Ryby, giełda, literatura
hugo / CC BY-NC-SA 2.0

28 minut czytania

/ Literatura

Ryby, giełda, literatura

Krzysztof Środa i Zbigniew Mentzel

Są pewne stany psychiczne polegające na poczuciu niebywale spotęgowanego życia, nieprawdopodobnej intensywności duchowej. Czy muszą być chorobliwe? Dla pisarza kluczowe jest, czy to doświadczenie można przekazać innym

Jeszcze 7 minut czytania

KRZYSZTOF ŚRODA: Nie mogę zacząć tej rozmowy, nie wyjaśniając, dlaczego do niej doszło, bo na długiej liście różnych rzeczy, jakimi zajmowałem się w życiu, nie ma pozycji „rozmowy z pisarzami”. Więc najpierw anegdota, publiczność to lubi. Jednak dzięki niej płynnie przejdziemy do meritum, czyli do twojej książki. Nie ma sensu tego ukrywać – znamy się od dawna. Spotkaliśmy się, kiedy byłem w klasie maturalnej, w roku 1978. W klasie maturalnej o profilu matematyczno-fizycznym. Kiedy postanowiłem, że będę zdawał na filozofię, moja mama zaniepokoiła się, że po tak jednostronnej edukacji mogę nie nadawać się już na humanistę. I poprosiła cię, żebyś to sprawdził. Mama pracowała w „Polityce”, gdzie ty opublikowałeś właśnie cykl głośnych wówczas tekstów o znaczeniu kategorii „pokolenia” w analizie polskiej literatury i kultury. Spotkaliśmy się z pięć razy. To nie były typowe korepetycje. Pamiętam, że podsuwałeś mi jakieś karkołomne wiersze Białoszewskiego, żeby sprawdzić, czy cokolwiek z nich zrozumiem. Tamten test chyba jakoś przeszedłem. Teraz jestem w dużo gorszej sytuacji – zaraz okaże się, czy udało mi się cokolwiek zrozumieć z twojej przedziwnej książki „Spadający nóż”. 
ZBIGNIEW MENTZEL: To teraz się wtrącę. Udzielanie korepetycji maturzystom było swego czasu moją specjalnością; z zasady udzielałem ich dziewczynom. Stefan Żeromski w „Dziennikach” opisuje podobny rozdział swojego życia. Był korepetytorem i to zajęcie miało dla niego wyraźny podtekst erotyczny. Więc udzielałem korepetycji różnym dziewczynom. Wśród nich, mogę to po latach powiedzieć, była córka wicepremiera jednego z komunistycznych rządów oraz córka wiceministra budownictwa, który trafił później do więzienia za malwersacje finansowe (pamiętam, że od jednego z zagranicznych kontrahentów przyjął w formie łapówki kły słonia indyjskiego). Do egzaminów wstępnych na wydział aktorski Wyższej Szkoły Teatralnej przygotowywałem też znaną dzisiaj celebrytkę, młodziutką wówczas Kasię Skrzynecką… Co? Sam chciałeś zacząć od anegdoty… Różne miałem doświadczenia jako korepetytor, ale ty byłeś najciekawszym z moich podopiecznych. Także korepetytor potrzebuje inspiracji ze strony tego, komu korepetycji udziela. Nasz układ na tym właśnie polegał.

No, to jeśli mówimy sobie miłe rzeczy, muszę dodać, że chociaż naszych spotkań było tylko kilka, udało ci się przekazać mi kilka zasad, których należy przestrzegać w myśleniu. A potem – to się przydało wiele lat później – w pisaniu.
Nigdy nie myślałem o sobie jako o nauczycielu. Nauczycielstwo prawdziwe polega, zdaje się, na tym, żeby w uczniu ożywić wolę prawdy, uruchomić jego własne zasoby wewnętrzne tak, by chciało mu się prawdy poszukiwać.

I może tak właśnie było. No dobrze. Spotkaliśmy się ponownie ponad dziesięć lat później, przypadkiem, chyba na Krakowskim Przedmieściu. W roku 1989. Wtedy jeszcze żyłeś chyba wciąż między Warszawą a Londynem, gdzie współredagowałeś kwartalnik, a potem dwumiesięcznik „Puls”. Zaczęliśmy się kolegować. I dopiero wtedy przekonaliśmy się, że łączy nas nadspodziewanie wiele rzeczy. Okazało się, że każdy z nas ma za sobą niepokojąco intensywny – i wcale nie tak dawny – epizod manii wędkarskiej. Nieprzypadkowo użyłem słowa „mania”. Minęły kolejne dwa lata i odkryliśmy, że obaj zajmujemy się spekulacją na działającej od niedawna Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. 
Działającej od 1991 roku.Zbigniew Mentzel, „Spadający nóż”. Wydawnictwo Znak, 192 strony, w księgarniach od lutego 2016 r.Zbigniew Mentzel, „Spadający nóż”. Wydawnictwo Znak, 192 strony, w księgarniach od lutego 2016

Tak. Okazało się również, że obaj próbujemy – każdy z osobna – napisać książkę. Może to nie jest wiele rzeczy. Tylko trzy. Ale to zestaw rzadko spotykany. Ryby, giełda i literatura. Twoja książka, „Laufer”, ukazała się niedługo później. Moja dopiero w następnym stuleciu. Gdyby nie to wszystko, pewnie nie podjąłbym się tej rozmowy. I przechodzę do meritum. Obaj pisaliśmy książki w pierwszej osobie. I o sobie. O tym, co widzimy, co pamiętamy, czego dowiadujemy się od napotkanych ludzi. O tym, co udaje nam się zrozumieć i czego zrozumieć się nie udaje. Przeczytałem kiedyś opinię, nie pamiętam czyją, że słabością polskiej literatury współczesnej, zwłaszcza tej pisanej przez mężczyzn, jest to, że jej autorzy piszą właśnie w pierwszej osobie, jakby nie potrafili tworzyć wielkiej fikcji, wielkiej fabuły. Poczułem się wtedy nie najlepiej. Mogłem pocieszać się jedynie tym, że wśród osób uprawiających tę słabszą odmianę pisarstwa są Jerzy Pilch i Andrzej Stasiuk. No i ty. Więc moja pierwsza prośba: upewnij mnie, że ten sposób pisania nie jest folgowaniem próżności czy skłonnościom narcystycznym ani – co byłoby równie złe – objawem obojętności na życie, które się toczy wokół nas, na problemy świata.
W myśleniu o świecie literatury należy unikać ocen ogólnych, zwłaszcza tych wypowiadanych bardzo kategorycznym tonem. W zwierzyńcu literackim jest mnóstwo różnych okazów. I tych pospolitych, i tych egzotycznych. Warto się przyglądać, jak ze sobą współżyją, jak się krzyżują i co z tego wynika. Ja wybrałem sposób pisania w pierwszej osobie, a może taki sposób pisania mnie wybrał. Nie było w tym żadnej kalkulacji, to wyniknęło ze mnie samo przez się. Po prostu. A ty co? Martwisz się, że fabuły nie piszesz? Spokojnie. Wszystko przed tobą.

Pisanie w pierwszej osobie, wydawałoby się, jest łatwe. Nie trzeba nic wymyślać, komponować, tworzyć. Obaj wiemy, że tak nie jest. Jest wręcz trudniej, bo to wymaga wystawienia się na widok publiczny z częścią swojej prywatności. To ryzyko można oczywiście stopniować. Ale ty zdajesz się go nie dostrzegać. Śmiałość, z jaką cytujesz diagnozę, którą przedstawił ci pewien profesor psychiatrii, zbija z tropu: „Ma pan cyklofrenię, psychozę maniakalno-depresyjną, i to w mocno zaawansowanym stadium”. Literaci i inni artyści przyzwyczaili nas do szczerości w sprawie problemów alkoholowych, ewentualnie depresji. Ale cyklofrenia? Nie masz wrażenia, że ryzykujesz za bardzo?
W prawdziwej literaturze, tak jak ja ją pojmuję, nie ma łatwych spraw, łatwych rozwiązań. Tam wszystko najeżone jest trudnościami, z którymi trzeba się mierzyć. A co do ryzyka związanego z pisaniem – pierwsza osoba liczby pojedynczej bywa przecież elementem fikcji literackiej. I kiedy mówisz, cytując moją książkę, że profesor doktor habilitowany instytutu psychiatrii dał mi diagnozę, która jednoznacznie wskazuje na cyklofrenię, to ja sprostuję, że nie dał jej mnie, tylko mojemu narratorowi, bohaterowi. Ale to nie znaczy, że pierwsza osoba liczby pojedynczej bywa wyłącznie elementem fikcji. Ona ma też w sobie znamiona prawdy, rzeczywistości przeżytej przez autora. Nie uciekam od tego. Ale to zastrzeżenie jest konieczne.

Spytałem przekornie, bo mam wrażenie, bliskie pewności, że jest ona, ta diagnoza psychiatry, wraz z twoimi wątpliwościami co do jej trafności, jednym z najważniejszych elementów konstrukcyjnych książki, ważniejszym może niż giełda. Profesor spytał cię: „Czy zdarza się, że nieoczekiwanie dla samego siebie kojarzy pan trudne do skojarzenia rzeczy albo fakty?”. Cała twoja książka jest twierdzącą odpowiedzią na to pytanie: „Tak zdarza mi się to. Kojarzę dziwne rzeczy nieustannie”.
Ale to samo w sobie nie jest objawem choroby.

Oczywiście, że nie jest.
Jednak profesor twierdzi, że jest.

„Spadający nóż” powstaje na tej zasadzie właśnie – kojarzenia rzeczy trudnych do skojarzenia. Problem w tym, że – jak dodajesz między wierszami – im więcej kojarzysz, tym mniej rozumiesz. Mimo że powinno być odwrotnie. Bo kiedy się kojarzy elementy świata, to one powinny układać się w jakąś bezpieczną całość. Ale nie układają się. Może gdzieś na końcu książki, ale ostatnia jej część jest jedyną chyba częścią zmyśloną. Wizją. A wcześniej, bez tej finalnej wizji, świat się nie układa.
Czekam na pytanie. O co chcesz zapytać?

Zbigniew Mentzel

Prozaik i felietonista, wydał m.in. powieść „Wszystkie języki świata”, finalistkę Nagrody Nike. Przygotował do druku kilka tomów pism Leszka Kołakowskiego („Pochwała niekonsekwencji”, t. 1–3, „Wśród znajomych…”). W lutym 2016 roku ukazała się jego kolejna książka, „Spadający nóż”.

Chcę zapytać, czy mam rację, że jest tutaj rozpaczliwy, heroiczny albo chorobliwy właśnie wysiłek łączenia świata w całość? Czy mam rację, że wysiłek ten nie daje rezultatów? I że to jest bólem twojego narratora? Wiem, mówię niejasno, ale potem możemy skrócić moją kwestię.
Nie, niczego nie musisz skracać. Ale pozwól mi dość obszernie się ustosunkować do tego, co mówisz, i to ty możesz skrócić to, co ja powiem. Widzisz, ja doskonale wiem, czym jest choroba, ponieważ miałem skomplikowaną wrodzoną wadę serca. Mówię „miałem”, ponieważ ta wada została zoperowana, niemniej przeżyłem z nią pół wieku. W podobnych przypadkach kardiologicznych wszystko jest oczywiste. Serce można precyzyjnie zmierzyć i zważyć. Gradient aortalny… Robisz badanie serca i masz wynik, który pokazuje co do jednej dziesiątej milimetra, jak jest.

Bo to jest fizyka.
Oczywiście. Więc to jest jednoznaczne. A wszystko to, co dotyczy chorób psychicznych, jest dla mnie wielkim polem niejednoznaczności. A raczej, powiedzmy wprost, szalonej dwuznaczności.

No właśnie. Miałem podejrzenie, że grasz niejednoznacznością tej diagnozy i całej nauki, która się takimi diagnozami zajmuje. I kpisz z niej.
Owszem, zdarza mi się. I zdarza mi się kpić z języka, którym posługują się lekarze psychiatrzy, a zwłaszcza psychoterapeuci.

Miałem podejrzenie, że pisząc o tej diagnozie, w gruncie rzeczy zadajesz czytelnikom perfidne pytanie: „OK, ja jestem zdiagnozowany. Świat mnie dziwi i dręczy. A wy jesteście spokojni tylko dlatego, że jeszcze nie usłyszeliście diagnozy. A co, jeśli właśnie dlatego to ja widzę sprawy tak, jak się one mają?”. Ta dwuznaczność przenika całą książkę. Każdej opowiedzianej w niej historii dodaje jeszcze jedną warstwę.
Czyżbym naprawdę mówił czytelnikom: „Wy śpicie, a ja czuwam”? „A czuwający mają świat wspólny, we śnie tylko każdy zwraca się do swojego własnego”. To z Heraklita. Z tym oczywiście różnie jest. Chodzi o to, że są pewne stany psychiczne polegające na poczuciu niebywale spotęgowanego życia. Stany nieprawdopodobnej intensywności duchowej. I takie stany zachodzą w rozmaitych okolicznościach. I takich, które do choroby jakiejś możemy przypisać, i takich, które mogą być wyrazem zdrowia. Jak zapewne wiesz, podłożem manii Nietzschego była dementia paralytica, a Dostojewskiego – choroba mniej straszna – padaczka. Książę Myszkin w „Idiocie”, cierpiący na padaczkę, powiada, że przed samym atakiem bywała chwila, „kiedy nagle śród smutku, mroku duchowego, ociężałości, jak gdyby płomień ogarniał jego mózg i w nadzwyczajnym zachwycie jednocześnie się wytężały wszystkie jego siły duchowe. Rozum, serce rozpromieniały się jakimiś nadzwyczajnymi światłami…”. Czyż nie to samo mógłby powiedzieć człowiek głęboko wierzący o doznawanych iluminacjach? Czy takie ekstazy muszą być chorobliwe? Nie sądzę. Dla człowieka, który próbuje pisać, pytanie kluczowe jest następujące: czy doświadczenie tego stanu, który nazywamy tutaj umownie spotęgowaniem sił życiowych, intensywnością duchową czy iluminacją, możemy przekazać innym? A jeśli możemy, to w jaki sposób?

Jest w książce krótki epizod, w którym spotykasz w przejściu podziemnym gdzieś w centrum Warszawy krytyka literackiego, który rozmowę zaczyna od wyznania, że ma z tobą kłopot, bo nie wie, czy jesteś kolekcjonerem, czy poszukiwaczem mądrości. Zdanie to łatwo przeoczyć, bo nie od razu wiadomo, o co w nim chodzi, i nie ma ono dalszego ciągu. Na razie chciałbym wyjąć z niego tylko słowo „kolekcjoner”. Są różne typy kolekcjonerów. Weźmy takiego najbardziej typowego, czyli filatelistę. Miałem kiedyś taką myśl, że to marzenie o skompletowaniu serii, a w wersji bezkompromisowej o posiadaniu kompletu wszystkich znaczków świata, jest sposobem na radzenie sobie z okropnym lękiem, że cała rzeczywistość wciąż się rozpada, że nie ma w niej żadnego porządku. Że kiedy już poukłada się te wszystkie serie w klaserze, to stworzy się rezerwowy świat na wszelki wypadek – świat, w którym wszystko będzie na swoim miejscu. W tym sensie kolekcjonerstwo też jest ratowaniem się przed szaleństwem. Może dlatego przejawia się często w formach, które o szaleństwo się ocierają. Czy ta figura jest ci jakoś bliska?
Zaraz powiem. Tylko najpierw przypomnę, że kolekcjonerstwo bywa często bezmyślne i bezrefleksyjne. Jesteśmy w mniejszości, dodając do tej pasji bardzo poważne filozoficzne motywacje.

Psychoanalityczne, powiedziałbym, bardziej niż filozoficzne. Chodzi o to, że źródłem tej pasji jest lęk. Że kiedy filatelista układa znaczki, lęk mija. Być może jest to bezmyślna forma radzenia sobie z lękiem. Owszem. Ale dzięki niej kolekcjoner zbliża się do pełni i porządku. 
Zgoda. Trochę podobnie jest z rekordami, które znajdujemy w Księdze Guinnessa. Ktoś zapamiętał rekordowo długi, kilkusettysięczny szereg cyfr w liczbie „pi”. Ktoś zgromadził największy zbiór reklamowych ulotek burdeli. Ktoś ułożył najdłuższy na świecie palindrom… Leszek Kołakowski pisał, że być może kryje się w tej pasji rekordów jakiś korzeń metafizyczny, potrzeba wykraczania poza to, co jest, dziwacznie wyrażana nadzieja nieskończoności. Ale wróćmy do spotkania w przejściu podziemnym. Krytyk literacki (nie jest tajemnicą, że chodzi o Tomasza Burka) pyta: kim jesteś, kolekcjonerem czy poszukiwaczem mądrości? W tym pytaniu bohater mojej książki wyczuwa sugestię, że kolekcjonerstwo w porównaniu z poszukiwaniem mądrości jest czymś podejrzanym, wątpliwym, czymś, czego być może należałoby się wstydzić.

No właśnie. W „Spadającym nożu” pojawiają się dwie postacie, bardzo ważne, które robią wrażenie, jakby się zjawiły, w książce i w rzeczywistości, z innego świata. Pierwszą jest pan Krzysztof, księgarz i antykwariusz. Drugą pan Kroczek, sąsiad narratora, krawiec, a zarazem erudyta o encyklopedycznej pamięci. Pan Krzysztof napisał liczącą dziewięćset stron księgę o swoim rodzinnym mieście, Opolu Lubelskim. Dużo jeździłem po kraju, ale nawet nie słyszałem o takiej miejscowości. Dziewięćset stron. A teraz pan Krzysztof pisze dzieło, które nazwałeś „kroniką wszystkiego, co w życiu autora zdarzyło się w latach tysiąc dziewięćset czterdzieści osiem – tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt trzy”. I w nawiasie dodajesz: „ciąg dalszy nastąpi”. Ale nie czuć w tych słowach drwiny. Przeciwnie, czuć zrozumienie tego projektu. W ten sposób wracamy do tego, co powiedział ów krytyk. Czy zgodzisz się, by pana Krzysztofa nazwać kolekcjonerem? Tyle że on nie zbiera znaczków. Zbiera wszystko, co pamięta, i umieszcza to w swojej księdze. To też jest projekt ratowania świata i siebie samego w tym świecie.
Najpierw chciałbym potwierdzić: tak, rzeczywiście ukazuję tę postać bez cienia drwiny. A przecież byłoby o nią bardzo łatwo. Dla wielu osób, pewnie dla większości, pan Krzysztof jest po prostu świrem. Ty natomiast pytasz, czy jego samego można nazwać kolekcjonerem i czy spisywanie przezeń wszystkiego, co zapamiętał, jest kolekcjonerstwem.

Krzysztof Środa

Pisarz, tłumacz, historyk filozofii. Pracował w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, obronił pracę doktorską o fenomenologii Edmunda Husserla, przełożył kilkanaście książek – większość na temat spekulacji giełdowej. Autor „Niejasnej sytuacji na kontynencie” (2003), „Projektu handlu kabardyńskimi końmi” (2006) i „Podróży do Armenii i innych krajów” (2012). Laureat Nagrody Literackiej Gdynia w kategorii eseistyki.

W przeciwstawieniu do poszukiwania mądrości.
Nie powiedziałbym, że pan Krzysztof zbiera te przeżycia, te doświadczenia, które opisuje. One w nim są. I są wydobywane.

Tak, tu masz rację, ale kolekcjonerstwo to nie tylko zbieranie, lecz także eksponowanie, klasyfikowanie i umieszczanie zebranych przedmiotów w jakimś porządku.
Kolekcje bywają różne. Mój przyjaciel, Jerzy Pilch, w książce „Moje pierwsze samobójstwo” opowiada o jednej wyjątkowo pięknej. Narrator otwiera szafę swojej babki i widzi w niej wielkie tekturowe pudło. Co jest w środku? W środku są przedwojenne, przepalone żarówki. Pisze Pilch: „Nie żałosna i nie komiczna, ale patetyczna i miłosna kolekcja. Któraś z was tak kochała? Którakolwiek kobieta na świecie wpadła na pomysł, żeby zachować żarówki, co świeciły za życia ukochanego? Na pamiątkę tamtego światła nad głowami; na pamiątkę tych chwil, gdy łagodnie gasły nad posłaniem?”. Wzruszam się do łez, jak to czytam.

Teraz drugi bohater, pan Kroczek, sąsiad narratora, krawiec, erudyta, człowiek o zadziwiającej wiedzy na tematy wszelkie. Podejrzewałem początkowo, że zrobiłeś wyjątek i wymyśliłeś tę figurę. Bo pan Kroczek spina tak wiele wątków i te wątki ciągnie, niby przypadkowo, ale wcale nie przypadkowo, że wygląda na postać nie rzeczywistą, lecz zakomponowaną po to, żeby ująć, dokończyć pewne myśli i przeczucia. Ale potem zrozumiałem, że nie, że może nie wymyśliłeś pana Kroczka. Kiedy pan Krzysztof skończy swoją księgę, kolekcję zdarzeń, będzie miała pewnie ponad tysiąc stron. Twoja księga, „Spadający nóż”, ma stron sto kilkadziesiąt. Zrozumiałem, że pisałeś ją tak długo, bo musiałeś czekać, aż świat dorzuci do niej jakieś zdarzenia. Aż pojawi się właśnie pan Kroczek, aż powie, co miał powiedzieć, aż umrze. To największy problem, kiedy nie wymyśla się wielkich fikcji i fabuł. Że trzeba czekać, aż coś się zobaczy. Aż coś się zdarzy. Aż kogoś się spotka. Aż coś się samo pokaże. Kiedy nie kolekcjonuje się zdarzeń, tylko się je przesiewa – tak jak ci ludzie, którzy szukają grudek złota w strumieniach i używają do tego sit. Tę różnicę miał chyba na myśli krytyk, który nie potrafił rozstrzygnąć, czy tylko kolekcjonujesz, czy szukasz mądrości. Jakby nie widział, że przesiewasz zdarzenia. Wybierasz. A gdy nie ma czego wybrać, czekasz. To największy problem z pisaniem o świecie, który się zastaje. Znam ten problem. Nie mogę skończyć książki jutro czy w przyszłym tygodniu, bo muszę czekać na jakieś znaki ze strony świata. A ty nie mogłeś skończyć swojej książki, dopóki pan Kroczek nie wyjaśnił ci, że ślimaki, które masowo pojawiają się na chodniku przed twoim domem, wędrują śladami rzeki, która płynęła tam trzysta lat temu, a którą pewien inżynier o nazwisku dziwnie podobnym do twojego zamienił w podziemny kanał odprowadzający nieczystości. 
Nie chcę pedału patosu do dechy dociskać i mówić, że każdy autor mógłby pozazdrościć mi tak wnikliwego czytelnika. Ale nie jesteś tylko czytelnikiem, jesteś i pisarzem, który rozumie wiele z tego, co w podręcznikach nazywa się procesem twórczym. Zastanawiałeś się, i dałeś temu wyraz, czy pan Kroczek, krawiec erudyta, jest w książce – być może jedyną – postacią wymyśloną. Tak, wymyśliłem pana Kroczka, wymyśliłem go z tęsknoty za kimś tak jak on nieoczywistym. Ale wymyśliłem go z głębokim przekonaniem, że tacy ludzie istnieją obok nas naprawdę. Niedaleko szukając: na warszawskim Żoliborzu, wokół antykwariatu pana Krzysztofa, gdzie wypełnione książkami pudła po bananach piętrzą się w stosach, od rana do wieczora kłębi się tłum dziwaków, oryginałów, odludków, z których niejeden mi pana Kroczka przypomina.

To aż się zdziwiłem.
Czym?

Tym, że pan Kroczek, tak jak podejrzewałem, jest wymyślony. Cieszę się. Bo przypomniały mi się te testy zdolności rozumienia, którym mnie poddawałeś na wierszach Białoszewskiego. Czyli znowu zdałem. W moim ostatnim pytaniu pojawiło się złoto, odsiewanie piasku od złota. To znaczy, że doszliśmy do kwestii giełdy i spekulacji, niezwykle ważnej w twojej opowieści. Ale teraz ja u siebie dostrzegam niebezpieczną skłonność do „kojarzenia trudnych do skojarzenia rzeczy albo faktów”. Bo kojarzy mi się wszystko ze wszystkim. Złoto, giełda i alchemia – tam wszędzie chodzi przecież o pieniądze. Ale w alchemii o złoto chodzi, jak wiemy, zaledwie metaforycznie. Chodzi o tajemnicę przemiany. O zrozumienie. O mądrość, również mistyczną. Gracze giełdowi, nawet ci, którzy poszukują sygnałów do zawierania transakcji, zaprzęgając do pracy superszybkie komputery, mielące miliardy danych, ceny tysięcy spółek z dziesiątek lat, nazywają cudowny system, którego bezskutecznie na ogół szukają, Świętym Graalem. Czy to przypadek? Być może nie wiedzą, co mówią. Ale tak właśnie mówią – jakby rozwiązanie tajemnicy giełdowych wykresów było kluczem nie tylko do bogactwa, ale też do zrozumienia zagadki życia i śmierci. Jaką rolę w twojej książce odgrywa nieustannie powracający wątek giełdy? Co ta giełda tam robi? Czym ona jest dla ciebie i dla książki? Masz pewnie na ten temat wiele do powiedzenia.
Mam. Mam wiele do powiedzenia. Ale nie chcę się powtarzać. Czuję, że powinienem w tym miejscu wprowadzić do naszej rozmowy ton trzeźwy, pragmatyczny, może nawet cyniczny. Giełda w życiu bohatera tej książki to jest przygoda ambiwalentna, rozhuśtana między tym, o czym ty mówisz, czyli tajemnicą wszechświata i poszukiwaniem Graala, a bardzo przyziemną potrzebą – forsy mi potrzeba. Wiesz, ja jestem całym sercem po stronie poszukiwań i rozmyślań, które dotyczą „filozofii” i „sztuki” spekulacji – tego wszystkiego, co doskonale znasz z książek, jakie czytałeś i tłumaczyłeś. Ale, Krzysztofie, z czegoś trzeba żyć, skądś trzeba brać pieniądze, także na te książki, które są przecież bardzo drogie. Jedna z niezliczonych maksym, które możesz przeczytać w podręcznikach giełdowych, mówi: graj tylko tymi pieniędzmi, które możesz przegrać. A skąd ja, kurwa mać, mam wziąć pieniądze, które mogę przegrać? Nie mając stałej pracy, nie mając emerytury i jeszcze spłacając jakieś absurdalne długi! Gdybym miał na koncie pieniądze, które mogę przegrać, to może w ogóle bym nie grał. Gram, bo chcę zarobić. Bo żona się martwi. Rozumiesz?

Rozumiem, tak to jest.
Otóż to. Dlaczego więc nie chcesz, żeby mówić, jak jest?

Bo spekulanci giełdowi żyją też marzeniem, że gdzieś jest klucz, że gdzieś jest jakiś wzór, że to się w końcu uda. Że stanie się cud.
Jeśli chodzi o moją praktykę giełdową, nie mam w tej chwili takiego marzenia. Dawno temu uwielbiałem o tym czytać w książkach.

Tak jak się czyta książki o pięknych marzeniach. 
Tak jest. Tak jak się czyta książki o pięknych marzeniach i o tajemnicy przypływów i odpływów oceanów.

Jak tłumaczyłem książki o giełdzie, dowiedziałem się, że w Ameryce, gdzie ludzie są bardzo praktyczni, zwłaszcza gdy chodzi o pieniądze, giełdę próbują zrozumieć uczeni wywodzący się z najprzeróżniejszych dyscyplin naukowych: matematycy, socjologowie, psychologowie, fizycy, ekonomiści, astrolodzy wreszcie. I że w tym praktycznym kraju wszyscy oni dostają za to pieniądze. I pomyślałem, że mało jest takich obszarów rzeczywistości, do których poznania ludzie próbują stosować tak absurdalnie rozmaite narzędzia. Jedynym takim obszarem jest życie po prostu. I przyszło mi do głowy, że w giełdzie jest coś dziwnego, bo kondensuje ona w sobie tę całą złożoność życia. A przecież ona wcale nie jest skomplikowana – wszystko sprowadza się do zygzaka, jakim jest giełdowy wykres. 
No, jednak jest skomplikowana. Chyba że zgodzimy się z tezą o prostocie życia, to i giełda stanie się prosta. Pytanie, jaką metaforę życia wybieramy. Spytałem kiedyś Leszka Kołakowskiego, z czym mu się kojarzy giełda. Odpowiedział, że z hałasem na meczu rugby. Dziwacznie poprzebierani mężczyźni, rycząc wniebogłosy, uganiają się za jakimś dziwnym przedmiotem obciągniętym skórą. Może to jest metafora życia, jedna z wielu możliwych.

Giełdowi mędrcy mówią, że na rynku chodzi o dwie rzeczy: o strach i o chciwość. Może i życie da się opisać podobnie. Odnosząc się do giełdy, mówimy o strachu i chciwości, odnosząc się do życia, możemy mówić o strachu i nadziei. Czyli tylko dwa bieguny i szamotanina między nimi. Więc kiedy wątki giełdowe pojawiają się w twojej książce, to możesz się wypierać, ale nie chodzi w nich tylko o to, jak zarabiasz pieniądze na życie. 
W książce z całą pewnością nie o to chodzi. Dziwi mnie, że w naszej rozmowie, która przecież musi niedługo dobiec końca – zaraz będę miał kryzys – nie zwróciłeś uwagi na frapującą narratora postać, którą nazywa on najbardziej ciekawym i niepokojącym inwestorem w historii. Chodzi o Livermore’a i ten dziwny epizod w jego życiu, kiedy on znika, mając na koncie ogromną fortunę jak na tamte czasy. Żona zgłasza na policji zniknięcie męża, nie wiadomo, co się dzieje. Po kilku dniach on sam pojawia się na posterunku półprzytomny i mówi, że nie wie, co się z nim działo, gdzie był. I potem strzela sobie w głowę w szatni hotelu na Manhattanie.

Tak, wynotowałem sobie ten fragment, ale przecież nie damy rady porozmawiać o wszystkim. Rozmowa faktycznie musi dobiec końca, a ja mam jeszcze jedno skojarzenie. W sprawie ryb i ich łowienia – żeby zatoczyć pełny krąg po naszych wspólnych fascynacjach…
O!

…ale nie porzucając kwestii giełdy, kolekcjonowania i pisania książek. Zacząłeś jeden z rozdziałów książki następująco: „Cztery miliardy. Dokładniej: cztery miliardy trzysta milionów monet o nominale jednego grosza pozostaje u nas w obiegu. (…) Przesypująca się w mennicy masa monet jak ogromna ławica, jak świetlisty narybek węgorza nieprzerwaną wstęgą (…) ciągnący z głębin Atlantyku do śródlądowych wód europejskich”. Czyli monety i leptocefale – bo tak fachowo nazywa się narybek węgorza. Rozumiem to skojarzenie. Monety i ryby.
Ławica monet z mennicy tak się wysypuje.

Bo czy łowienie ryb nie jest tak wciągające dlatego, że zarzucanie wędki w toń to, jak gra w totolotka, jeszcze jedna nadzieja na odmianę życia? Na wydobycie skarbu – półtorakilowej płoci…
Największą płoć w Polsce złapał na wędkę Tadeusz Szkaradek, jego nazwisko pozostawało w tabeli rekordów od początku lat 60. ubiegłego stulecia. Niedawno chciałem sprawdzić, ile ta płoć ważyła, i z przykrością dowiedziałem się, że rekord Szkaradka, po pół wieku, został unieważniony; jego płoć okazała się jaziem.

…lub wydobycie dziesięciokilowego szczupaka? Nadzieja na to, że w sicie pojawi się samorodek złota. Jeszcze jedna nadzieja na cud? Amerykańscy numizmatycy też tak kiedyś mieli. Wiem o tym, bo zdarzył mi się epizod manii kolekcjonerskiej, nie tak silnej jak wędkarstwo, ale silnej. To była numizmatyka, czyli niedaleko od giełdy. Kiedy amerykański numizmatyk odbierał resztę w sklepie, jeszcze w latach 70. i 80., sprawdzał, czy wśród jednocentówek, które dostał, nie ma tej jednej, która z powodu daty wybicia oraz mikroskopijnego znaku jednej z trzech głównych mennic jest warta więcej niż zakupy, które właśnie zrobił. W kolekcjonowaniu nie chodzi więc tylko o skompletowanie serii. Też chodzi o to, że trafi się na Świętego Graala. Tak jakby nie było różnicy między odsiewaniem piasku od złota a zbieraniem wszystkiego jak leci. Trzeba jednak było mieć wiedzę, pewien rodzaj wtajemniczenia, żeby rozpoznać tę jednocentówkę, której wartość jest tysiąc razy większa od jej nominału. Zapętlam to, ale uprzedzałem, że mi już się wszystko kojarzy ze wszystkim. Może ja też powinienem się poddać obiektywnej, a zarazem, jak stwierdziliśmy, z natury rzeczy dwuznacznej diagnozie psychiatrycznej.
Nad morzem, w Dębkach, gdzie jeżdżę co roku w czerwcu, coraz częściej widuję na plaży ludzi z wykrywaczami metali.

Wiem, oni szukają zgubionych złotych łańcuszków, pierścionków i monet.
Musimy kończyć. Mam kryzys. Teraz już na dobre. Wiesz, dlaczego mam kryzys? Bo ja nie sypiam. No, może sypiam na dobę trzy godziny.

OK. Wyłączę dyktafon.
Tak, wyłącz.