dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

UWAŻNOŚĆ:
Szufelka, otręby

Literatura Magda Heydel

W poezji Seamusa Heaneya chodzi nie tylko o uważny, oparty na doznaniu opis, ale również i o to, żeby nie dać się za bardzo ponieść

W wywiadzie-rzece, zatytułowanym „Stepping Stones”, Seamus Heaney wspomina bardzo wczesny i nieoczekiwany dla samego siebie moment twórczej samoświadomości. W szkole podstawowej, pisząc wypracowanie pod tytułem „Nad morzem”, wymienił szereg oczywistych i przewidywalnych, choć niekoniecznie rzeczywiście mających miejsce, plażowych zabaw, ale opisał także:

jak chowamy się przed deszczem w pasażu sklepików i jak mnie przygnębiły mokre ślady na podłodze, zimno i wilgoć w powietrzu nad tłumkiem w zmokłych letnich ubraniach. To mi się naprawdę wtedy przydarzyło […] Coś we mnie już wtedy wiedziało, że jestem na właściwej, osobistej ścieżce – ale całe lata minęły, zanim poszedłem nią dalej.

Seamus Heaney, fot. PAPTa „osobista ścieżka” to nie tylko decyzja, by pisać o własnych, prawdziwych doświadczeniach. W naszkicowanej scence widać też charakterystyczny dla poety sposób ujmowania rzeczywistości, daleki od zdystansowanej, sumarycznej relacji. Mamy przed sobą obraz i to nie tyle wzrokowy, naoczny, co namacalny, zapisany w pamięci skóry. Dlatego deszcz, mokre ślady na podłodze sklepiku, zimno i wilgoć ubrań, które pewnie przyklejają się do ciała, są zarazem opisem sytuacji zewnętrznej i metaforą sytuacji wewnętrznej zawiedzionego dziecka. Powstaje uważna notatka z doznania. W dalszej części wypracowania chłopiec opowiada, że mama kupiła mu – może na pociechę? – nowiutkie wiaderko i łopatkę:

[Podałem] wszystkie oczywiste szczegóły – poza jednym: że to zmyśliłem, przypuszczalnie dlatego, że w grę wchodziło lekkie poczucie wstydu czy upokorzenia. Tu też powinienem był powiedzieć, co naprawdę się zdarzyło, bo to o wiele ciekawsze. Moja matka, podobnie jak wiele wiejskich kobiet w tamtych czasach, uważała wiaderka i łopatki za „wyciągacze pieniędzy”, błyskotki niewarte wydanego grosza. Dlatego kupiła nam kilka drewnianych łyżek, którymi mogliśmy kopać w piasku jeśliśmy chcieli, a potem można je było zabrać do domu i używać w kuchni. To miało być dla nas dobre, ale pamiętam zawód, wstyd, tę kompletną odmowę zerwania z codziennością. W końcu zacząłem sam u siebie obserwować to matczyne twarde stąpanie po ziemi, a raczej odwieczną nieufność wobec wszystkiego, co się unosi zbyt wysoko nad ziemię…

Anegdota ma więc drugie dno: rzecz nie tylko w uważnym, opartym na doznaniu opisie, ale również i w tym, żeby nie dać się ponieść. O wiele ciekawsze od tego, co chcielibyśmy, żeby było, jest to, co naprawdę jest, ponieważ jest. Warto się trzymać blisko ziemi, a nie bujać w obłokach, choćby trzeba było przełamać wstyd, przyznać się do samego siebie, spokornieć. Dalszy ciąg lekcji drewnianej łyżki odnajduje poeta być może, kiedy z poczuciem nagłego wyzwolenia, już jako student, odkrywa twórczość Particka Kavanagha:

wpadłem w podniecenie, że oto szczegóły życia tak blisko mi znanego – ale w moim przekonaniu nie nadającego się do książek lub niemającego związku z książkami – są przedstawione w książce właśnie. Beczki niebieskiego oprysku do ziemniaków, które w moim dzieciństwie były świętem koloru na tle nieodmiennie szarego krajobrazu pól […] Doły ziemniaczane pokryte szronem, szczeliny rynsztoków, zmarznięte kałuże, na których kruszy się skorupkę lodu […] Doświadczałem nie jakiejś higienicznej i samoświadomej przyjemności lektury, ale prymitywnej rozkoszy doznania, że oto świat słowem się staje. („Znalezione-przywłaszczone. Eseje”)

Słynny poemat Kavanagha, „Wielki głód”, zaczyna się dosłownie od obrazu ziemi, gliny, która „jest słowem i jest ciałem / tam, gdzie kopiący kartofle, jak mechaniczne strachy na wróble suną / po zboczu”.  Ten obraz zawiera codzienny trud, fizyczność, ból pleców, ptaki i robactwo, brud, wilgoć gliny. Wiersz pozostaje bardzo blisko ziemi, zamienia w słowa owo „nie nadające się do książek”, wstydliwe, cielesne doświadczenie, nie ma w nim żadnych niebezpiecznych wzlotów w wysokie literackie rejony. W poezji Heaneya również od początku jest bliskość ziemi, rozumianej dosłownie i namacalnie, jako gleba czy rola.

Seamus Heaney, „Przejrzysta pogoda.
Wiersze wybrane”. Znak, Kraków,
262 strony, w księgarniach
od października 2009
W pierwszych tomach poety pojawiają się obrazy kopania, docierania w głąb, do wnętrza
, motyw szukania i odnajdywania w ziemi tego, co – zamienne na znaki i symbole – pozwala uchwycić doświadczenie Irlandii, ale właśnie na poziomie konkretu i detalu, często bardzo nieoczywistego. Wystarczy przypomnieć uwagę dla detalu w tak znanych wierszach jak „Kopanie”, z obrazem szpadla wspartego o wewnętrzną stronę kolana, kartoflanych łętów i chłodnego dotyku bulw czy butelki mleka, luźno zakorkowanej papierem; „Krainę bagien”, z wydobytą z torfowiska osełką masła: słonego i białego, mimo, że przeleżało pod ziemią ponad sto lat; czy „Człowieka z Tollund”, portret wykopanego z bagien ciała, „delikatne strąki powiek”, „spiczastą czapkę z futerka” i – cudowny przejaw konkretności potomka chłopów, dla których głód nie był abstrakcyjnym pojęciem literackim – „ostatnią papkę z ozimego ziarna / skrzepłą w żołądku”. We wszystkich tych wierszach ziemia, torfowisko, jest zasadniczym żywiołem, przestrzenią i podstawą codziennej egzystencji. Kontakt z ziemią oznacza życie w sensie biologicznym, a także genealogicznym: jest znakiem komunii z przodkami, którzy, jak ojciec i dziadek poety, kopali, by żyć.

Zarazem jednak, jakby trochę przekornie, to poetyckie „kopanie” wychodzi poza obraz chłopskiej pracy oraz jej metaforyzacje, służące refleksji nad historią i tożsamością irlandzką. Ma ono bowiem w sobie coś z dziecięcej zabawy: przecież z ziemi można wykopać skarby albo dokopać się do podziemnych, baśniowych światów. Warto zwrócić uwagę na inny jeszcze trop, podsuwany przez matkę poety i jej drewniane łyżki. Otóż nawet jeśli mają służyć nie do pracy, lecz do zabawy, jeśli będzie się nimi kopać w ziemi w poszukiwaniu skarbów, albo jeśli z ich pomocą zbuduje się zamek z piasku, to jednak potem przydadzą się w kuchni. Oto wiejska, babska mądrość: nic się nie może zmarnować. Chcesz być artystą, robić coś, co nie służy bezpośrednio życiu, bawić się – dobrze, ale pracuj tymi narzędziami, co wszyscy, bo potem przydadzą się w gospodarstwie. Także w tym sensie trzeba twardo stać na ziemi.

Nauka nie poszła w las, co widać w wierszu „Kopanie”: używany przez ojca i dziadka szpadel staje się piórem w ręku poety – i vice versa. Metafora jest jasna: „nim [piórem] będę kopał”, staję ramię w ramię ze swoimi przodkami, też jestem stąd, a mimo różnic – „nie mam łopaty, nie mogę być taki, jak oni” – jednak ciągnę dalej, i tak jak moi ojcowie zapisywali swoją historię łopatami w ziemi, tak ja piórem na papierze. No dobrze. Ale drewnianą łyżką?

Spod znaku łyżki pochodzi piękny wiersz, otwierający tom „North” (1975), „Słoneczny blask” („Sunlight”) z dwuczęściowego cyklu „Mossbawn”. Osnową wiersza jest scena domowego wypieku chleba, czynności zarazem codziennej, zwykłej, oswojonej, jak i rytualnej, wpisującej się, podobnie jak kopanie kartofli i torfu, w powszednią i odwieczną metafizykę bliskości ziemi. I tak jak obrazy kopania, wypiek chleba także łatwo można poddać metaforyzacji, zaprząc do roboty przy odtwarzaniu detalicznej prawdy o świecie i zapisywaniu własnej tożsamości. Okazuje się jednak, że tu jest inaczej.

Praca w kuchni należy do innego porządku niż kopanie: to sfera kobiet, niezauważalna z punktu widzenia pracującego w polu mężczyzny. Kobieta z wiersza „Opowieść żony”, która przynosi posiłek młócącym zboże chłopom, podziwia świeże ziarno, którego „będzie dość i na mąkę, i na siew” i mówi: „Jak zawsze przyszłam, obejrzałam, / Co pokazał, i skończył się mój udział w pracy. / Zebrałam kubki, złożyłam obrus, / I poszłam”. W „Słonecznym blasku” Heaney przygląda się temu, co dzieje się z ziarnem dalej, na tę babską nie-pracę, nieheroiczną, niewidoczną, a jednocześnie usytuowaną w samym środku świata. Zalana światłem pustka, jasne przestrzenie, na tle których piecze się chleb, otaczają omphalos, znany czytelnikom eseju zatytułowanego tak samo jak wiersz, „Mossbawn”: „wysmukłe żeliwne bóstwo, z zagiętym pyskiem i w hełmie, ze zwisającą zamaszyście dźwignią, pomalowane na ciemnozielono i ustawione na betonowej plincie”. Pępek tego świata jest po heaneyowsku konkretny, uchwytny i przydatny w gospodarstwie: to studzienna pompa na środku wiejskiej zagrody.

Seamus Heaney
MOSSBAWN


Dla Mary Heaney

1. Słoneczny blask

Była zalana słońcem pustka.
Na podwórku pompa
Grzała swój żelazny hełm,
woda lała się miodem

do wiszącego wiadra,
a słońce stało,
jak blacha, która stygnie
oparta o ścianę

długiego popołudnia.
W kuchni jej dłonie
przebiegały stolnicę,
czerwieniący się piec

naznaczał ją żarem
w miejscu, gdzie stała
w oprószonym mąką fartuchu
obok okna.

Teraz zamiata stolnicę
miotełką z gęsiego skrzydła,
później siada, biodrzasta,
ma białe paznokcie,

i zmarniałe golenie:
oto jest znów przestrzeń,
chleb rośnie w rytm
tykania dwóch zegarów.

Oto jest miłość,
jak blaszana szufelka,
zanurzona zupełnie
w misce otrębów.

przełożył Paweł Marcinkiewicz

„Słoneczny blask” był nieraz przyrównywany przez krytyków do obrazów Vermeera, jednak kiedy przyjrzeć się bliżej namalowanej przez poetę scenie, to kuszące porównanie pęka. Nie ma w tym wierszu charakterystycznej dla mistrza z Delft obfitości barw i kształtów, ani bogactwa realistycznych szczegółów. Niemal nieruchome i puste sceny, skomponowane są z szerokich, jasnych płaszczyzn: prostokąta słonecznego blasku na ścianie, powierzchni stolnicy, rozżarzonego pieca, umączonego fartucha, okna. Na takim tle uwaga wiersza skupia się na kilku zaskakujących detalach: miodziejącej wodzie w wiadrze, dłoniach wyrabiających ciasto, plamie czerwonego blasku, miotełce z gęsiego skrzydła, białych paznokciach kobiety. Z zalanej słońcem przestrzeni wyłaniają się jakby fragmenty obrazu, niepokojąco niepełnego i oszczędnego, zbudowanego z elementów dość przypadkowych, peryferyjnych.


330

Inaczej niż w „Kopaniu”, gdzie opisy pracujących mężczyzn są detaliczne w obserwacji i plastyczne w efekcie, dane również poprzez wrażenia dźwiękowe i zapachowe, tu nie dowiemy się wiele ani o wyglądzie kuchni, ani o samym pieczeniu, ani o pracującej kobiecie. Oko patrzącego wyławia elementy poboczne, jakby nie wiedział, na czym polega ta praca, akcenty zostają przemieszczone, uwaga zwraca się na co innego, niż byśmy oczekiwali. Patrzącemu nie zależy na realistycznym przedstawieniu sceny. Mniej jeszcze – znowu inaczej niż w wierszu o kopaczach – na uogólnieniu tej sceny w archetyp czy mit o domu, o kobiecie-żywicielce, kapłance. Nie ciekawi go ideologiczny wydźwięk tej sceny, refleksja nad rolą i pozycją kobiety w przedstawianym świecie. Niczego się tu nie załatwia, nie podnosi się żadnych kwestii, o nic się nie walczy ani niczego nie broni. Tu się patrzy.

Kim jest patrzący? Właściwie da się o nim powiedzieć tyle, co nic: wiersz jest zapisem oczyszczonej naoczności, bliskiej wyzwolenia od podmiotu. Ten, schowany gdzieś za wzrokiem czytelnika, a może w uchu, kieruje percepcją, podając tylko najprostsze, skąpe wskazówki. Nie wypełnia miejsc pustych obrazu, nie komentuje, nie zakłóca go zapisem swoich odczuć, wrażeń czy wiedzy. Pokazuje, a nie relacjonuje. Mówi wprost, a porównania i przenośnie, których używa oszczędnie, nie służą ozdobie czy udziwnieniu prozaicznie realistycznej sceny, ale – jak przy dłoniach przebiegających stolnicę – najprostszemu ujęciu rzeczy. Aż nagle, po prostu, mówi: „Oto jest miłość”.

Ten zaskakujący wers jest wyjątkowy: jednocześnie wpisany doskonale w konstrukcję wiersza i całkowicie od niej oddzielny. Poprzednie strofy pokazują pracę kobiety, a potem jej odpoczynek. Teraz, kiedy ona siedzi, a „w rytm tykania dwóch zegarów” rosną bochenki, „jest znów przestrzeń”: znów, tak jak na początku wiersza, „była zalana słońcem pustka”. Miłość też po prostu „jest”, tak samo jak pustka – obiektywnie, bez wyjaśnień i komentarzy. Wprowadza ją najprostszy, ontologiczny czasownik. W oryginale mamy frazę here is: a więc miłość jest tu i teraz. Kulminacyjny moment wiersza usytuowany jest, jak omphalos, w środku jego przestrzeni, a jednocześnie wychodzi poza nią, przenosi się w przestrzeń epifanii. Czysta, pozbawiona interesowności uważność, otwarcie na blask pustki i blask powszednich, kuchennych parafernaliów, wprowadza w istotę rzeczy.

Ale ta kulminacja to nie koniec: „Oto jest miłość” – po nagłym, zdumiewającym rozbłysku tych trzech słów, wiersz natychmiast wraca z powrotem na ziemię: „miłość / jak blaszana szufelka / zanurzona zupełnie / w misce otrębów”. Po raz drugi pojawia się w tekście figura porównania, tak jak i za pierwszym razem służąca sprowadzaniu na ziemię. W początku wiersza mieliśmy zestawienie blasku słońca z kuchenną blachą – oksymoroniczne, bo blacha do pieczenia wprost na kuchennym palenisku (griddle) jest czarna od sadzy. Teraz miłość porównana zostaje do blaszanej szufelki (tinsmith’s scoop) – może kupionej od wędrownych druciarzy, Cyganów, z innego epifanicznego wiersza „Wychowanek” oraz ze wspomnień zawartych w „Stepping Stones”? Wracamy do najzwyklejszej, roboczej zwykłości. Do szufelki, którą nabiera się otręby do posypania bochenków, ze stojącej w kuchni specjalnej skrzynki (meal-bin). Szufelka jest wysłużona, zmatowiała, straciła połysk od codziennego zanurzania w szorstkich otrębach. To zwykły, nieważny, niewidoczny i niezbędny przedmiot. Nieistniejący, chyba że w blasku epifanii, dla której jest ratunkowym kontrastem, trzymającym ją przy ziemi.

W „Stepping Stones” Heaney opowiada o bohaterce wiersza, ciotce Mary Heaney – prostej wiejskiej kobiecie, która pomagała jego matce prowadzić dom – pracowała w kuchni, doiła krowy, zajmowała się warzywnikiem, piastowała dzieci. Była samotna, doświadczona przez los, a pod koniec życia unieruchomiona przez artretyzm. Postać marginalna, nieważna, niewidoczna, niezbędna. „Zdaje się, że chcę powiedzieć tylko tyle: bardzo ją kochałem” – mówi poeta.



Cytaty z wierszy Seamusa Heaneya w przekładzie Stanisława Barańczaka pochodzą z tomu: Seamus Heaney, „44 wiersze”, Kraków, Znak 1994



*      *      *


List Jana Zielińskiego do redakcji „Dwutygodnika”

Heiligenschwendi, 30 listopada 2009

Szanowny Panie Redaktorze,

Przeczytałem UWAŻNIE i uważam, że uważnie można dośrodkowo i odśrodkowo. Magda Heydel przeczytała Seamusa Heaneya uważnie dośrodkowo.

Gdyby czytała odśrodkowo, przywołałaby niewątpliwie zdanie „Konewka, porzucona na polu brona, pies w słońcu, ubogi cmentarz, wiejska chatka, wszystko to może stać się dla mnie naczyniem objawienia” (cytuję w przekładzie Pawła Hertza). Jego autorem jest wprawdzie austriacki poeta Hugo von Hofmannsthal, ale włożył on je w usta rzekomego angielskiego lorda nazwiskiem Chandos i skierował do jego przyjaciela, angielskiego filozofa, Francisa Bacona. Nie jest przypadkiem, że ów „List (1902), traktujący o kryzysie mowy i pisania, umieszczony został w kręgu kultury, która stworzyła pojęcie understatement. Informacja, że zdanie o konewce wywarło olbrzymi wpływ na technikę malarską Józefa Czapskiego jest tu tylko ekscentrycznym ornamentem.

Inaczej rzecz się ma z szufelką. Analizując porównanie miłości do szufelki w jednym z wierszy Heaneya, Magda Heydel pisze dośrodkowo: „Szufelka jest wysłużona, zmatowiała, straciła połysk od codziennego zanurzania w szorstkich otrębach. To zwykły, nieważny, niewidoczny i niezbędny przedmiot. Nieistniejący, chyba że w blasku epifanii, dla której jest ratunkowym kontrastem, trzymającym ją przy ziemi”.

Odśrodkowo przypomnę tu pewną powieściową scenę, która rozgrywała się w roku 1878 w jednym z paryskich hoteli podczas seansu magnetyzera nazwiskiem Palmieri:

„Lecz najboleśniejszego uczucia doznał wówczas, gdy Palmieri, uśpiwszy jakiegoś wątłego młodzieńca, owinął ręcznikiem łopatkę od węgli i wmówił w swoje medium, że jest to młoda i piękna kobieta, którą trzeba kochać. Zamagnetyzowany ściskał i całował łopatkę, klękał przed nią i robił najczulsze miny. Gdy ją włożono pod kanapę, popełznął za nią na czworakach jak pies, odepchnąwszy pierwej czterech silnych mężczyzn, którzy chcieli go zatrzymać. A gdy nareszcie Palmieri schował ją mówiąc, że umarła. młody człowiek wpadł w taką rozpacz, że tarzał się po podłodze i bił głową o ścianę. W tej chwili Palmieri dmuchnął mu w oczy i młodzian obudził się ze strumieniami łez na policzkach, wśród oklasków i śmiechu obecnych.”

Znane są sympatie irlandzkiego poety dla Polski, łatwo zatem wyobrazić sobie, że pytał swych polskich przyjaciół o najlepszą polską powieść. Łatwo też sobie wyobrazić, że od wielu, choćby od Czesława Miłosza, słyszał: „Lalka” Prusa. Mógł zapoznać się z angielskim przekładem Davida Welsha z roku 1972 (wznowionym w roku 1996 z przedmową Stanisława Barańczaka, polskiego tłumacza Heaneya). Innej wymowy nabiera porównanie miłości do szufelki, jeśli założymy, że irlandzki poeta pamiętał pełne rozpaczy westchnienie Wokulskiego: „’Na co mam już czekać?... czego dowiem się?... Jeżeli Geist jest ordynarnym oszustem i jeżeli można kochać się w łopatce od węgli, jak ja w  n i e j, to cóż mi jeszcze pozostaje?...’”

A zresztą, na pewnym poziomie odśrodkowej abstrakcji dowody wpływu tracą znaczenie – pozostaje wewnętrzna tożsamość.

Łączę pozdrowienia

Jan Zieliński

Magda Heydel, anglistka, tłumaczka m.in. Virginii Woolf, T.S. Eliota, Teda Hughesa, Dereka Walcotta i Seamusa Heaneya. Ostatnio w jej przekładzie ukazały się „Noc i dzień” Woolf (Wydawnictwo Literackie) i „Jądro ciemności” Josepha Conrada (Znak).

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu, prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Literatura

Festiwal Miłosza

Zofia Król

Produkty uboczne

UWAŻNOŚĆ: Street art w służbie percepcji

Agnieszka Słodownik

Literatura

UWAŻNOŚĆ:
Gazeta w śnieżnej zamieci

Zofia Król

Film

UWAŻNOŚĆ:
Glosa do „Błękitnego anioła”

Rafał Marszałek

Teatr

UWAŻNOŚĆ:
Grotowski – mit percepcji

Paweł Soszyński

Muzyka

UWAŻNOŚĆ:
Ekologia ciszy

Ewa Szczecińska

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
Historia nie-jednego obrazu.
W zwierciadle mistrza

Grażyna Bastek

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
Rzeczy widzialne

Dariusz Czaja

Teatr

UWAŻNOŚĆ:
„Wesele” reloaded

Joanna Wichowska

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
Utkane

Lidia Pańków

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
PACZ!

Maria Poprzęcka

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
Historia nie-jednego obrazu.
W zwierciadle mistrza

Grażyna Bastek

Muzyka

UWAŻNOŚĆ:
Fraktale, spektra, modele

Jan Topolski

Felietony

ALFABET NOWEJ KULTURY: P jak piractwo

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

Figle

LITERATURA OD KUCHNI: Kuchnia przemienienia

Bogusław Deptuła

Figle

TYLKO U NAS: IMPLANTY MAGDALENY CIELECKIEJ!!!

PUDELIT

Produkty uboczne

UWAŻNOŚĆ: Street art w służbie percepcji

Agnieszka Słodownik

Sztuka

UWAŻNOŚĆ:
Rzeczy widzialne

Dariusz Czaja

Felietony

NO NAPRAWDĘ:
Jak to jest

Anda Rottenberg

Literatura

Sebald w Anglii

Magda Heydel

Literatura

Rozpacz na zimno

Magda Heydel

Literatura

Poczucie nielegalnej wolności.
O pierwszym opowiadaniu Virginii Woolf

Magda Heydel

Literatura

JESZCZE NIE W POLSCE: Szczęśliwy kret

Magda Heydel

Literatura

Bruce Chatwin, „Na Czarnym Wzgórzu”

Magda Heydel

Literatura

JESZCZE NIE W POLSCE:
Przemiany ciał

Magda Heydel

Literatura

Cromwell jak Beria?

Magda Heydel

Literatura

Ołtarzyk sukcesu

Magda Heydel

Literatura

John Updike, „A potem…”

Magda Heydel

Literatura

Nie jest zgubiony

Magda Heydel

Literatura

William Carlos Williams, „Spóźniony śpiewak”

Magda Heydel

Literatura

JESZCZE NIE W POLSCE: Oburzający Philip Roth

Magda Heydel