Po co wracać do przeszłości

6 minut czytania

/ Film

Po co wracać do przeszłości

Jakub Socha

„Scena ciszy”, kolejna opowieść Oppenheimera o Indonezji, to jeden z najważniejszych dokumentów ostatnich lat. Uzmysławia, że tamte wydarzenia wciąż wiszą nad ludźmi jak topór

Jeszcze 2 minuty czytania

„Scena ciszy” to kolejna po „Scenie zbrodni” opowieść Joshuy Oppenheimera o Indonezji i Indonezyjczykach, czyli, jak chce reporterka Elizabeth Pisani, „nieprawdopodobnym narodzie”. Znów obserwujemy indonezyjskich morderców, tych, którzy za przyzwoleniem wojska wymordowali w 1965 roku około miliona osób. Tym razem jednak żaden z nich nie bawi się w aktora i nie odgrywa scenek z musicalu i czarnego kryminału. Reżyser nie daje im szans do popisu, a zamiast ekipy filmowych specjalistów od scenografii, makijaży i kostiumów, przyprowadza ze sobą Adiego Rukuna – niepozornego 40-letniego optyka, brata jednego z zamordowanych.

„Scena ciszy”, owoc wieloletnich badań i poszukiwań Oppenheimera, przypomina wstrząsający film Pawła Łozińskiego „Miejsce urodzenia”. Henryk Grynberg wraca w nim po latach do pewnej małej polskiej wsi, gdzie ukrywał się z rodziną podczas okupacji, by odkryć prawdę o śmierci bliskich. Różnica jest taka, że Adi wie, jak zginął jego brat – dowiedział się tego z materiałów, które Oppenheimer zgromadził kilkanaście lat temu. Powracają w filmie obrazy znane ze „Scen zbrodni”: dwóch starszych panów z wyraźną ekscytacją i bez żadych zahamowań opowiada do kamery, jak zabijali swoje ofiary i jak pili ich krew, żeby nie zwariować. Ich opowieści są nie tylko pełne pasji, ale i szczegółów – tak jakby czas nie miał żadnego sposobu na pamięć katów. Gdy jednak spotykają się twarzą w twarz z bratem ich ofiary, któremu nie wystarcza zapis wideo, który chce spojrzeć katom w oczy, zaczynają się denerwować; jedyne, co im przychodzi do głowy, to gorące wyznanie wiary, którym się z nim dzielą: przeszłość to przeszłość, nie ma co do niej wracać.


Cały film opiera się na tym paradoksie: dopóki pytał wyłącznie Oppenheimer, zbrodniarze nie mieli nic przeciwko temu, by trochę poopowiadać, gdy jednak pyta ktoś, kto jest ich sąsiadem, od razu stają się nerwowi. Choć Adi przecież nie szuka zemsty, ani razu nie podnosi głosu, nie straszy – może właśnie dlatego jest tak niewygodny. Inna sprawa, że w tym dziwnym kraju, jaki opisuje w swoich filmach Oppenheimer, kraju, w którym uczy się z dumą o tamtym mordzie, kraju, w którym rodziny ofiar są ciągle stygmatyzowane, a dawni kaci żyją w pałacach i całkowitym spokoju, Adi wydaje się bez mała – jak słusznie zauważył mój znajomy – kosmitą. Ten kosmita w jednym z wywiadów opowiadał, że zaangażował się w projekt nie dlatego, że jest jakoś specjalnie odważny, chciał po prostu otrząsnąć się ze strachu, w którym żył od lat.

W porównaniu ze „Sceną zbrodni”, „Scena ciszy” jest filmem dużo bardziej przezroczystym. Oppenheimer tym razem nie „zagęszcza rzeczywistości”, buduje swoją opowieść z rozmów i obserwacji, z tego, co ma. Spotykają się w niej oprawcy, Adi, ale i jego rodzice – zniedołężniały ojciec, który uważa, że ma 17 lat, oraz matka, która rozpamiętuje śmierć pierwszego syna i równocześnie drży ze strachu o bezpieczeństwo tego drugiego. Nie bez podstaw – w napisach końcowych do filmu co chwila zamiast nazwiska kogoś z członków ekipy ukazuje się słowo „Anonymous”. Film jest świetnie skonstruowany: Oppenheimer subtelnie ogrywa zawód Adiego i ze scen przymierzania kolejnych szkieł do okularów, szukania takich, które dają ostry obraz, buduje ładną, nienachalną metaforę. Nie szuka tanich efektów, a gdy trzeba, staje wyraźnie po stronie swojego głównego bohatera.

„Scena ciszy”„Scena ciszy”O ile w „Scenie zbrodni” Oppenheimer pokazywał Indonezję jako jedno wielkie państwo gangsterskie, którego mitem założycielskim jest zbrodnia sprzed pół wieku, o tyle teraz ogranicza się do skali mikro. Analizuje napięcie między zwykłymi ludźmi: rodzinami ofiar a katami, katami a ich dziećmi, wreszcie dziećmi katów a rodzinami ofiar. Cały film składa się z tego rodzaju konfrontacji, które – poza incydentalnymi sytuacjami – niczego nie przynoszą: żadnego spokoju, żadnego ukojenia. Uzmysławiają co najwyżej, że to, co się wydarzyło przed laty, nie było żadną abstrakcją, lecz wciąż wisi nad ludźmi jak topór.

Najbardziej obezwładniające w „Scenie ciszy” jest jednak co innego. Odkrycie prawdy nie ma żadnego znaczenia. Może i zostaje odkryta, ale równocześnie obumiera, dokładnie tak samo, jak ciało ojca Adiego, który w wieku ponad stu lat nawet nie wie, kim jest, więc skąd niby ma pamiętać, co się stało z jego synem. Kolejnym paradoksem filmu Oppenheimera jest to, że właśnie ten zniedołężniały ojciec, który już nie może pamiętać, który na dobre odkleił się od świata, jest w tym świecie jedyną naprawdę pogodną osobą. Czy filmy Oppenheimera, zakazane w Indonezji, mogą powstrzymać pochód tych ponurych indonezyjskich paradoksów? Raczej nie, ale dzięki nim dużo trudniej będzie powiedzieć, że czegoś nie było. Albo że to, co było, było dobre. Tak czy inaczej, w Dżakarcie właśnie rozpoczęło się sympozjum poświęcone zbrodniom z lat 60. Rząd Indonezji nie zamierza ani przepraszać rodzin ofiar, ani wszczynać śledztwa. Obiecano jedynie, że sprawa zostanie zbadana.