Samo życie

5 minut czytania

/ Film

Samo życie

Jakub Socha

Hirokazu Koreeda to jeden z najciekawszych autorów współczesnego kina.  W „Naszej młodszej siostrze” daje prawdziwy popis swojego stylu

Jeszcze 1 minuta czytania

„Nie wszystko musi mieć znaczenie”, mówi w wywiadach Hirokadu Koreeda, japoński reżyser. W swoim kinie tę zasadę wprowadza w życie. W najnowszym filmie Koreedy, „Naszej młodszej siostrze”, mijają minuty, a potem godziny. Dni i tygodnie. I w zasadzie to wszystko – mijają, ale nie ma w tym nic spektakularnego. Nie ma w tym też nic dziwnego. Trzy siostry jadą na pogrzeb ojca, którego przez wiele lat nie widziały – wiele lat temu ojciec odszedł do innej kobiety. Wracają z uroczystości z młodszą, przyrodnią siostrą, którą nikt inny nie chce się zająć. Instalują ją w nieużywanym przez nikogo pokoju, zapisują do szkoły, zachęcają, żeby znowu zaczęła grać w piłkę. Oprócz tego robią swoje – imprezują, randkują, gotują, jedzą, śpią, chodzą na pogrzeby, mecze, zakupy, do pracy. Jedz, módl się, kochaj – te rzeczy? Zupełnie nie te. Film Koreedy to „spokój umysłu”, nie jest to jednak żaden podręcznik „Wojownika światła” czy inne tego typu flaki z olejem podlane egzotyką, których mądrość zawiera się w gruncie rzeczy w kilku słowach z wierszyka recytowanego w przedszkolu: „Idź przez życie z dobrą minką, bądź, jak jesteś, zuch chłopcem, zuch dziewczynką”.

Koreeda, choć ma na swoim koncie film o gumowej sekslalce, która ożywa, jak i film o biurze, w którym przyjmuje się umarłych, z roku na rok staje się coraz bardziej oszczędny i coraz mocniej trzyma się ziemi. Nieprzypadkowo „Naszą młodszą siostrę” porównuje się do kina Yasujiro Ozu, wyliczając podobieństwa: kamera umieszczona na wysokości tatami, rodzina ustawiona w centrum świata podlegającego niezauważalnym i niezmiennym cyklom, obecność przedmiotów, które zdają się pamiętać więcej niż człowiek, wreszcie milczenie i przemilczanie zamiast przegadywania i zagadywania wszystkiego. Ozu jednak ma dzisiaj łatwiej – otacza jego filmy aura szlachetnej patyny, patrzy się na nie z podziwem (i niedowierzaniem), jak na opowieści o niespotykanie uprzejmych ludziach zakorzenionych w łaskawszym, może prawdziwszym świecie, świecie, którego już nie ma. Koreeda, przedzierając się przez neony i światłowody, próbuje do niego wrócić, a raczej udowodnić, że ten świat ciągle jest, że nigdzie nie zniknął.

„Moja młodsza siostra”, reż. Hirokazu Koreeda„Nasza młodsza siostra”, reż. Hirokazu Koreeda. Japonia 2015, w kinach od 13 maja 2016Kolega mówi, że „Nasza młodsza siostra” to pornografia szczęścia, dziwne określenie jak na film, który spina klamra dwóch pogrzebów, ale coś w nim jest. Nie ma u Koreedy złych emocji i złych ludzi. Nawet kłótnie wyglądają jak głaskanie się po głowie. Młodzież nie jest bezczelna – jeździ na rowerze i wącha kwitnące na drzewach kwiaty. Staruszkowie nie zrzędzą i nie złorzeczą – uśmiechają się bezustannie. Faceci przepraszają, że nie pomogli przy obiedzie, służą radą. Kobiety relaksują się w kuchni, puszczają razem sztuczne ognie i rozmawiają o winie ze śliwek. Ta celebracja życia – gotowania, drzemek, zapachów, widoków – jest czymś, co przyciąga do tego filmu. Równocześnie budzi opór (i może zazdrość). Ludzie przecież tak się nie zachowują. Gdzie te osławione afekty, przez które dzisiaj czyta się wszystko? Czemu siostry otaczają się opieką, zacieśniają więzi, tworzą azyl, miły nastrój, a nie gotują sobie piekło?

Intensywność zastępuje Koreeda równowagą, spłaszcza dramaturgię, wygania z niej trzęsienia, kulminacje, zrównuje elementy i zdarzenia, nawet te, które wydaje się, że pozornie nie powinny zostać zrównane. Spokój, jaki bije od „Naszej młodszej siostry” nie ma kształtu zaklęcia, jest warunkowy, wynika nie z poczucia pełni, ale z akceptacji tego, co było i tego, co będzie. Tego, co jest i z tego, co się nigdy nie zdarzy. Nikt tu nie płacze nad rozlanym mlekiem, mimo że zwyczajnie szkoda – stara kucharka wie, że niedługo umrze, siostry wiedzą, że nie będą miały innego dzieciństwa i innego otwarcia. Młody himalaista, który swego czasu zgubił się pod Mount Everestem, przez co stracił cztery palce u nogi, wie, że już nigdy nie pójdzie w wysokie góry. Przyjaciółka widzi go, jak wgapia się w obrazek Himalajów i pyta: nie marzysz o tym, żeby pójść raz jeszcze, nie tęsknisz za tym? Na co słyszy słowa wypowiedziane bez żalu: nie, już wystarczy.