Nie spodziewajcie się pluszaków

16 minut czytania

/ Sztuka

Nie spodziewajcie się pluszaków

Rozmowa z Agnieszką Morawińską

Nie zauważyłam nigdy, żeby dzieci chichotały niezdrowo na wystawie,  jak zdarza się to dorosłym, w których wzmianka o nagości czy seksie wywołuje wielkie emocje. To dorośli mają wiele problemów ze sztuką współczesną – mówi dyrektorka Muzeum Narodowego i pomysłodawczyni projektu „W Muzeum wszystko wolno”

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Podjęła się pani olbrzymiego przedsięwzięcia: 69 młodych uczestników, ponad pół roku pracy nad projektem i około  300 obiektów na wystawie „W Muzeum wszystko wolno”. Lubi pani pracę z dziećmi?
AGNIESZKA MORAWIŃSKA: Wymyśliłam przedsięwzięcie, a podjęli się je wykonać moi koledzy z Działu Edukacji. Nie mam własnych dzieci i miałam trudności w nawiązywaniu kontaktu z dziećmi. Zmieniło się to w szczególnych okolicznościach, w Australii. Jako kobieta ambasador dostawałam dziesiątki zaproszeń na spotkania z dziećmi. Paraliżowało mnie z przerażenia. Okazało się jednak, że to bywało doświadczenie ciekawsze i przyjemniejsze niż spotkania z politykami, dyplomatami i wszelkimi dostojnikami. Z zabawnych wydarzeń z tamtych czasów wspominam chłopczyka, który na zakończenie semestru w szkole polskiej, poinstruowany, co ma mówić, zapomniał tekstu i zapytał ze szczerym zainteresowaniem: „A pieniążków ty dużo masz?”. I innego, który na pytanie, czy mogę go pocałować, odpowiedział ku zażenowaniu rodziców: „Wolałbym nie”. Kiedy puściły lody w moich relacjach z dziećmi, pomyślałam, że chciałabym coś zrobić z nimi i dla nich. Stąd w Zachęcie wystawa „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci” w 2003 roku i teraz nasz projekt w Muzeum.

Nad wystawą pracowało aż 69 dziecięcych kuratorów, którzy zgłosili się na warsztaty. Jak pogodzić tyle pomysłów?
W normalnym układzie jest jeden, czasami dwóch kuratorów i już czasem jest kłopot, kiedy dochodzi do różnicy zdań. Tutaj było prawie 70 różnych osób, opinii, emocji. To, co bardzo mi się podobało, to wypracowanie atmosfery i zasad, wedle których nie współzawodniczymy, nie ścigamy się, ale współpracujemy. Jestem przekonana, że to będzie największa nauka na przyszłość, jaką dzieci wyciągną z tych zajęć. Zwłaszcza że miały od 6 do 13 lat. A przecież miedzy 6-latkiem a 13-latkiem jest bezmiar różnicy.

Czy starsze nie zdominowały młodszych?
Wielką zasługą edukatorów i kierowników grup jest to, że tak się nie stało. Wszystkie dzieci wnosiły bardzo interesujące uwagi, co widać w ich komentarzach do wybranych przez nie obiektów. Były podzielone na sześć grup, a każda z nich  wymyśliła samodzielny temat: „Las”, „Taniec Minotaura”, „Zmiany”, „Pokój strachów”, „Gra w bohatera” i „Skarbiec”. Dziecko wybierało konkretny obiekt, który chciało pokazać, ale grupa demokratycznie decydowała, czy ostatecznie  znajdzie się on na wystawie.  Musiały przekonać innych do swojego wyboru.

Agnieszka Morawińska

Historyczka i krytyczka sztuki; kuratorka Galerii Sztuki Polskiej w Muzeum Narodowym w Warszawie w latach 1976–1991, ambasadorka RP w Australii, Nowej Zelandii i Papui Nowej Gwinei. W latach 2001–2010 dyrektorka Zachęty Narodowej Galerii Sztuki, od 2010 dyrektorka Muzeum Narodowego w Warszawie. Pomysłodawczyni projektu „W Muzeum wszystko wolno”.

Wystawę „W Muzeum wszystko wolno” można oglądać do 8 maja 2016 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie. Koordynacja projektu: Anna Knapek, Bożena Pysiewicz; współpraca: Marianna Otmianowska; projekt ekspozycji: Matosek / Niezgoda.

W jaki sposób dzieci  uzasadniały swoje wybory?
W części „Taniec Minotaura” jest najwięcej zadziwiających spotkań obiektów. Antyk łączy się tutaj ze współczesnością, np. „Bombowniczką” Anny Baumgart – dziełem, którego obecność w tej kategorii zakwestionowaliby wszyscy historycy sztuki. Ale posłuchajmy uzasadnienia młodej kuratorki, 10-letniej Ali, która go wybrała: „Dawno, dawno temu, gdy po świecie chodziły jeszcze minotaury, pewna 18-letnia dziewczyna imieniem Christin zakochała się w minotaurze. Po ślubie minotaur obarczył Christin najcięższymi pracami domowymi – sprzątaniem, gotowaniem, praniem. Gdy była w ciąży, uznała, że ma dość swojego życia. Żeby przekonać ludzi, że mężczyźni mogą też wykonywać prace domowe i że matki nie muszą być miłe i łagodne, ale również mogą być wkurzone, zrobiła rzeźbę, którą nazwała Bombowniczka”. Przekonała grupę. Obiekt jest na wystawie.

Od wielu lat pracuje pani z kuratorami dorosłymi, czym różni się podejście dzieci do sztuki?
To zupełnie inne spojrzenie na sztukę. Dzieci mają olbrzymią przewagę, bo nie znają jeszcze kanonów, stereotypów i z góry ustalonych kryteriów oceny wartości dzieł. Kiedy przygotowywaliśmy się do wystawy, powtarzałam edukatorom, żeby nie uczyli małych kuratorów akademickiej historii sztuki, tylko pozwolili im odbierać ją po swojemu. Historyk sztuki przede wszystkim nie mógłby zrobić podobnej wystawy, ponieważ nie znalazłby uzasadnienia dla zestawienia takiego zbioru obiektów. „W Muzeum wszystko wolno” sztukę orientalną łączy się z kulturą antyczną, sztuką najnowszą, wszystkimi możliwymi technikami sztuk wizualnych i tematami. Gdyby taką wystawę zrobił zawodowy kurator, to oceniany przez ludzi ze świata sztuki, dostałby po głowie. Wystawa tzw. profesjonalistów musi być albo monografią artysty, albo tematu, albo zjawiska. A dziecko mogło umieścić wazę grecką obok szkoły Kenara. Dorosły nie włożyłby do tematu „Las” obrazu pekińczyka na fotelu z ratanu pędzla Teresy Roszkowskiej, który w prawdziwym lesie skonałby ze strachu, a dziecko się uparło i pekińczyk został włączony, podobnie jak porcelanowa świnka morska. Myślałam, że dzieci będą chciały pokazać „Bitwę pod Grunwaldem”, a one często wybierały małe, niepozorne przedmioty, w których coś je poruszyło i zaciekawiło. To dla nas wszystkich jest otrzeźwiające i ożywcze doświadczenie.

Wiele z tych obiektów nigdy nie było pokazywanych publiczności. Ta wystawa jest jedyną okazją, żeby je zobaczyć.
Dzieci mówią, że „odnalazły i uwolniły je z muzealnych magazynów”. Szczególnie do części „Skarbiec” pojawia się wiele opisów magazynów jako lochów wypełnionych skarbami. Agnieszka Szewczyk (historyczka sztuki, kuratorka) napisała na blogu, że nigdy nie widziała tylu fajnych rzeczy naraz. Sama miałam wiele momentów zaskoczenia. Szczególny dla mnie był wybór na wystawę części tryptyku Anny Berent. Jakiś czas temu kupiliśmy go do kolekcji. To mało znana malarka, Szwajcarka, żona Stanisława Berenta, brata Wacława Berenta, autora „Oziminy”. W czasie wojny do naszego muzeum została zwieziona jej pracownia. Sporo jej rzeczy tutaj mamy, ale żadnej większej pracy, dlatego postanowiliśmy uzupełnić zbiór o dość dziwaczny tryptyk. Od dawna interesowałam się jej twórczością, ale zastanawiałam się, czy dobrze wydaliśmy pieniądze; czy tryptyk wyjdzie kiedyś z magazynu, jeśli nie będzie monograficznej wystawy Anny Berent. A tu proszę, taka niespodzianka, dzieci wybrały jej pracę na wystawę w części „ Las”.

Przygotowania do wystawy / MNW

W muzeum jednak nie wszystko wolno. Dzieci zostały dopuszczone do wszystkich muzealnych kolekcji i bardzo cennych zbiorów. Czy nie bała się pani zniszczeń?
Dzieci były podzielone na grupy, a każda z nich pracowała pod czujnym okiem dorosłych. Edukatorzy potrafili wprowadzić atmosferę misterium. Mówili dzieciom, że są w absolutnie wyjątkowej sytuacji, bo do magazynów tak niewiele osób może wchodzić. Przedmioty wolno brać tylko w białych rękawiczkach, należy cicho mówić, nie kaszleć i nie kichać na te rzeczy, bo od tego się psują. Dzieci były bardzo przejęte i zachowywały się bezbłędnie. One są naprawdę fantastyczne, trzeba w nie tylko uwierzyć.

„Dorośli spodziewają się pluszaków, miśków, tęczy, jakiejś sali gier. A zobaczą porządne wystawy” – napisała jedna z uczestniczek. Faktycznie, podchodziły do tego bardzo poważnie.
Poza dobrą zabawą, te dzieci ciężko pracowały przez ponad 6 miesięcy. Miały świadomość, że przygotowują prawdziwą wystawę. Myśleliśmy nad tym, czy drukować w katalogu pełen spis pokazanych dzieł z muzealnymi metryczkami. Wydawało mi się, że zanadto obciąży to katalog, a potem pomyślałam, że bardzo ważne jest, żeby każde dziecko mogło zobaczyć w katalogu przedmiot, który wybrało. Dzieci wyczuwają, kiedy podchodzi się do nich poważnie, wtedy okazują się bardzo odpowiedzialne. One są tutaj kuratorami, przyprowadzają na wystawę swoje klasy, babcie, dziadków, żeby pochwalić się tym, co zrobiły.

Czy dorośli znajdą coś ciekawego dla siebie?
Oczywiście, należy tylko oglądać z otwartą głową i z zainteresowaniem, wtedy można się wiele dowiedzieć o dzieciach i o świecie. Na przykład „Las” jest tłem do pokazania stosunku człowieka do zwierząt oraz relacji w świecie przyrody. Widać, jak bardzo zwierzęta są tutaj traktowane z sympatią i szacunkiem. „Zmiany” to część wystawy do rozważań socjologicznych. Jedna z grup przeglądając zbiory w magazynach, doszła do wniosku, że najciekawszym zjawiskiem są właśnie zmiany. Jest świetna gablotka z kapciami, zaczyna się od pomalowanych przez Henryka Stażewskiego miękkich pantofli przez różne XVIII- i XIX-wieczne buty, chiński pantofelek na ściśniętą nóżkę i plastikowe sandały. Ze zmianami łączy się też kwestia nowych sposobów życia. Pokazane są zagadnienia z dziedziny sportu w starożytności i dziś. „Gra w bohatera” zaskakuje wyborem, bo jest i święty Franciszek, i Piłsudski, i rozmaite postaci z życia codziennego. Znalazł się i antybohater, tzn. Miss Polonia, która ukradła koronę. (Przedwojenna Miss Polonia, Zofia Batycka, pojechała z koroną do Ameryki, a ponieważ korona była przechodnia, następna Miss jej nie dostała). Bohaterem jest smok z wazy chińskiej. Dzieci świetnie wyczuły ambiwalencję przedmiotów, bo smok może być i negatywny, i pozytywny, w zależności jakie znaczenie mu nadamy. Tutaj jest pozytywny. W „Skarbcu” poza przedmiotami pojawiły się fotografie, czyli dokumentacja skarbów jako czegoś bardzo interesującego. Mogłabym tak długo wymieniać, ponieważ „W Muzeum wszystko wolno” jest po prostu bardzo ciekawą wystawą 300 przedmiotów.

Mówi pani, że to był eksperyment. Jakie było ryzyko, że się nie uda? 
Na początku umierałam z przerażenia, co z tego wyjdzie. Proszę sobie wyobrazić, jest prawie 70 dzieci w różnym wieku. Nikt wcześniej takiej wystawy nie robił, więc trudno bazować na jakimś konkretnym modelu pracy. Wszystko wypracowywało się ze spotkania na spotkanie. A do tego projekt był bardzo kosztowny: trwał aż 8 miesięcy z przerwą wakacyjną, opłacić należało edukatorów, obsługę, żywienie dzieci, materiały do spotkań, wydanie katalogu. Równie dobrze mogłoby nic nie wyjść, a wtedy zostalibyśmy z pustymi salami i rachunkami do opłacenia. Jestem niezwykle wdzięczna moim współpracownikom, że umieli to złożyć w całość z tak świetnym efektem. Od początku do końca wystawa została przygotowana przez dzieci, ale dorośli musieli jednak mieć w niej swój udział. Bardzo się zasłużyli Paulina Tyro-Niezgoda i Piotr Matosek, którzy zaprojektowali przestrzeń wystawy. Mieli do czynienia z 6 tematami, olbrzymią grupą obiektów i prawie 70 kuratorami. Nie spełniliśmy tylko jednej prośby młodego kuratora, żeby fotel wisiał do góry nogami w „Pokoju strachów”, gdzie wszystko miało być na opak. Mebel jest przed renowacją i mógłby się rozsypać.

Pierwszą dużą wystawą z myślą o dzieciach, którą pani zorganizowała, była „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci” w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki w 2003 roku. Miała więc pani już doświadczenie w pracy z  dziećmi.
Obie wystawy były robione przez dzieci, poza tym dzieli je wszystko. Czym innym jest praca z 70 dziećmi, które wybierają prace z blisko miliona obiektów przy „W Muzeum wszystko wolno”, a czy innym rozmowy z kilkoma artystami podczas wystawy „Sztuka współczesna dla wszystkich dzieci”, którzy fantastycznie odnaleźli się w pracy z dziećmi. Anna Myca wpadła na pomysł, żeby na wielkich marmurowych schodach w Zachęcie zrobić zjeżdżalnię, z której dzieci wpadały do basenu z kolorowymi piłeczkami. Prace zrobili Julia Wójcik, Adam Adach, Krzysztof Knittel, Wilhelm Sasnal, Monika Sosnowska, Robert Maciejuk, Krzysztof Meisner, Adam Garnek, Dominik Lejman i Maciej Walczak. Wszystkie w jakiś sposób skłaniały do zabawy, były interaktywne. Absolutnym ulubieńcem był Maurycy Gomulicki, który dostarczał wielu atrakcji w postaci kolekcji pistoletów na wodę, cukierków z chili i fryzury z irokezem, jaką chciałyby mieć wszystkie dzieci. Cezary Bodzianowski spełnił z kolei swoje wielkie marzenie z dzieciństwa, żeby wystąpić z zespołem Gawęda. Powstał z tego film, gdzie ten postawny mężczyzna tańczy i śpiewa z dziećmi. Jak one skakały w jedną stronę, to on na ogół poruszał się w przeciwną, bo nie miał dużej wprawy w występach scenicznych. Widać było, jak dzieci mu pomagają. Ten film jest wart każdych pieniędzy. Nad wystawą pracowało wtedy 50 dzieci, które wspólnie z Markiem Goździewskim i Joanna Rentowską działały z artystami. Artyści przedstawiali dzieciom swoje projekty, a one je albo aprobowały, albo odrzucały, co dla artysty było bardzo trudnym doświadczeniem.

Widoki wystawy / fot. B. Blajerski i M. Bajkowska

Dlaczego?
Dzieci są niezwykle szczere. Nie wszystkie projekty, nawet bardzo cenionych artystów, zyskały ich aprobatę. Główne zastrzeżenia były takie, że dzieło jest za bardzo o artyście, a nie ma w nim nic dla dzieci, albo mówiły, że to jest po prostu nudne, co było szczególnie bolesne dla artystów. Tylko najbardziej wytrwali wytrzymali tę próbę i ich prace złożyły się na wystawę.

Wydaje się, że sztuka – szczególnie nowoczesna - może być dość trudna dla dzieci. Jakimi są odbiorcami?
W Zachęcie na co drugiej wystawie trzeba było wieszać kartkę, że rodzice i opiekunowie wprowadzają dzieci na własną odpowiedzialność, bo mogą być treści niewłaściwe dla nieletnich. A dzieci lepiej odbierają sztukę nowoczesną niż niejeden dorosły. Pamiętam, jak byłam nieco zażenowana, ale i rozbawiona, kiedy nauczycielki przyprowadzały klasy na wystawę Yayoi Kusamy, japońskiej artystki związanej z ruchem lat 60., gdzie było sporo prac z motywem fallusa. Dzieci odbierały ją bardzo dobrze, bo nikt ich źle nie nastawił. Były jej po prostu ciekawe, nie widziały nic zdrożnego w chwiejących się formach przypominających ukwiały. W całej mojej 10-letniej praktyce dyrektorki Zachęty nie zdarzyło mi się, żeby dzieci chichotały niezdrowo, czy ekscytowały się na wystawie w sposób, jak zdarza się to niektórym osobom dorosłym, a czasem wręcz oficjelom, w których wzmianka o nagości czy seksie wywołuje wielkie emocje. To dorośli mają wiele problemów ze sztuką współczesną. Dzieci są fantastycznymi odbiorcami, jeśli tylko potrafimy je zainteresować.

Jak zainteresować dzieci sztuką?
Trzeba opowiedzieć ciekawe historie, wciągnąć je do gry. Ale również pozwolić dziecku bajać, bo one też lubią wymyślać historie przedmiotów i lubią, kiedy się ich słucha. Dzieci lubią tworzyć, dlatego olbrzymią popularnością w naszym muzeum cieszą się warsztaty plastyczne, zwłaszcza te, w których uczestniczą i dzieci, i rodzice, bo także dorośli mają niezrealizowane potrzeby twórcze. W wielu zagranicznych muzeach są specjalnie wydzielone oddziały dla dzieci, gdzie odbywają się wystawy przygotowywane z nimi czy z myślą o nich, organizowane są zajęcia, powstają biblioteki z książkami o sztuce. Nasza bolączką jest brak miejsca na szersze działania edukacyjne. Po otwarciu wystawy „W Muzeum wszystko wolno” dostałam wzruszającą kartkę od rodziców jednego z kuratorów, którzy dziękują mi za pokazanie im zupełnie nieznanej strony ich dziecka. Sami nie wiedzieli, że jest ono w stanie tak poważnie zaangażować się w projekt i że jest tak kreatywne.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.