Oswajanie obcości
fot. Magdalena Weyrer

Oswajanie obcości

Rozmowa z Christophem Ransmayrem

Lękliwość oznacza ostrożność w doświadczaniu świata. Lękliwy człowiek pamięta o przeszłości, obserwuje to, co dzieje się w danej chwili, ale przewiduje też, co może wydarzyć się zaraz, ma w swojej głowie odrobinę więcej niż tylko czas teraźniejszy

Jeszcze 7 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: W Polsce ukazała się niedawno pana książka zatytułowana „Atlas lękliwego mężczyzny”. To osobisty atlas świata, w którym opisał pan bliskie i dalekie podróże, a wśród nich wyprawy do Indii, Nowej Zelandii, na wyspy Wielkanocne, ale i w różne miejsca rodzinnej Austrii. Podróżuje pan przez całe życie. Kiedy po raz pierwszy wyruszył pan w drogę?
CHRISTOPH RANSMAYR: Urodziłem się w małej wiosce u podnóża Alp, gdzie mój ojciec był nauczycielem. Moja matka nie pracowała i zajmowała się czwórką dzieci: moimi dwoma braćmi, siostrą i mną. Naszymi pierwszymi podróżami były wyprawy do sąsiednich wiosek, gdzie jeździliśmy, aby odwiedzić krewnych i znajomych rodziców. W naszym domu nie było telefonu, telewizora ani samochodu, ojciec miał za to bardzo stary motor. Mógł na nim przewieźć tylko jednego pasażera, nasze podróże wyglądały więc dość zabawnie: ojciec najpierw wiózł matkę (w tym czasie mój starszy brat miał na nas oko), potem wracał po siostrę, brata i tak po kolei, aż w końcu przewoził na miejsce całą rodzinę. Kursował tak cały dzień. Wioski, do których jeździliśmy, były oddalone od naszej najwyżej o kilkanaście kilometrów, ale te wycieczki były dla mnie niczym podróże na drugi koniec świata. Oczywiście słyszałem, że gdzieś istnieją wielkie miasta: Londyn, Paryż czy Rzym, ale ich nazwy brzmiały dla mnie wtedy równie egzotycznie jak nazwy miejsc gdzieś na krańcach świata, którego centrum stanowiła nasza mała wioska. Opuszczając ją, czułem się dziwnie zaniepokojony i zagubiony. W języku niemieckim istnieje bardzo ładne wyrażenie opisujące przyjście na świat: Das Licht der Welt erblicken. Urodzić się, to, tłumacząc dosłownie, ujrzeć światło świata. Tym właśnie zawsze było dla mnie podróżowanie – rodzeniem się na nowo.

Poznawaniem świata na nowo?
Tak. Znajdując się w obcym kraju, czuję się niczym małe, nagie dziecko, wszystkiego muszę uczyć się od początku: jak się porozumieć i poruszać, jak unikać niebezpieczeństw, jakie obowiązują tam prawa i zasady. W podróży każdorazowo dorastam, a kiedy wyjeżdżam, jestem już z tym nowym światem całkiem dobrze zaznajomiony. Aby tego doświadczyć, wcale nie trzeba wyprawiać się daleko, ja swoje pierwsze przygody przeżyłem kilkanaście kilometrów od domu, ale wystarczy otworzyć nieznane drzwi, odwiedzić sąsiadów. Podróżowanie wymaga otwartości na inność i zgody na to, że może przytrafić nam się coś niespodziewanego, i tym różni się od zwykłej turystyki. Od razu jednak zaznaczam, że nie lubię narzekać na turystów. Turysta zmienia znane sobie miejsce na drugie do niego podobne, w dalekim świecie szuka tego, co zna z domu. Rozumiem to nastawienie, ale sam mam inne potrzeby. Szukam w świecie czegoś przeciwnego – różnorodności i obcości, którą muszę dla siebie oswoić.

Jaka była pana pierwsza dalsza podróż?
W czasie studiów w Wiedniu pracowałem w wielu miejscach, między innymi jako kierowca dla pewnej firmy z Monachium. Bogaci ludzie z rejonów Syrii i Arabii Saudyjskiej kupowali auta w Europie, a moja firma, zamiast przewozić je hurtowo, zatrudniała studentów, którzy dostarczali limuzyny na miejsce osobiście. Nie zarabialiśmy dużo, ale przy okazji mogliśmy zobaczyć trochę świata. Od pracodawcy dostawaliśmy bilety samolotowe na powrót do Niemiec, na przykład z Damaszku. Sprzedawaliśmy je i zatrudnialiśmy się jako zmiennicy kierowców ciężarówek, które kursowały z Syrii do Amsterdamu, Rotterdamu czy różnych miast w Niemczech.

Christoph Ransmayr

ur. w 1954 r. w Wels w Górnej Austrii, pisarz, podróżnik. Autor powieści tłumaczonych na 30 języków oraz krótkich form prozatorskich opowiadających o dalekich podróżach, które podejmował od początku lat 90. Za swoją twórczość otrzymał wiele nagród, m.in. Nagrodę im. Franza Kafki (1995), Europejską Nagrodę Literacką „Prix Aristeion” (1996, za powieść „Morbus Kitahara”), Nagrodę im. Heinricha Bölla (2007) czy, ostatnio, nagrodę literacką im. Theodora Fontane (2014). W Polsce nakładem Biura Literackiego ukazała się niedawno jego książka „Atlas lękliwego mężczyzny”.

Dziś coś takiego nie byłoby możliwe.
Dziś to nie do pomyślenia, ale to działo się w latach 70. ubiegłego wieku. Nie wystawiało się wówczas imiennych biletów lotniczych i nikt nie sprawdzał, kto wsiada na pokład samolotu. W tamtych czasach firmy przewozowe i zatrudniani przez nie kierowcy nie podlegali też tak drobiazgowej kontroli, nie było tak szczegółowych norm i przepisów, jak teraz. Mimo wszystko dziś myślę, że ta praca nawet wówczas nie mogła być całkiem legalna, wtedy jednak nie byłem tego świadomy i cieszyłem się, że przy okazji poznaję obce kraje.

W czasach studenckich podejmowałem też inne zajęcia związane z wyjazdami. Byłem na przykład przewodnikiem turystycznym w firmie oferującej rowerowe wycieczki po Włoszech i Francji. Bagaże uczestników transportowano do umówionych wcześniej miejsc noclegowych, a moim zadaniem było prowadzenie grupy różnymi bocznymi, romantycznymi drogami – od zamku do klasztoru – tak aby uczestnicy mieli wrażenie, że w Europie czas się zatrzymał. Nie zawsze mogłem zarabiać w tak przyjemny sposób, zdarzało się, że podejmowałem pracę w fabrykach. Nawet ta fizyczna praca miała jednak wiele wspólnego z podróżowaniem. W dzień studiowałem filozofię i etnologię, a nocami pracowałem w fabryce stali – przypominało to pracę nawet nie na obcym kontynencie, ale na odległej planecie, to był kompletnie inny świat. Wtedy nienawidziłem tego, że jestem zmuszony tak zarabiać, moi znajomi ze studiów spędzali lato w Grecji, a ja o godzinie 22 szedłem do fabryki. Dziś jestem wdzięczny, że moje życie tak się ułożyło, bo te doświadczenia pomogły mi stworzyć sobie bogatszy obraz rzeczywistości.

Po studiach podróżował pan po świecie jako reporter?
Tak, ale to też był przypadek, bo dziennikarstwo nigdy specjalnie mnie nie interesowało. W tamtych czasach myślałem raczej, że zostanę na uniwersytetcie i będę pracował naukowo. Pisanie reportaży dla magazynów podróżniczych było dla mnie po prostu kolejnym sposobem na zarobienie pieniędzy. Wcześniej zdążyłem już odwiedzić Indie, do których poleciałem jeszcze na studiach, i kraje wokół Morza Śródziemnego: Izrael, Libię, Egipt, Tunezję, Maroko, Hiszpanię, Wyspy Kanaryjskie, południe Francji. Krążenie wokół Morza Śródziemnego, które jest kolebką kultury europejskiej, było bardzo przyjemne, ale dość szybko nabrałem ochoty na dalsze wyprawy.

Jeden z moich pierwszych tekstów reporterskich dotyczył Sri Lanki i jej kultury herbacianej, a dokładnie ogromnych plantacji, na których uprawia się herbatę. Relacjonowałem okropne, niemal niewolnicze warunki, które tam panowały. Dziennikarstwo pozwoliło mi podążać nowymi, nieutartymi ścieżkami, jako reporter po raz pierwszy podróżowałem na piechotę, zacząłem odwiedzać ludzi w ich domach, rozmawiać z nieznajomymi. W pewnej chwili nie umiałem już oddzielić mojego prywatnego doświadczenia od obserwacji, które czyniłem jako dziennikarz. To, co widziałem, było dla mnie fascynujące nie tylko z zawodowego punktu widzenia, zdarzało się, że zakochiwałem się w poznanych ludziach, nawiązywałem prawdziwe przyjaźnie, a czasem musiałem się bronić czy ratować ucieczką. Obserwowanie tego, jak żyją ludzie na świecie, bardzo mnie interesowało – i tak zostało do dzisiaj. Podróżując jako reporter, często sam musiałem za wiele rzeczy płacić, ale nigdy tego nie żałowałem, bo za stosunkowo niską cenę otrzymywałem cały świat. Na własne oczy mogłem zobaczyć krainy, o których istnieniu nawet nie śniłem.

W „Atlasie…” opisuje pan te miejsca, a także ludzi, których spotkał na swojej drodze, na przykład człowieka śpiewającego „Love in vain” Stonesów w indonezyjskiej dżungli. Ale czy naprawdę spotkał pan mężczyznę, który rozgrywał partię golfa na biegunie północnym?
Tak, niczego nie zmyśliłem, to byłoby zbyt łatwe. Jestem pisarzem i mój zawód polega na opowiadaniu historii, więc ich wymyślanie przychodzi mi bez problemu. Przy tworzeniu tej książki przyjąłem jednak zasadę, że każda postać, która w niej się pojawia, musi być prawdziwa. Nie wymyśliłem tych historii, choć niektóre rzeczywiście brzmią niewiarygodnie.

Każdy rozdział rozpoczyna pan tak samo, od słowa „Widziałem…”. Dlaczego zdecydował się pan na taką formułę?
Aby podkreślić, że opisuję rzeczywistość z osobistego punktu widzenia. Oczywiście mogłem coś przekręcić, coś źle zrozumieć, ale jeśli tak się stało, to nie zrobiłem tego naumyślnie – tak to wszystko widziałem i zapamiętałem. Jako autor „Atlasu…” czuję się odpowiedzialny za historie, które opowiadam, dlatego chcę przekazać je jak najwierniej. Z wieloma z moich bohaterów się przyjaźniłem, niektórych z nich kochałem. Chciałbym, aby wspomniany przez panią golfista mógł przeczytać to, co o nim napisałem, i rozpoznać się w tym obrazie. Osiagnę swój cel, jeśli powie: to dziwna historia, ale to moja historia, przedstawiłeś ją prawdziwie.

Christoph Ransmayr, „Atlas lękliwego mężczyzny”Christoph Ransmayr, „Atlas lękliwego mężczyzny”. Przeł. Jacek St. Buras, Biuro Literackie, 332 strony, w księgarniach od maja 2016

We wstępie do książki napisał pan: „Historie nie są czymś, co się wydarza, historie są opowiadane”. Interesuje pana sposób, w jaki język przekształca rzeczywistość?
Tak. Zdanie, które pani przywołała, napisałem, aby zaznaczyć, że wydarzenia i opowieści o wydarzeniach nigdy nie są tożsame, choćby dlatego, że zawsze, aby coś opisać, używamy języka. Słowo „ocean” to zupełnie nie to samo, co prawdziwy ocean. Żaden człowiek nie wykąpał się nigdy w słowie „ocean”, żaden statek nigdy w nim nie utonął, wielu ludzi zginęło za to w bezimiennej rzeczy, jaką jest prawdziwy ocean. Opowiadanie historii każdorazowo poprzedza więc magiczny proces transformacji zmysłowych doznań w struktury języka. Ludzie przyjmują za pewnik, że słowo „dom” jest tym samym, co dom, który mijają w drodze do pracy, tymczasem tak nie jest. Mówiąc „dom”, stwarzamy ten byt zawsze na nowo, filtrujemy go przez własne zmysły, umysłowość i emocje.

W „Atlasie…” pokazuję obraz świata, który wyłonił się z opowieści moich bohaterów oraz został naznaczony moją własną wrażliwością. Siedemdziesiąt opowieści, które zawarłem w książce, to wcale nie tak dużo. Na początku przygotowałem ich niemal trzysta, ale wiedziałem, że byłby to zbyt gruby atlas, dokonałem więc wyboru, a o odrzucone historie się nie martwię – wspomnienia z licznych podróży to dla mnie swego rodzaju rezerwuar pomysłów, które może pewnego dnia przekuję w coś większego, wykorzystam w nowej powieści, opowiadaniu czy dramacie.

W książce „Autoportret reportera” Ryszard Kapuściński pisał: „Paradoks mego zawodu polega na tym, że literatura bierze się z podróży, ale sama podróż uniemożliwia pisanie. Bo podróż jest czasem zbyt cennym, sytuacja podróży jest zbyt cenna, by pisać”. Jak pan sobie z tym radzi – pisze pan na bieżąco, robi notatki, prowadzi dziennik?
Dylemat opisany przez Kapuścińskiego jest prawdziwy. W podróży zawsze mam przy sobie niewielki, mieszczący się w kieszeni notatnik. Robię w nim na bieżąco krótkie zapiski po to, aby zachować w pamięci imiona spotkanych osób, nazwy miejsc i ich położenie geograficzne. Notatki dotyczące każdej z zawartych w „Atlasie…” opowieści mają tylko kilka linijek, nigdy więcej, zawierają słowa klucze, które służą mi potem do uruchomienia pracy pamięci.

Na przykład nazwa dworca autobusowego gdzieś w Azji pozwala mi, nawet po latach, odtworzyć zdarzenie, które miało tam miejsce: czekałem w tłumie na autobus, gdy nagle pojawił się słoń, który wybiegł z lasu i zaczął niszczyć kruche bambusowe budynki dworca. Ludzie wpadli w popłoch, tłum jakby eksplodował na widok nadbiegającego zwierzęcia i rozbiegł się w panice we wszystkie strony. W nazwie dworca, którą odczytuję z notatnika, zawiera się historia o rozwścieczonym słoniu i wszystkie związane z nią emocje, a ja jestem jedyną osobą, która potrafi te informacje odszyfrować. Moje notatki są dla mnie niczym skrzynie ze skarbami, a dla kogoś innego pozostają bezwartościowymi śmieciami.

Jest pan lękliwy?
Lękliwość w tytule i w kontekście książki oznacza ostrożność w doświadczaniu świata. Lękliwy mężczyzna pamięta o przeszłości, obserwuje to, co dzieje się w danej chwili, ale przewiduje też, co może wydarzyć się zaraz. To stan związany szczególnie z momentami zagrożenia, jak we wspomnianej historii ze słoniem. Gdy rozwścieczony słoń biegł prosto na mnie, doświadczyłem uczucia, jakby mój umysł opuszczał ciało, unosił się nad ziemią, dryfował gdzieś między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Lękliwy człowiek ma w swojej głowie odrobinę więcej niż tylko czas teraźniejszy.

Jest uważny?
Oczywiście, każda lękliwa istota jest jednocześnie uważna. Bywa też nadmiernie wrażliwa, co czasem może się źle skończyć, najlepiej więc być uważnym i zrelaksownym jednocześnie. Wiele razy podczas podróży doświadczyłem niebezpiecznych sytuacji, mimo że ich nie szukałem. Na przykład kiedyś na Ziemi Franciszka Józefa – rosyjskim archipelagu arktycznym – natknęliśmy się wraz z przyjacielem na niedźwiedzicę polarną z młodymi. Dużo pisałem o tych ogromnych zwierzętach, ale nigdy nie byłem tak blisko żadnego z nich. To było arktyczne lato, niedźwiedzica miała więc pod dostatkiem jedzenia i nie zwróciła na nas uwagi. Nie uznała też na szczęście, że stanowimy zagrożenie dla jej młodych. Przez krótką chwilę, w której decydowała, jak nas potraktować, staliśmy jak skamieniali, a w mojej głowie kłębiły się myśli. Mój przyjaciel przytomnie sięgnął po broń, a ja nie byłem w stanie zrobić absolutnie nic.

W książce sporo miejsca poświęca pan dzikiej przyrodzie, dużo pisze pan na przykład o ptakach. Obserwuje je pan?
Nie, ale moja żona Judith jest nimi zafacynowana, bardzo dużo wie o ich zwyczajach i często mi o nich opowiada. Jeśli gdzieś wspólnie się wyprawiamy, zawsze mamy ze sobą lornetki. Podglądaliśmy wspólnie ptaki w Indiach, ten kraj – poza wieloma innymi zaletami – jest rajem dla obserwatorów przyrody. Natura to dla mnie ważny temat, bo pozwala wpisać jednostkowe życie we wspanialszą niż tylko ludzka historię. Przyglądając się naturze, zauważamy, że jesteśmy częścią większego systemu, i jednocześnie dostrzegamy, jak kruche i wartościowe jest każde istnienie. Zdając sobie sprawę z bezkresnych przestrzeni, które nas otaczają, czujemy, jak cenne jest ludzkie życie.

Albo jak marne.
Zawsze mnie uderza, jak różnie ludzie podchodzą do tej sprawy. Od lat pasjonuję się astronomią, w swoim wiejskim domu w Austrii mam kilka dość precyzyjnych teleskopów, przez które często oglądam niebo. W przejrzyste letnie noce zapraszam przyjaciół, aby wspólnie patrzeć w gwiazdy. Niektórzy po spojrzeniu przez teleskop czują lęk i smutek, a inni narzekają i są rozczarowani, bo spodziewali się zobaczyć obrazy niczym z filmu. Moje teleskopy są precyzyjne, ale nie pokazują gwiazd z taką dokładnością, z jaką możemy je czasem obejrzeć na zdjęciach czy w filmowych dokumentach naukowych. Mimo że dysponuję dużo lepszymi urządzeniami niż te, których używali Galileusz czy Kepler, to w pierwszej chwili widać przez nie po prostu światło gwiazd – otaczającą je mgławicę. Dopiero gdy oczy przywykną do tego widoku, weźmiemy kilka głębszych oddechów i spojrzymy uważniej, z mgławicy wyłaniają się obrazy całych galaktyk. Spojrzenie przez teleskop w niebo to niesamowite przeżycie i jedyny sposób, aby przeżyć podróż w czasie – obserwując gwiazdy, widzimy przecież, jak wyglądały dziesiątki tysięcy lat temu. Strumień światła, który oglądamy dzięki mocy teleskopu, kryje w sobie mnóstwo opowieści. Gdy patrzę w kosmos, nie myślę z przerażeniem o tym, że jako człowiek jestem niczym, ale odczuwam fascynację potęgą natury i ogromem wszechświata.

Ma pan afirmujący stosunek do natury, w „Atlasie…” jawi się ona jednak jako niszczycielski żywioł, wobec którego człowiek skazany jest na porażkę.
Natury nie obchodzi, czy człowiek istnieje, czy nie, i nie skrywa się za tym żadna diaboliczna intencja ani jakieś pierwotne zło. Nasze wysiłki, aby przyrodę ujarzmić czy zrozumieć, nie stają się przez to mniej cenne i wartościowe. W zaakceptowaniu tego pomaga mi spoglądanie w niebo. Ziemia bardzo długo była pustą, zimną pustynią i w przyszłości znów się nią stanie – gdzieś pomiędzy tymi okresami zdarzyła się krótka chwila, w której zaistniało na niej życie. Nasz jednostkowy czas na Ziemi jest bardzo krótki i możemy wyciagnąć z tego różne wnioski – możemy myśleć, że i tak umrzemy, więc nie ma sensu cokolwiek robić, albo że nasz czas jest ograniczony, ale właśnie dlatego musimy wykorzystać go najlepiej, jak potrafimy. Tę samą radę można zastosować do całej cywilizacji ludzkiej, która też kiedyś osiągnie swój kres. Nie mamy możliwości, aby zapewnić jej nieśmiertelność, mamy za to spore szanse, aby poprzez swoje nierozsądne działania znacznie skrócić naszą obecność na Ziemi.

W „Atlasie…” kilka rozdziałów poświęcił pan Austrii. Rodzinny kraj ciekawi pana na równi z dalekimi zakątkami świata?
Zdecydowanie. Wiele czasu spędzam w podróży, przez kilkanaście lat mieszkałem w Irlandii, ale gdziekolwiek pojadę, Austria zawsze jest ze mną. Brzmi to patetycznie, ale tak naprawdę chodzi o coś prostego: mam przekonanie, że gdziekolwiek się udamy – na drugą stronę Atlantyku czy za sąsiednie wzgórze – powinniśmy wiedzieć, skąd wyruszyliśmy i dokąd koniec końców powrócimy. Nie chodzi o przekonanie, że nasza ojczyzna to najlepsze miejsce na ziemi, ale o świadomość tego, skąd się wywodzimy. Nasze horyzonty kształtuje przecież w dużej mierze rodzina i kraj, w którym dorastaliśmy. To miejsce pozostaje w nas na zawsze i czasem przypomina o sobie w podróży na drugim końcu świata.

Kiedyś wspólnie z przyjacielem i moją pierwszą, nieżyjącą już żoną Johanną wybrałem się na trzymiesięczną pieszą wędrówkę po wschodnim Tybecie. Podczas tej wyprawy kilka razy czułem, że wspomnienia z austriackiej wioski pozwalają mi zrozumieć niektóre sytuacje w tym odległym kraju. Krajobraz, struktura społeczna, mnogość różnego rodzaju reguł rządzących małymi tybetańskimi społecznościami przypominały mi rodzinne strony. Gdziekolwiek pojedziesz, zawsze przywozisz ze sobą swoją prywatną, osobistą historię, a w moim wypadku oznacza to wioskę u podnóża Alp.

Z widokiem na Góry Martwe i Góry Piekielne.
Tak, tak nazywają się pasma górskie, które przez lata oglądałem codziennie z okien rodzinnego domu. Brzmi to dość niewiarygodnie, ale to prawda – dorastałem w cieniu Gór Martwych i Piekielnych. Dla wielu ludzi te góry naprawdę okazały się piekłem. Na wschód od naszej wioski, bardzo niedaleko, znajdował się obóz koncentracyjny Mauthausen, piekło na ziemi. W pobliżu działały też mniejsze obozy, z których jeden leżał w cieniu Gór Piekielnych. Mój ojciec opowiadał nam o tym, co się tam działo, pokazywał nam te miejsca, abyśmy byli świadomi, że zło nie jest czymś odległym i abstrakcyjnym. Słuchając jego opowieści, po raz pierwszy pomyślałem, że te góry zasługują na swoje nazwy. Jako dziecko byłem przekonany, że żyję w raju, ale kiedy dowiedziałem się od ojca, co w niedalekiej przeszłości działo się dziesięć kilometrów od naszego domu, poczułem, że nigdy już nie spojrzę na swój kraj tak samo, wspomnienie tego, co tu zaszło, pozostanie w tym krajobrazie i w tej ziemi na zawsze. Jestem tego pewien, nie mam jednak tylu problemów z Austrią, co niektórzy austriaccy pisarze, może dlatego, że od lat nie spędzam tam wiele czasu. Historii rodzinnego kraju poświęciłem powieść pod tytułem „Morbus Kitahara”, w której zająłem się trudnym dla Austriaków tematem – zaangażowaniem kraju po stronie faszyzmu w czasie drugiej wojny światowej.

Zaciekawiło mnie to, co powiedział pan o związku z rodzinnym krajem, który trwa bez względu na to, gdzie się udamy. „Atlas…” zamyka rozdział zatytułowany „U celu”, opisujący wyprawę do Nepalu. Po długiej, wyczerpującej wspinaczce zasypia pan przy ognisku, przy którym grzeją się także dwaj podróżujący przez góry mnisi. Światło ognia i cicho szeptane przez mnichów modlitwy sprawiają, że wraca pan myślami do dzieciństwa – czasu, gdy światło widoczne przez szparę w drzwiach i ciche głosy rodziców chroniły od lęku przed ciemnością. Czy ten utracony czas to prawdziwy cel pana podróży?
W pewnym sensie ma pani rację. W końcowym rozdziale książki chciałem podkreślić, że nawet jeśli przez całe życie będziemy przemierzać odległe zakątki świata, to i tak na koniec wrócimy do kraju swego urodzenia. Mając świadomość tego, skąd się wywodzimy, możemy czuć się bezpiecznie nawet na końcu świata. Bycie z innymi ludźmi – co starałem się pokazać w książce – jest dla mnie najważniejszym doświadczeniem. Przed urodzeniem wszyscy jesteśmy częścią swoich matek, zależymy od nich całkowicie, ich ciała dają nam poczucie bezpieczeństwa. Później sami możemy stwarzać sobie takie bezpieczne schronienia w kontakcie z drugim człowiekiem. W jaskini w Nepalu, w indonezyjskiej dżungli, na wyspie na południowym Pacyfiku – poprzez rozmowę z drugim człowiekiem lub po prostu bycie wśród innych zaznaję uczucia bezpieczeństwa i spokoju. Natura, krajobrazy, przestrzenie – to wszystko ważne, piękne tło, które bez ludzi nie ma jednak żadnego sensu. Podróżowałem zawsze w poszukiwaniu ludzi i ich opowieści.

Dziś nie trzeba wyprawiać się po nie tak daleko. Do Europy z całego świata przyjeżdżają uchodźcy ze swoimi historiami. Niestety wygląda na to, że nie chcemy ich słuchać.
To prawda i bardzo nad tym boleję. Dziś do Europy ściagają ludzie, których z domów wygoniła wojna, i uważam, że powinniśmy przyjaźnie ich przyjąć. Sam udzieliłem pomocy rodzinie z Iraku – na nadchodzące trzy lata udostępniłem mieszkanie w Wiedniu Irakijce z trzema synami. Mam z nimi dobry kontakt i jest to dla mnie niezwykłe doświadczenie – oni uczą się naszego języka i zwyczajów, a ja dowiaduję się bardzo dużo o ich sytuacji i kulturze. Opiekuję się też rodziną z południa Indii, są tam dwie dziewczynki, którym opłacam edukację. Staram się je odwiedzać, ostatnio byłem u nich w styczniu. Nie uważam, że wszyscy powinni myśleć i postępować tak jak ja, każdy podejmuje własne decyzje i pomaga tak, jak potrafi.

Jak wygląda pana kontakt z tą irakijską rodziną?
Gdy jestem w Wiedniu, spotykamy się raz w tygodniu, aby zjeść razem lunch. Rozmowy z nimi to dla mnie ogromna przyjemność, mogę spokojnie powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy. Tak się składa, że dwa razy byłem w Bagdadzie, ich rodzinnym mieście – znam jego ulice, restauracje, mam tam paru znajomych. Dla rodziny, której pomagam, to ważne – nie tylko udzielam im schronienia, ale mogę porozmawiać z nimi o ich kraju, dzięki tym rozmowom życie w Austrii jest dla nich choć odrobinę mniej samotne. Jeden z braci studiował na uniwersytecie w Bagdadzie nauki ścisłe, a drugi języki, najmłodszy Ali ma tylko siedem lat i teraz przede wszystkim uczy się niemieckiego.

Ali powiedział mi, że nie sposób przyjąć podarunku, nie dając czegoś w zamian, a ponieważ nie ma możliwości, aby sprawić mi materialny prezent, wymyślił, że podaruje mi coś, co ma najcenniejszego – podczas naszych cotygodniowych spotkań ofiarowuje mi sześć nowych niemieckich słów, których ostatnio się nauczył. To najlepszy prezent, jaki mógłbym dostać. Zresztą nigdy nie przywiązywałem zbytniej wagi do rzeczy materialnych. Wszystko, co w życiu zarobiłem, zawsze inwestowałem w mobilność, w podróżowanie. Mój największy kapitał to pamięć, co jest niebezpieczne, bo może nadejść czas, gdy nie będę mógł przypomnieć sobie, jak się nazywam. Ale to może mnie spotkać niezależnie od tego, czy będę miał domy, posiadłości i pieniądze, czy nie.

Dlaczego w Europie tak bardzo boimy się obcych?
Jest wiele powodów. Uważam, że winę za to ponoszą przede wszystkim wyrachowani politycy, którzy w dużej mierze kreują nienawistne i rasistowskie nastroje w swoich krajach. To oni powinni być jako pierwsi pociągnięci do odpowiedzialności. Zwykli ludzie są często dużo bardziej otwarci i tolerancyjni. I wszystko jedno, czy mówimy o Polsce, Węgrzech, czy o Austrii, która ostatnio przyczyniła się do zamknięcia szlaku uchodźczego do Niemiec. Większość europejskich krajów jest dziś rządzonych przez ludzi zainteresowanych wąsko rozumianym interesem narodowym, ich postawa względem uchodźców z Syrii, Iraku czy Afryki to powód do wstydu. Z naszego kontynentu wiedzie przecież wiele krwawych śladów na cały świat, Europejczycy przez wieki prowadzili krucjaty i podboje, mają na sumieniu wiele milionów ofiar w byłych koloniach, współuczestniczyli w destabilizacji wielu regionów świata.

Nie chcemy dostrzec, że ludzie najróżniejszych kultur, w tym także uchodźcy, również ukształtowali nasze kraje, uważamy, że osiągnęliśmy obecny dobrobyt sami, i nie chcemy się nim dzielić. Kraje centralnej i wschodniej Europy chcą zapomnieć o biedzie i potrzebujących z innych części świata – a przecież same podźwignęły się z biedy w dużej mierze dzięki wsparciu przeróżnych systemów pomocy. Taka postawa Europejczyków to klęska naszych wspólnych wartości, europejska społeczność na naszych oczach przekształca się dziś z utopii zjednoczonej Europy w dziwną zbieraninę plemion i narodów.