('#textlay').fadeTo(1000,0);
    $("#textbag").fadeTo(1000,0);
    textinit = 0;
  }
}

if (ui.value > 20 && ui.value <= 50 ) {
  if (textinit == 0) {
    textinit = 1;
    $("#textlay").fadeTo(1200,1);
    $("#textbag").fadeTo(1000,0.2);
 }
  if (shapeinit == 1) {
    shapeinit = 0;
    $("#shapebag").fadeTo(1000,0);
    fadeoutlayer(shaperlayer);
 }
}

Wiersz? Nie wiersz? Łączy je jedno – język. Język jest angielski. Łączy je jeszcze jedno – język. Język jest JavaScript, czyli angielski.

W trzecim woluminie ELC po raz pierwszy na taką skalę dopuszczono do głosu literaturę powstającą poza USA i nie po angielsku: znalazły się tu utwory z 26 krajów w 13 językach. Aż 7 z nich, potężna reprezentacja, to teksty polskie: „Ars Poetica” Fajfera (tłum. Katarzyna Bazarnik), „C()n Du It” Giełżyńskiej (tłum. Aleksandra Małecka), „Księga Słów Wszystkich” Józefa Piwkowskiego, „Oczy Tygrysa” (adaptacja wiersza Tytusa Czyżewskiego) Łukasza Podgórniego i Urszuli Pawlickiej (tłum. Wojciech Stępień), „Poeta” Michała Rudolfa (tłum. Aleksandra Małecka i Piotr Marecki), „Przemówienia” Marka Pampucha (tłum. Piotr Marecki i Nick Montfort) i „Wąwóz Taroko” Piotra Mareckiego. Dwa z nich znajdują się w świeżo otwartej serii „Renderings I”, której celem jest rozpowszechnianie tłumaczeń utworów z krajów nieanglojęzycznych. Część tekstów oryginalnych (hiszpańskich, niemieckich, rosyjskich, francuskich) w partii głównej woluminu nie została przetłumaczona na angielski; reszta występuje w dwóch wersjach: oryginalnej i angielskiej.

Hegemonia jednego języka, a w konsekwencji konkretnej kultury zaczęła twórcom wyraźnie ciążyć. Kolonialne zapędy krajów anglosaskich do nowomedialnego uniwersalizmu demaskuje Ramsey Nasser w utworze „قلب. قلب” – to odpowiednik HTML-u, tyle że w języku arabskim. W wyniku takiej podmiany internetowa przestrzeń ulega totalnemu przeformułowaniu: nawigacja odbywa się od prawej do lewej, wbudowane komendy implikują inne działania, różnice językowe budują całkiem odmienne medium. By porozumiewać się w nim wspólnym językiem, musielibyśmy powszechnie uczyć się nie angielskiego, lecz arabskiego: arabski w szkołach, arabski dla początkujących, szybka nauka arabskiego, arabski biznesowy… W obecnej sytuacji politycznej nietrudno wyczuć rewolucyjny potencjał tego pomysłu – ale to samo robi nam w końcu język angielski. Tak samo nas urabia.

Na tak zarysowaną dominację odpowiada utopia Józefa Piwkowskiego, prawdopodobnie pierwszy polski utwór elektroniczny (1975 r.). W „Księdze Słów Wszystkich” znajdują się absolutnie wszystkie słowa w absolutnie wszystkich językach (niestety, alfabet musiał pozostać jeden): algorytm utworu generuje wszystkie kombinacje liter alfabetu łacińskiego. Projekt ów przypomina dążenia unikodu, do których nawiązuje utwór Jörga Piringera „unicode infinite”. Matthew Kirkpatrick w „The Silent Numbers” stawia z kolei na uniwersalne języki numeryczne, te jednak niechybnie przenoszą go ku wojennym działaniom szpiegów – i naszym polskim, koniecznie polskim!, kryptologom Enigmy – co tylko pogłębia konflikty.

księgaJózef Żuk Piwkowski, „Księga Słów Wszystkich”, 1975

W pozornie maksymalistycznych projektach uniwersalność mimo wszystko sytuuje się w dominującej kulturze nowomedialnego kolonizatora – nawet jeśli to nie język angielski, to alfabet łaciński czy dziedzictwo chrześcijańskie. Dlatego większość utworów woluminu rezygnuje z całościowej wizji na rzecz dowartościowania tego, co zwyczajowo jej się wymyka: osadzenia w konkretnej przestrzeni, w konkretnym zdarzeniu, w konkretnym ciele.

Na przykład geopoetyczny utwór „Channel of the North” Jana Baeke’a i Alfreda Marseille’a koordynuje tempo i wielkość wiersza z aktualnymi danymi strumienia i głębokości rzeki Westerschelde na holendersko-belgijskiej granicy. Z kolei „Speculation”, należąca do gatunku alternate reality games – gier, które nie mieszczą się w jednym medium czy systemie, lecz wykorzystują całą dostępną rzeczywistość jako grywalną platformę – po pewnym czasie przemieniła się po prostu w reality game – w zwyczajną spekulację giełdową. Spekulację, warto dodać, dla olbrzymiej większości mocno niewygodną – zarówno w Stanach (poza właścicielami kapitału), jak i w innych krajach. W utworze proceduralnym „El 27 || The 27th” Eugenia Trissellego algorytm został ustawiony tak, iż każdego dnia, którego Nowojorska Giełda Papierów Wartościowych zamyka się z dodatnim wynikiem, fragment Artykułu 27 z meksykańskiej konstytucji zostaje przetłumaczony w Google Translate na angielski i zastępuje oryginał. Hegemoniczny język performatywnie ustawia hegemoniczną kulturę przez gromadzenie kapitału w rękach uprzywilejowanych, ograniczając prawa państw i kultur nieuprzywilejowanych. Artykuł 27 meksykańskiej konstytucji zapewnia bowiem obywatelom autonomię terytorium kraju jako dobra publicznego. Postępująca prywatyzacja i gromadzenie kapitału w rękach nielicznych dokonuje się wraz z postępującym zanikaniem meksykańskiej odmiany języka hiszpańskiego na rzecz kolonizującego angielskiego.

Mechanizm ów zdemaskował Santiago Ortiz w materialistycznej symulacji „bacterias argentinas”. Po wstępnym zarysowaniu procesu „naturalnej” selekcji – zjadania i przejmowania kodu (genetycznego) jednych bakterii przez inne – Ortiz oświadcza: nie ma w tym niczego naturalnego; to dostępne nam „uniwersalne” języki wkręcają nam narrację o doborze „naturalnym”, by kapitalistyczny system, wsparty na rywalizacji i nierównościach, mógł się utrzymać. Pochodzenie bakterii – Argentyna – także nie pozostaje bez znaczenia, przekierowując nas na finansowy kryzys, który dopadł kraj w 2002 roku. Po najechaniu myszką na poszczególne bakterie słyszymy opowieści ofiar kryzysu. Dominująca geopolityka napędzana jest przez kapitalizm. Rasa – amerykański stygmat – w linii prostej powiązana zostaje z klasą, podstawą nierówności europejskich. Łączy je język angielski.

O ile w poprzednich woluminach nastawienie na mniejszości – przede wszystkim seksualne (których i tu nie brakuje) – było rzeczywiście spore, o tyle tu po raz pierwszy tak silnie grają mniejszości terytorialne: językowe, etniczne, rasowe, klasowe (wieś-miasto) i państwowe. Wiążą się z nimi kwestie eksploatacji przyrody w wyniku nadmiernej produkcji i konsumpcji; przestrzeń zamieszkujemy wszak z innymi zwierzętami i roślinami. Teksty zderzają nas z problemami handlu ludźmi, masowych wysiedleń, stygmatyzacji ze względu na pochodzenie, nieodwracalnych zmian klimatycznych czy niedoboru wody. Nawet problemy mniejszości seksualnych wyrażone zostają w języku geopolityki – w grze „The Hunt for the Gay Planet” Anny Anthropy bohaterka poszukuje konkretnej przestrzeni: planety nieopresyjnej dla jej orientacji. Odpowiedź na pytanie „gdzie” (się urodziłaś, mieszkasz, posiadasz ziemię, są twoje korzenie) staje się podstawą wszelkich podziałów, na które szczególnie mocno uwrażliwiają twórcy.

Podejście odwrotne, któremu ostatnio dał u nas wyraz Marcin Świetlicki – beka z politycznej poprawności – w ELC znajduje bardzo dobitny komentarz w postaci gry „Quing’s Quest VII: The Death of Videogames”. Gra powstała po sporze (znanym jako „gamersgate”) „prawdziwych graczy” z graczami i graczkami domagającymi się uwzględnienia innej perspektywy niż dominująca: męska, biała, heteroseksualna, pełnosprawna, amerykańska i anglojęzyczna. Gdy „prawdziwi gracze” ogłosili śmierć gier w wyniku niszczącej wszystko politycznej poprawności, Dietrich Squinkifer w prościutkim programie Twine stworzył postapokaliptyczną grę złożoną z przestrzeni wykluczanych, ujawniając, że w istocie do mniejszości zalicza się zdecydowana większość świata. I że zdecydowana większość świata nie posiada kapitału, więc się nie opłaca.

Stanowisko twórców i redaktorów trzeciego woluminu ELC jest jasne: stają po stronie życia, nie kapitału, więc i nie arbitralnych geopolitycznych podziałów. Utwory są otwierające, wyczulone na inność, obcość, opowiadają się twardo za nieuprzywilejowanymi wbrew uprzywilejowanym, sprzeciwiają się unifikującej hegemonii, jawnie krytykują kapitalizm. Przekraczają pryncypialnie wyznaczone granice: normy, literatury, fikcji i samego medium – książki – woluminu.

Oraz granice państwa. W wierszu interaktywnym „High Muck a Muck: Playing Chinese” interdyscyplinarnej grupy artystów przyjmujemy perspektywę chińskiego emigranta w Kanadzie. Dostępna na komórki poetycka aplikacja „The Transborder Immigrant Tool” kolektywu Electronic Disturbance Theater 2.0/b.a.n.g. lab pomaga emigrantom z Meksyku znaleźć wodę na pustyni w Południowej Karolinie i wyznacza najlepszą trasę, by jak najszybciej wydostali się z niebezpiecznej przestrzeni za pomocą GPS-a i specjalnego algorytmu. I to już nie gra: to życie. Imigranci są prawdziwi, pustynia jest prawdziwa i woda jest prawdziwa – bez niej nie przeżyją. Poezja ocala narody i ludzi. Przede wszystkim ludzi.

Jak by to wyglądało w Polsce? Dzięki wierszom pomagalibyśmy uchodźcom znaleźć miejsce do życia w Polsce, mimo nieprzychylności władzy? I czy rzeczywiście – pomagalibyśmy? Może zamykające rozumienie książki w badaniach BN wcale nie jest tak nieświadome, jak mogłoby się wydawać? Otwierające medium mogłoby przez przypadek otworzyć nowy tryb myślenia, i to nie tylko o sobie – poza kategoriami „ja” i „my”, które dotychczas panowały zamknięte między okładkami. A może nie, kto wie.

Jakkolwiek by na to patrzeć: słowa mają olbrzymią moc. Na dowód wystarczy wysłać wiadomość wygenerowaną przez program „ScareMail Generator” Bena Grossera w e-mailu. Program losowo wrzuca w bełkotliwy strumień szumu informacyjnego niebezpieczne słowa (Arab, Muzułmanin, chrześcijanie, Iran, bomba, wybuch, zamieszki, skażony, rząd…) wykrywalne przez rządowe algorytmy. Wiadomość na pewno zostanie przeczytana, i to nie tylko przez adresata. A jeśli czytane, pisane i wypowiadane przez właściwie każdego słowa mogą tyle zrobić, to wiedz, że coś się dzieje. I to właśnie literatura.

„The Struggle Continues!” – woła w swoim wierszu Young Hae Chang Heavy Industries z Korei Południowej. Przedstawiciela z Korei Północnej w woluminie nie ma (przedstawicielki też).