Pisarzem nie zostaje się, by zginąć
fot. Joshua Tabti / CC BY 2.0

30 minut czytania

/ Literatura

Pisarzem nie zostaje się, by zginąć

Rozmowa z Mohammadem Habeebem

W Syrii wszyscy funkcjonują w ciagłym poczuciu zagrożenia, wiedząc, że ramy ich życia wytyczają niewidzialne czerwone linie, których nie wolno przekraczać – mówi syryjski tłumacz i działacz społeczny

Jeszcze 8 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: Słyszałam, że każdy Arab jest poetą, to prawda?
MOHAMMAD HABEEB
: W pewnym sensie tak. Historia arabskiej literatury to przede wszystkim historia tekstów poetyckich. Nasza literatura narodziła się wśród starożytnych nomadycznych plemion, które przez wieki przekazywały swoje dzieje w formie poezji rytmicznej – stosunkowo łatwej do zapamiętania i przekazania kolejnym generacjom. W dawnych wiekach poeci mieli w krajach arabskich status proroków i cieszyli się specjalnymi względami, do dziś są tam obdarzani szacunkiem. Wciąż wierzymy, że doświadczenia jednostek i całych społeczeństw najlepiej oddaje słowo poetyckie. Wiele osób dla przyjemności recytuje wiersze z pamięci, ludzie piszą poezje na swój prywatny użytek, czytają je przyjaciołom, przechowują dla rodziny. Poezja do dziś jest najwyżej cenioną formą sztuki w arabskim świecie. Rzadko zdarza się, aby ktoś zajmujący się literaturą nie zaczynał swej twórczej drogi od pisania wierszy, zwykle jest to jeden z etapów kształtowania się twórczego warsztatu. Niemal każdy z nas w jakimś momencie swojego życia stara się pisać wiersze, rzeczywiście można więc powiedzieć, że każdy Arab jest poetą. Nie oznacza to oczywiście, że nasze księgarnie są przepełnione tomikami poetyckimi, prawdziwe talenty zdarzają się u nas równie rzadko jak w innych miejscach na świecie.

Czy ta szczególna pozycja poezji ma związek z rewerencją, z jaką w kulturach arabskich podchodzi się do języka, a także do świętej księgi, jaką dla wielu jest Koran?
Tak, wiąże się to ze szczególnym podejściem do słów i języka, który w swej klasycznej, literackiej wersji wyrósł właśnie z dawnej poezji oralnej. Co do Koranu, to na pewno był on i jest inspiracją dla niektórych poetów, ale należy pamiętać, że poezja w naszej kulturze jest dużo starsza niż islam. W dawnych wiekach, na długo przed narodzinami islamu, w miejscu zwanym Souk Ukaz raz do roku odbywało się słynne w całym arabskim świecie spotkanie poetów, dziś nazwalibyśmy je pewnie festiwalem. Najlepsi poeci każdego z plemion rywalizowali tam ze sobą w bitwie na słowa, prezentowali swe recytatorskie umiejętności przed innymi twórcami i krytykami. Zwycięzca cieszył się sławą porównywalną do laureta współczesnej literackiej Nagrody Nobla, a jego poemat w spisanej formie przez rok wisiał na drzwiach świątyni w Mekce, która wówczas była miejscem oddawania czci bogom plemiennym. Można więc powiedzieć, że Koran powstał z inspiracji poezją, a nie odwrotnie. 

Mohammad Habeeb

Syryjski pisarz, poeta, tłumacz, opozycjonista i obrońca praw człowieka. W Syrii jego autorska twórczość objęta jest zakazem druku. Przekładał na arabski m.in. książki T. S. Eliota, Jamesa Kelmana, Ericha Fromma i Carla Gustawa Junga. W latach 90. za swoją działalność opozycyjną przeciw syryjskiemu reżimowi spędził w więzieniu dziewięć lat. W 2011 roku podczas wydarzeń arabskiej wiosny lider i współzałożyciel Maan/Together – ruchu na rzecz pokojowych, demokratycznych przemian w Syrii. W obawie o życie swoje i swoich bliskich zdecydował się opuścić Syrię i od 2015 roku przebywa z rodziną w Norwegii.

Jaka wyglądała sytuacja współczesnej syryjskiej literatury przed wybuchem obecnej wojny?
W Syrii i w sąsiednich krajach artyści od dawna nawiązują w swoich działaniach do sytuacji politycznej i społecznej, literatura również odzwierciedla to, co dzieje się w naszym regionie. Oczywiście są pisarze i poeci, którzy nie zajmują się bieżącymi wydarzeniami, ale większość w swej twórczości opisuje codzienne życie i jego problemy.

W Syrii nie jest to jednak takie proste, bo reżim – najpierw Hafiza al-Asada, a potem Baszara al-Asada – od dekad kontroluje całą krajową twórczość. Polega to w dużej mierze na stwarzaniu pozorów wolności – mamy w Syrii związki pisarzy i tłumaczy, pisma i periodyki naukowe, festiwale, podczas których intelektualiści mogą występować i wymieniać się poglądami, ale wszystko to funkcjonuje pod ścisłą rządową kontrolą. Władza daje i odbiera, wynosi na piedestał i kompromituje – w jednej chwili może się okazać, że twoja twórczość zagraża bezpieczeństwu narodowemu, a ty jesteś zdrajcą. W mgnieniu oka można trafić do więzienia, stracić środki do życia, a nawet życie. Reżimowa władza przez lata oplotła intelektualistów siecią zależności, uwikłała ich w nieczystą grę. Za jej przychylność – występ w telewizji, udzielenie wywiadu, spokojne warunki do pracy – płaci się utratą wiarygodności w oczach ludzi, którzy przestają ufać intelektualistom utrzymującym kontakty z reżimem.

Czy jest szansa na publikowanie i działanie poza oficjalnym obiegiem?
Nie, i to jest prawdziwy dramat. Gdzie mają pracować syryjscy artyści, aktorzy, pisarze czy dziennikarze? Jak mają zarabiać na życie? Ich sytuacja jest bardzo trudna, teoretycznie mogą publikować, występować, otwierać wystawy w oficjalnym obiegu, ale tym samym rząd pokazuje, że ma ich w kieszeni. Reżim w Syrii kontroluje wszystkie sceny, pisma, gazety, telewizję – jeśli chcesz gdzieś zaistnieć, automatycznie zaczynasz grać w ich grę.

Wielu znaczących twórców podlega różnego rodzaju naciskom i szantażom ze strony władz, ale mimo wszystko próbuje tworzyć względnie swobodnie. Są oczywiście i tacy, którzy jawnie czerpią korzyści z bycia na usługach reżimu. Większość jednak stara się wypracować własną strategię przetrwania, często płacąc za to ogromną cenę. W 1980 roku syryjski poeta Hassan al-Khayyer stracił życie z powodu wiersza, w którym skrytykował reżim, ale i członków zbuntowanego przeciwko władzy Bractwa Muzułmańskiego. W Syrii wszyscy funkcjonują w ciagłym poczuciu zagrożenia, wiedząc, że ramy ich życia wytyczają niewidzialne czerwone linie, których nie wolno przekraczać. Ponieważ nie wiadomo, skąd może przyjść zagrożenie i co okaże się zdradą przeciwko państwu, każdy nosi w sobie wewnętrznego cenzora, kontroluje siebie i innych. W ten sposób deprawuje ludzi każdy opresyjny reżim.

Znamy to z historii Polski.
No właśnie, wszystkie systemy totalitarne działają podobnie. Techniki stosowane przez reżim Hafiza al-Asada, a potem jego syna nie różnią się bardzo od tych stosowanych w przeszłości przez komunistów w ZSRR i kontrolowanych przez niego krajach. Członkowie naszej służby bezpieczeństwa szkolili się w ZSRR, więc i metody mają podobne. Wygląda to z grubsza jak zabawa w kotka i myszkę – kot czyha na mysz, a mysz nigdy nie wie, czy oprawca ją zabije, czy może tym razem tylko się z nią bawi i pozwoli jej schronić się do dziury. Nigdy nie możesz być pewien, jak władza z tobą postąpi, więc musisz mieć się na baczności, być pisarzem i cenzorem w jednej osobie, wciąż rozważać i kalkulować, jak twoje słowa i działania zostaną zinterpretowane.

W związku z tym pewne tematy są dla pisarzy zakazane. Podobno nie powstała w Syrii na przykład żadna książka o masakrze w Hamie, gdzie w 1982 zginęły tysiące ludzi występujących przeciwko władzy partii BAAS.
Nikt raczej nie ośmiela się pisać wprost o najnowszej historii Syrii, mało jest takich, którzy będą narażać życie. Pisarzem nie zostaje się, aby zginąć, lecz aby pisać. Syryjscy twórcy nie mają wyboru – jeśli napiszą coś o wydarzeniach w Hamie, będzie to ostatnia rzecz, jaką kiedykolwiek stworzą. Nikt nie chce zginąć z powodu wiersza czy opowiadania – i chyba wszyscy to rozumieją. Po rewolucji w Syrii i wypadkach ostatnich lat w kraju pojawiły się powieści, które opowiadają o tych wydarzeniach, ale żadna z nich nie przedstawia ich jawnie i bezpośrednio, tylko w sposób zaszyfrowany i zawoalowany.

Czy wojna nie zmieniła jednak sytuacji sztuki i literatury w Syrii? W 2014 roku nakładem niezależnego londyńskiego wydawnictwa ukazała się książka zatytułowana „Syria Speaks” – antologia przedstawiająca twórczość powstałą w odpowiedzi na wydarzenia arabskiej wiosny w Syrii. Zawiera ona komiksy, plakaty, ziny, zdjęcia, teksty piosenek, wiersze i prozę, to sztuka ironiczna, otwarcie opozycyjna, pacyfistyczna i feministyczna.
To prawda, strach został przełamany, bo przepełniła się czara goryczy. Strzelanie do pokojowych demonstracji, zamykanie ludzi w więzieniach, tortury, niszczenie kraju, wojna, konieczność ucieczki z własnej ojczyzny – to wszystko cena, którą zapłacili i wciąż płacą Syryjczycy za to, że ośmielili się wyjść na ulicę i domagać podstawowych swobód obywatelskich. Potworność wydarzeń ostatnich lat jest tak ogromna, że ludzie czują, że nie mogą patrzeć na nie w ciszy, muszą reagować – najgorsze już się stało i może dlatego strach jest mniejszy.

Większość z twórców, których prace zawiera wspomniana przez panią antologia, żyje jednak poza Syrią, bo w kraju szybko zostaliby aresztowani. Młodzi ludzie – także w Syrii – wykorzystują dziś media społecznościowe, takie jak Facebook czy Twitter, aby przekazać światu, co dzieje się w kraju, publikują swoje utwory w sieci. Świat zainteresował się sytuacją w Syrii, więc niektórzy z nich uzyskali możliwość publikowania za granicą. Ich teksty, reportaże, wiersze czy prace artystyczne mają ogromne polityczne znaczenie, są formą oporu przeciwko reżimowi, który przez dekady kontrolował całą scenę kulturalną. Wojna otworzyła nowe drogi komunikacji, wiele osób straciło tak dużo, że nie obawia się już niczego. Dziś w sąsiednich państwach, a nawet w samej Syrii powstaje niezależna twórczość, przed 2011 rokiem byłoby to nie do pomyślenia.

W ogarniętym wojną kraju działają niezależne kolektywy artystyczne, na przykład Abounaddara – grupa filmowców amatorów, którzy umieszczają w internecie krótkie dokumenty, czy kolektyw The Syrian People Knows Their Way, zrzeszający grafików i artystów udostępniających swoje prace w sieci do publicznego użytku. Internet tworzy przestrzeń wolności, miejsce, w którym kwitnie twórczość młodych syryjskich artystów?
Tak właśnie się dzieje. Władza – mimo że zajęta wojną – wciąż jednak śledzi tych, którzy występują przeciw niej, także w internecie. Dlatego opozycyjni twórcy i aktywiści często uciekają z kraju i działają w syryjskiej sprawie za granicą. W tym momencie jednak skala tych wystąpień jest tak duża, że reżim nie jest w stanie kontrolować ich wszystkich, nie można przecież śledzić całego społeczeństwa. Trwa wojna, więc służby koncentrują się na najbardziej aktywnych opozycjonistach, a pozostali mają nieco więcej swobody. Syryjska władza zawsze najbardziej obawiała się właśnie intelektualistów, aktywistów i dziennikarzy, i do dziś wciąż ich ucisza, aresztuje, a w najlepszym razie zmusza do wyjazdu.

Tak było z panem. Jak to się stało, że znalazł się pan wraz z rodziną w Norwegii?
W przeszłości spędziłem dziewięć lat w syryjskim więzieniu za działalność w obronie praw człowieka i przez lata miałem zakaz jakiejkolwiek aktywności publicznej. Podczas wydarzeń arabskiej wiosny współtworzyłem ruch na rzecz pokojowych przemian w Syrii, który nazwaliśmy Mann/Together. Po stłumieniu rewolucji automatycznie znaleźliśmy się na celowniku reżimowych władz, zaczęliśmy się bać o swoje życie i o bezpieczeństwo swoich bliskich. Moja rodzina była nękana i zastraszana i w pewnej chwili zdecydowaliśmy się na wyjazd z kraju. Jako pisarz i tłumacz skontaktowałem się z organizacją ICORN – Międzynarodową Siecią Miast Pisarzy Uchodźców, zajmującą się ochroną twórców, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie – która szczęśliwie załatwiła mi i mojej rodzinie możliwość zamieszkania w Norwegii.

Twórcy akcentują potrzebę zjednoczenia wobec wydarzeń ostatnich lat i obrony syryjskiej tożsamości narodowej. Jest to jednak konstrukt dość skomplikowany i problematyczny. Czym jest tożsamość syryjska?
Syryjczycy są spadkobiercami wielu starożytnych cywilizacji, które przez wieki powstawały, trwały i upadały na terenach, które dziś nazywamy Syrią. Ziemie te należały do krainy Mezopotamii, starożytnego Egiptu, Persji, Grecji, Rzymu i Bizancjum, a w średniowieczu pod panowaniem kalifatu Umajjadów stały się kulturalnym centrum świata muzułmańskiego. Przez wieki wchodziły w skład Imperium Osmańskiego, w XX wieku ich mieszkańcy doświadczyli francuskiej okupacji i toczyli walki z Izraelem o wzgórza Golan. Nowoczesna syryjska tożsamość ukształtowała się w obliczu zagrożeń z zewnątrz, dlatego też Syryjczycy przez lata przedkładali tożsamość narodową nad religijną czy plemienną. Gdyby przed 2011 rokiem zapytała pani jakiegokolwiek Syryjczyka, czy czuje się alawitą, sunnitą, czy chrześcijaninem, odpowiedziałby, że jest przede wszystkim Syryjczykiem.

Czy wojna nie obudziła starych waśni i uprzedzeń? W książce zatytułowanej „Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii” dziennikarka i pisarka Samar Yazbek opisuje spotkanie z młodymi bojownikami sił opozycji. Jeden z nich, pomstując na oficerów armii al-Asada, nazywa ich pogardliwie przeklętymi alawitami. Gdy dowiaduje się, że dziennikarka jest alawitką, zawstydzony przeprasza, ale na uwagę Yazbek, że nic się nie stało, bo przecież wszyscy są Syryjczykami, reaguje zaskoczeniem. Jej odpowiedź budzi zdziwienie i śmiech także wśród innych żołnierzy. „Nie mieli pojęcia o czym mówię” – notuje Yazbek.
Syria to kraj ogromnie różnorodny. Tak jak wspominałem, nosimy w sobie cząstki wielu cywilizacji, których dziedzictwo musimy rozwijać i kontynuować. To jest nasza wspólna sprawa, jesteśmy narodom syryjskim, który walczy o swoje prawa wewnątrz kraju i o swoje interesy w regionie. Teraz, w szóstym roku wyniszczającej wojny, większość z nas nadal nie daje się podzielić. Syryjczycy dziś to przede wszystkim Arabowie, ale są wśród nas też Kurdowie, Ormianie, Turcy czy Żydzi. Różnimy się w ocenie reżimu, wyznajemy różne religie, ale czy to znaczy, że mamy się pozabijać? Nie można do tego dopuścić.

Tego właśnie większość mediów zachodnich nie rozumie – ludzie uciekają z Syrii, ale ogromne ich rzesze przemieszczają się też wewnątrz kraju, uciekając przed działaniami wojennymi. Z miast ogarniętych wojną przybywają do Latakii i Tartusu położonych na wybrzeżu morza Śródziemnego. Te miasta zawsze były najbardziej wielokulturowymi ośrodkami w Syrii, od lat żyją tam razem alawici, sunnici, chrześcijanie. Wierzę, że wojna tego nie zmieni. To, co słyszymy w mediach – że sunnici chcą śmierci alawitów, a wszyscy muzułmanie śmierci chrześcijan – to propaganda, która ma uzasadnić wojnę toczoną z zupełnie innych powodów. Przed wojną też mieliśmy różne poglądy, wyznawaliśmy odmienne religie, ale nie to nas podzieliło, nie to sprawiło, że miliony ludzi opuściło własną ojczyznę. W 2011 rozpoczęliśmy rewolucję, bo chcieliśmy walczyć o godność i respektowanie podstawowych praw człowieka, to była prawdziwa, szczera potrzeba Syryjczyków, która została wykorzystana do rozpętania wojny.

Rewolucji zabrakło przywódcy? Człowieka, który zjednoczyłby ludzi i nie dopuścił do chaosu?
Kogoś takiego nie było i być nie mogło – reżim latami niszczył opozycję, nie istniało środowisko, z którego taki lider mógłby się wyłonić. Ci, których reżim obawia się najbardziej, to właśnie opozycjoniści, aktywiści, intelektualiści, a nie terroryści. Władze nie chcą dopuścić do tego, aby pojawił się ktoś, kto wyjaśni ludziom, co naprawdę dzieje się w kraju, stanie na czele opozycji i liberalnych przemian. Dlatego już w pierwszych dniach masowych demonstracji służby skwapliwie aresztowały najbardziej zaangażowanych przeciwników, zmuszały ich do wyjazdu, kompromitowały i szkalowały na niebywałą skalę. Przestraszonym, zdezorientowanym tłumem łatwo manipulować, dlatego najpierw trzeba było wyłapać prowodyrów rebelii. Wiosną 2011 roku aktywiści i intelektualiści działali w rozproszeniu, trudno im było się zjednoczyć. Zabrakło sceny, z której mogliby przemówić do ludzi, którzy spontanicznie wylegli na ulice, zabrakło platform, dzięki którym mogliby porozumieć się między sobą i uzyskać szerszy rozgłos w kraju, tak aby ludzie ich usłyszeli. Na ulicach żołnierze strzelali do tłumu, to nie były warunki sprzyjające jakiejkolwiek politycznej organizacji.

Był pan wśród demonstrantów.
Tak, i uważam, że w tych warunkach ludzie zrobili wszystko, co mogli. Najbardziej zaangażowani stawali przed wyborem: więzienie albo wyjazd z kraju. Ci, którzy zostali, zdecydowali, że przede wszystkim muszą chronić życie swoje i bliskich, przetrwać i nie dać się zabić. Reżim ich toleruje, bo wie, że nie są w stanie wpłynąć na ludzi, że ten moment – jeśli kiedykolwiek istniał – już minął. Wciąż są tacy, którzy potrafiliby przewodzić zmianom i mogliby stanąć na czele liberalizacji kraju, ale nie dostaną na to szansy. Wychodząc na ulice, nie chcieliśmy wojny, ale życia w pokoju, godności i poszanowaniu prawa, walczyliśmy o demokratyczny kraj, bo chcemy żyć jak inne nowoczesne społeczeństwa na świecie.

Dziś decyzje o losach kraju zapadają ponad głowami zwykłych Syryjczyków, trwa wojna, mocarstwa dyskutują, a syryjskie dzieci umierają, bo brakuje dla nich mleka i jedzenia w zniszczonym kraju. Teraz zwolennicy rewolucji, którzy w 2011 roku domagali się zaledwie liberalizacji państwa, chcą całkowitego obalenia reżimu, ale nie jest im po drodze z ludźmi, którzy walczą z wojskami Baszara al-Asada, a którzy często nie są nawet Syryjczykami. Chcielibyśmy trzeciej drogi, powstania ugrupowania składającego się z osób, którym zależy na kraju, które mogłyby zaprowadzić pokój i przeprowadzić Syrię przez trudny czas przemian.

Powstanie takiego ugrupowania jest możliwe?
Coś takiego pewnie powstanie, ale niestety nie w takim kształcie, jakbyśmy sobie tego życzyli. Myślę, że powinniśmy to jasno powiedzieć – to, co teraz dzieje się w Syrii, przyszłość, którą planuje się dla naszego kraju, ma mało wspólnego z dobrem Syryjczyków, oni sami mają w tej mierze mało do powiedzenia. Ameryka, Rosja i ich sprzymierzeńcy decydują o naszej przyszłości i nic nie możemy na to poradzić. Mimo wszystko mam nadzieję, że nasze dzieci zrozumieją tę lekcję, wyciągną z niej wnioski i stworzą bezpieczny kraj, o którym dla nich marzymy. Jeśli będziemy w stanie, to im w tym pomożemy.

Jakie są pana odczucia, gdy obserwuje pan postawę europejskich krajów wobec uchodźców, szczególnie w ostatnim czasie, gdy narastające strach i niechęć doprowadziły do zamknięcia tzw. szlaku bałkańskiego?
Uważam, że to haniebna postawa. Niektórzy europejscy politycy przehandlowali sprawę uchodźców dla własnych korzyści. Kiedy udało się im się już zbić na niej polityczny kapitał, za pomocą propagandy i mediów stworzyli obraz uchodźców jako groźnych radykałów i fundamentalistów, którzy zagrażają bezpieczeństwu ich krajów, więc nie należy dopuścić, aby do nich przyjechali. Tymczasem wszyscy wiemy, że radykałowie i fundamentaliści są nie tylko wśród muzułmanów, ale także na przykład wśród zwolenników partii prawicowych i konserwatywnych na całym świecie.

Od Europy, Stanów Zjednoczonych i Rosji oczekiwaliśmy, że nie będą zbroić stron konfliktu, ale wspierać Syryjczyków w dążeniu do demokracji i życia w pokoju. Niestety widać już jasno, że polityczne i ekonomiczne interesy światowych mocarstw są odmienne i to one się liczą. Wszyscy na przykład współpracują z Turcją, mimo że zdają sobie sprawę, że jej władze dopuszczają się wobec uchodźców okropnych czynów, nawet wtedy, gdy znajdują się oni już na łodziach i pontonach w drodze do Grecji. Takim stosunkiem do uchodźców Europa mnie zawiodła.

Mohammad Habeeb / © Sølvberget, Stavanger kulturhusMohammad Habeeb / © Sølvberget, Stavanger kulturhus

Najbardziej znany syryjski poeta, od lat żyjący na emigracji, Adonis rozczarował wielu ludzi, którzy liczyli, że otwarcie wesprze rewolucję w 2011 roku. Pojawiały się głosy, że zrobił za mało, a jego poparcie było spóźnione i zbyt wstrzemięźliwe.
Nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które Adonis powiedział o rewolucji, ale rozumiem, że może mieć odmienne poglądy. Ja patrzę na te wydarzenia inaczej niż on, pewnie dlatego, że byłem wówczas na miejscu, pośród ludzi, działałem w opozycji. Adonis mówił w wywiadach, że prawdziwy, dobry pisarz, to taki, który siedzi w więzieniu za swoje poglądy. Jeśli nie został uwięziony, to znaczy, że nie mówi prawdy. Takie zdanie może wygłosić tylko ktoś, kto, jak on, od lat mieszka we Francji i nie doświadcza na co dzień terroru i prześladowań. Oczywiście takie wypowiedzi mnie rozczarowują, ale jeden człowiek nie świadczy o wszystkich. Nawet jeśli ważny poeta nas zawodzi, to nie oznacza, że mamy ustać w walce i porzucić nadzieję.

Tak jak w każdej zbiorowości, syryjscy intelektualiści reprezentują różnorodne poglądy: są tacy, którzy otwarcie nawołują do poparcia bojowników Państwa Islamskiego czy wsparcia reżimu, i są tacy, którzy popierają dążenia rewolucji. Adonis też na swój sposób ją wspiera, od lat opowiada się bowiem za sekularyzacją kraju, ale jego wizja syryjskiego społeczeństwa i sposobu, w jaki powinno się rozwijać, jest czysto akademicka i oparta na teorii. Oczywiście nie uważam, że każdy, kto nie popiera rewolucji, jest przeciw Syryjczykom, lepiej popełniać błędy, ale działać, niż być biernym i milczeć w strachu.

Pana teksty literackie są w Syrii obłożone zakazem druku, ale publikował pan w kraju literaturę w przekładzie. Jak doszło do tego, że zajął się pan tłumaczeniem z języka angielskiego?
Po raz pierwszy zacząłem tłumaczyć w więzieniu, do którego trafiłem w 1991 roku. Studiowałem literaturę angielską, a potem uczyłem angielskiego w liceum i w szkole podstawowej. Po wyjściu z więzienia nie mogłem jednak wrócić do tej pracy. Przekładanie stało się moim nowym zajęciem, a także w pewnym sensie moją misją. Uważam, że tłumaczenie to jedna z najważniejszych intelektualnych aktywności na świecie. Wszystkie społeczeństwa i kultury wymieniają się wiedzą w procesie przekładu, przekładanie to najlepsza droga, aby zrozumieć siebie nawzajem, uczyć się od siebie i dążyć do porozumienia.

Przekład jako przeciwieństwo wojny?
Oczywiście. Powiedziałbym nawet, że dzieło w przekładzie to pochodnia pokoju, którą nawzajem sobie przekazujemy, coś, co umożliwia spotkanie i dialog, sprzyja porozumieniu – bo jeśli poznajemy nawzajem swoje kultury, to może zrozumiemy też swoje problemy i intencje i nie będziemy chcieli się zabijać.

Pierwszą książką, którą przełożyłem, była sztuka T.S. Eliota „Zjazd rodzinny”, potem tłumaczyłem również powieści i dzieła z zakresu filozofii, socjologii kultury i psychologii, na przykład teksty Junga czy Fromma. W tych wypadkach opierałem się oczywiście na angielskich przekładach ich książek. Socjologia, psychologia i filozofia to dziedziny, które bardzo interesują syryjskich czytelników.

Podobno zainteresowaniem cieszą się wśród nich także książki Kafki, Becketta czy Ionesco.
Tak, bo ponura ironia, upodobanie do absurdu i czarnego humoru obecne w dziełach tych autorów są nam z wiadomych powodów bardzo bliskie. Ja tłumaczę dużo prac z dziedziny psychologii, bo wierzę, że jeśli lepiej zrozumiemy własne motywacje, to wnikliwiej i uważniej będziemy analizować rzeczywistość wokół nas, a także głębiej interpretować literaturę. To samo dotyczy filozofii i socjologii. Nie wiem, czy pani wie, że dużym zainteresowaniem cieszą się u nas też na przykład dzieła Michela Foucaulta. Powieść przenosi nas w inną rzeczywistości, dowiadujemy się z niej czegoś o pragnieniach, aspiracjach, tradycjach ludzi z nieznanych społeczeństw, ale książki antropologiczne, filozoficzne, psychologiczne dają nam narzędzia, aby tę wiedzę segregować i analizować, aby zajrzeć pod podszewkę rzeczy.

Wspomniał pan, że traktuje tłumaczenie jak misję. Wybiera pan konkretne książki, bo uważa pan, że akurat one powinny trafić do rąk syryjskiego czytelnika?
Nie tylko, powód jest także prostszy – tłumaczę przede wszystkim teksty z zakresu psychologii i socjologii kultury również dlatego, że to one wychodzą mi najlepiej. Jest sporo prozy i poezji obcej, którą warto przełożyć, ale musi ona znaleźć swoich tłumaczy. Myślę, że w Syrii potrzebujemy wszystkiego – obcej prozy, poezji, dramatu, filozofii, muzyki, filmów i tak dalej. Wiedza to życie, jest jak strumień, z którego czerpiemy, gdy jesteśmy spragnieni. Życie jest różnorodne, a nauka i sztuka tę różnorodność odzwierciedlają, dlatego najlepiej poznać je w całości i nie koncentrować się tylko na jednej dziedzinie nauki czy kultury.

Jakie trudności napotyka pan w przekładzie z angielskiego na arabski?
Trudności sprawia mi czasem idiomatyczność angielszczyzny, zdarza się, że w przekładzie potrzebuję dwóch linijek, aby oddać sens trzech angielskich słów. Tłumaczenie przypomina pracę architekta. Przekładając, muszę zdekonstruować oryginalny tekst na własny użytek, a potem złożyć go na nowo w języku przekładu z zachowaniem klimatu i metafor, które ożywiają oryginalny język. Powinienem zbudować tekst na nowo po arabsku, tak aby czytelnik miał poczucie, że książka od początku powstała w jego języku. Wierzę, że w każdej mowie istnieje odpowiedni rejestr na oddanie sensu i emocji zapisanych w obcym języku, jako tłumacz muszę go odnaleźć, utrafić w odpowieni ton, który odda sprawiedliwość oryginałowi, a czytelnikowi da poczucie płynności i komfortu spotykane przy czytaniu ojczystych tekstów.

Niektórzy narzekają, że twórczość arabskich twórców nie cieszy się dużym zainteresowaniem wśród wydawców i czytelników na świecie. Czy uważa pan, że literatura arabska jest dostatecznie obecna w przekładach na inne języki?
Myślę, że nie jest, ale odpowiedzialność za to, że ambitna literatura tworzona po arabsku nie jest popularna za granicą, ponoszą też w części sami Arabowie. Władze naszych krajów nie wspierają nowatorskiej rodzimej twórczości, nie zabiegają o jej tłumaczenia i promowanie na świecie. Nasza literatura rzeczywiście przez długi czas nie była dla wielu równie atrakcyjna jak na przykład literatura z Indii czy Ameryki Południowej, ale to się chyba teraz zmienia.

Gdy sam siebie postrzegasz jako źródło wszelkiego światła, to nie dostrzegasz innych jego ognisk, oślepia cię własny blask – to jest właśnie sytuacja świata zachodniego, a Europy w szczególności. Myślę, że świat powoli odkrywa, że w krajach arabskich powstają ciekawe książki pisane przez świetnych pisarzy i świetne pisarki. Decyzje o tym, kogo przełożyć i pokazać obcej publiczności, są oczywiście często arbitralne i przypadkowe. Poezje Adonisa zostały przełożone na wiele języków, w tym na norweski – dlaczego właśnie ten autor zyskał miano największego współczesnego poety syryjskiego i jest arabskim kandydatem do nagrody Nobla? Jest znany, bywa kontrowersyjny, ale przecież mamy też innych interesujących, wyrazistych twórców. Nie chcę rzucać oskarżeń ani umniejszać wagi twórczości Adonisa – to dobry poeta, ale są też inni równie dobrzy, a zupełnie nieznani i ignorowani na Zachodzie.

Czy ma pan wrażenie, że arabskie książki najczęściej przekłada się i wydaje ze względu na poruszane w nich kontrowersyjne tematy, a rzadziej ze względu na ich wartość literacką?
Tak chyba rzeczywiście bywa, ale można zrozumieć, z czego to wynika. Najbardziej interesujące dla zagranicznych wydawców i czytelników są książki poruszające chwytliwe – z zachodniego punktu widzenia – tematy, a niekoniecznie te naprawdę nowatorsko napisane i ciekawe w kontekście całej literatury pisanej po arabsku. Książki dotyczące islamskich fundamentalistów są interesujące dla wydawców, bo fundamentaliści mają niestety coraz większy wpływ na nasze życie i stoją za coraz częstszymi zamachami w Europie. Wierzę, że pisze się je i przekłada z chęci zrozumienia tego, co dzieje się w krajach muzułmańskich, a nie, aby pogłębiać stereotypy i wzajemne uprzedzenia. Może jednak jestem zbytnim optymistą.

Tak czy inaczej, do masowego czytelnika przebijają się najgłośniejsze książki, tymczasem arabskie bestsellery, które najszybciej znajdują zagranicznych wydawców, nie zawsze reprezentują najciekawsze rzeczy, które u nas powstają. Jesteśmy w tej mierze zapatrzeni w Zachód, nasi wydawcy też polują na bestsellerowe zagraniczne tytuły, przez co niektórzy wybitni, ale mniej popularni obcy twórcy u nas także są całkiem nieznani. Na szczęście istnieją w Syrii wydawcy z misją, a także osoby prywatne (a niestety rzadziej instytucje), które przeznaczają fundusze na wydawanie trudniejszych książek.

Kogo z współczesnych syryjskich twórców powinniśmy znać i tłumaczyć?
To bardzo trudne pytanie, nie czuję się na siłach wskazywać konkretnych nazwisk. Gdybym je podał, to byłaby to po prostu lista moich prywatnych upodobań.

Zapytam więc inaczej. Wiem, że na emigracji zajmuje się pan tłumaczeniem arabskich tekstów na angielski. Co najbardziej chciałby pan przełożyć?
Powieść, której tytuł po angielsku brzmi „One Country is the World” Haniego al-Rahiba. To książka z połowy lat 80. XX wieku. Opowiada o syryjskim społeczeństwie w latach 70. i 80. i o niszczeniu opozycji przez reżim al-Asada. To moim zdaniem jedna z najlepszych powieści, jakie powstały po arabsku, zarówno ze względu na postawione w niej diagnozy, jak i pisarską technikę al-Rahiba.

Teraz zajmuję się jednak przede wszystkim tłumaczeniem swoich utworów na angielski. Niektóre z moich wierszy ukazały się już po norwesku, a jedno opowiadanie także po słowacku, po tym, jak wziąłem udział w festiwalu literackim w Bratysławie. W przyszłości chciałbym tłumaczyć arabskie teksty także na norweski, uczę się więc teraz języka mojego nowego kraju. Nie jestem już młodym człowiekiem i nauka kolejnego języka to dla mnie wielkie wyzwanie. Na szczęście lubię wyzwania. W wieku 54 lat rozpocząłem wraz z moją rodziną życie od nowa, teraz musimy sobie udowodnić, że nie jesteśmy słabeuszami i poradzimy sobie w nowym miejscu.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.