Mam do nich słabość

11 minut czytania

/ Obyczaje

Mam do nich słabość

Michał R. Wiśniewski

„Pokemon Go” jest powrotem do korzeni. Zarówno do oryginalnej gry i pierwszej generacji stworków, jak i łażenia po lasach i krzakach w poszukiwaniu robali. Cóż, że wirtualnych

Jeszcze 3 minuty czytania

Gdy „Pokemon Go” – gra korzystająca z dobrodziejstw geolokalizacji, rozszerzonej rzeczywistości i danych zebranych przez wielką korporację – oficjalnie weszła do Polski (nieoficjalnie grali w nią pokemaniacy gotowi ściągać aplikację z Australii przy użyciu sztuczek pozwalających na obejście blokad regionalnych), z przeciążenia padły serwery. Byłem właśnie w centrum handlowym. Pobrałem grę, korzystając z darmowego WiFi pobliskiego McDonalda, a po kilku próbach udało mi się połączyć z serwerem. Stworzyłem awatarę, wpisałem ksywkę, przeczytałem kilka słów od opiekującego się graczem kreskówkowego profesora i już mogłem grać.

Szczury supermarketu

Pierwszego stworka złapałem pod Multikinem, martwiąc się nieco, czy dziewczynki czekające na film nie pomyślą, że wyglądam głupio, patrząc na świat przez ekran telefonu i majtając po nim palcem. Okazało się, że jest 2016 rok i zabawy smartfonem stały się normą. Wystrzeliłem wirtualną kulkę, Pokeballa, w stronę potworka i stałem się dumnym właścicielem Charizarda – jednego ze 151 podstawowych pokemonów. Został dopisany do mojego Pokedexa, klasera z pokemonami.

Radar wskazał, że kolejny stworek czai się pod empikiem. Raticate, taki szczur. Szczur supermarketu. Ciskam Pokeballa, Raticate podskakuje, ciskam ponownie – i mam. Słyszę nieludzkie warknięcie. To nie Raticate, to inny gracz, kilka kroków dalej dostrzegam nijakiego typka pod trzydziestkę, z nosem w komórce, któremu szczur się wymknął, obok niego stoi dziewczyna, nie mogę powstrzymać uśmiechu zwycięstwa, ona to dostrzega i też się uśmiecha, zmykam, zanim typek się zorientuje. I wtedy znowu padają serwery.

Wieczorem już działają, loguję się bez większych nadziei, a tu radar pokazuje stworka w krzakach pod blokiem. Minęła 22, czy wiesz, gdzie są twoje dzieci? Bo trójka nastolatków stoi przy skrzyżowaniu osiedlowych uliczek i poluje na pokemony. Idę w te krzaki, zastanawiając się, dlaczego właściwie wyszedłem z domu, żeby złapać dzikiego Rattata. Czy już się wkręciłem? W domu łapię jeszcze Pigdeya, pokemona latającego mi po sypialni. Rano przyłapuję się na tym, że odpaliłem „Pokemon Go”, jeszcze zanim zajrzałem na Facebooka. Ale na Fejsie bym nie złapał Weedle, takiej gąsienicy.


Obrazki z gumy turbo

Skąd ten szał? Złożyło się na niego kilka czynników. Pierwszy – to wciąż nowa i ekscytująca rzeczywistość rozszerzona, która sprawia, że ciekawe rzeczy mogą dziać się nawet w krzakach pod blokiem, i stanowi odtrutkę na zamykającą w czterech ścianach wirtualną rzeczywistość z pecetów i konsoli. Drugi – to doskonale dobrany cykl nostalgii: dwadzieścia lat od premiery. W „Pokemon Go” grają nie tylko dzieciaki, ale i ludzie, którzy za pierwszej pokemanii dzieciakami byli. Łapanie stworków jest fajniejsze niż hakowanie portali w „Ingressie”, poprzedniej grze Niantic. A o tym, jak ważne są maskotki, świadczy chociażby sukces Angry Birds.

vvvTrzeci czynnik – to wykorzystanie instynktu kolekcjonerskiego. We wspomnieniach z lat 90. powraca wciąż fenomen gumy „Turbo” (wedle czarnej legendy – rakotwórczej). W każdym opakowaniu można było znaleźć obrazek przedstawiający samochód wraz z jego danymi technicznymi – trzema parametrami pojazdu. Dzięki nim można było grać w „Turbo” tak, jak gra się w karty – w nieco ciekawszą wersję wojny. O wiele ważniejsze było jednak zebranie całej kolekcji, co, jak za pomocą statystyki dowodził na łamach „Bajtka” Marcin Borkowski, było przedsięwzięciem niezwykle kosztownym. Błąd Borkowskiego polegał jednak na tym, że autor nie uwzględnił istotnego wątku społecznościowego. Papierków z „Turbo” nie zbierało się samemu, ale z kumplami z klasy czy podwórka. Pomięte obrazki z resztkami gumy stały się walutą wymienianą na różne dobra, nie tylko na inne obrazki. Sam wszedłem w posiadanie pełnej talii, gdy moda przeminęła i dostałem ją za jakieś pirackie gierki od obrotnego kolegi, który miał aż trzy komplety „Turbo”.

Do Polski szał pokemonów trafił z lekkim opóźnieniem, w roku 2000, gdy Polsat wyemitował serial animowany. W handlu pojawiły się zabawki, komiksy, książeczki i kolekcjonerskie karty do gry, funkcjonujące dokładnie jak obrazki z „Turbo” w poprzedniej dekadzie – można było je zbierać i nimi grać (w coś na kształt bardzo skomplikowanej wojny). Rzadkie czy specjalne karty były dołączane do magazynów albo biletów kinowych. Najmniej popularna była u nas oryginalna gra na Game Boya, wymagała bowiem posiadania konsolki do gier.

Chrońcie dzieci!

Na pokemonową modę w 2000 roku główny nurt mediów zareagował paniką. W dodatku telewizyjnym do „Gazety Wyborczej” ukazał się tekst Wojciecha Orlińskiego, nazywający serial o kieszonkowych potworach „głupszym nawet od Power Rangers”. Autor demaskował serial jako nic więcej niż reklamę gier, zabawek i kart do gry. Nie sposób zaprzeczyć, że celem twórców pokemonów było opychanie kilogramów merchandisingu (za kasę zarobioną na pokebzdetach wydawnictwo Egmont uratowało europejski komiks w Polsce), ale demonizowanie pokemonów wydaje się niesprawiedliwe. Serial był zabawny, posiadał fabułę (stała się nawet kanwą jednego z pierwszych remake’ów oryginalnej gry) i typowe przesłanie o przyjaźni i wierze w swoje siły. Jego komercyjny aspekt nie był niczym niezwykłym na tle „Transformersów” (które posiadały fabułę dopisaną do zabawek), „Żółwi Ninja” (kto pamięta ten szał?), „Małych Kucyków” czy nawet „He-mana”. Czyż „Powrót Jedi” nie powstał tylko po to, żeby sprzedać figurki misiowatych Ewoków (przez litość nie wspominam „Mrocznego Widma”)?

Dlaczego akurat pokemony zyskały taką złą sławę? Były obce (na temat japońskiej animacji publikowano wówczas w prasie niestworzone historie; filmy Hayao Miyazakiego dopiero miały wejść do kin), pochodziły spoza amerykańskiego modelu kultury, przyjętego przez nasz peryferyjny kraj jako obowiązujący. Nie pomagał im też słynny incydent, gdy podczas emisji serialu w japońskiej telewizji stroboskopowe efekty specjalne wywołały u kilkuset młodych widzów atak epilepsji fotogennej (odcinek został wycofany, a efekty złagodzone). Wydaje się, że największym szokiem dla klasy średniej było to, że tak silnie komercyjny produkt zjawił się akurat wtedy, gdy owej klasie wzrosła siła nabywcza. Do wspomnianych „Żółwi Ninja” można było kupić plakat z „Popcornu” i chińską zabawkę na ryneczku; „Pokemony” wjechały dumnie z paździerzowych lat 90. w nowe millennium na czele kapitalistycznego pochodu.

xxxZabawny na tym tle wydaje się ton doniesień o „Pokemon Go”; na pierwsze strony portali trafiają sensacyjne (a niekiedy zmyślone) historie o tym, co czeka graczy zapuszczających się w zakamarki swoich miast w poszukiwaniu wirtualnych stworków. Kradzieże i rozboje, rozkładające się zwłoki, piesi pod kołami samochodów. Jedni się cieszą, że gracze w końcu wyszli z domu i spotykają innych ludzi, innym przeszkadza to w graniu („gram sobie spokojnie, a tu mnie ktoś zagaduje”).

Powrót do korzeni

Po ustąpieniu paniki z początku wieku w Polsce przestało się mówić o pokemonach. Na świecie wychodziły kolejne odcinki serialu, kolejne mangi i – co najważniejsze – kolejne gry, wciąż entuzjastycznie przyjmowane przez graczy. Urosła także liczba gatunków pokemonów – z pierwotnych 151 do 722 (nie wiem, czy ktoś je wszystkie jeszcze spamięta). Na początku 2016 roku wyszła właśnie siódma generacja gry („Pokemon Moon” i „Pokemon Sun”). Serwis 4chan ma dla miłośników kieszonkowych potworków osobne forum. Pokemony mają swoich wiernych fanów również i w Polsce – obok dobijających trzydziestki (czy czterdziestki) koneserów są to również zwykłe dzieciaki. Parę lat temu byłem świadkiem awantury w tramwaju: gimnazjaliści pokłócili się o to, kto z kim wymienił się złapanymi w grze pokemonami.

Mam lekką słabość do tych kolorowych stworków, nie tylko dlatego, że kiedyś, gdy redagowałem magazyn o anime, udało mi się wycisnąć z nich nieco grosza. Gdzieś pod tymi wszystkimi warstwami wielkich korporacji przejmującymi za pomocą mapy władzę nad terytorium, gdzieś za reklamami, figurkami i kasą płynącą rurociągiem, jest sobie po prostu fajna, bezpretensjonalna gra na przenośne konsolki Nintendo. Gdzieś tam w środku jest coś prawdziwego.

xxxSatoshi Tajiri, miłośnik gier, który sam postanowił robić gry, wymyślił ją na podstawie swojego dziecięcego zamiłowania do penetrowania łąk i lasów w poszukiwaniu robali. Dostrzegł też nowe możliwości, jakie dawał kabel łączący ze sobą dwa Game Boye. Do tej pory służył on np. do urządzania pojedynków w Tetrisa, Tajiri użył go, żeby znajomi mogli wymieniać się złapanymi pokemonami. „Pokemon Go” jest powrotem do korzeni. Zarówno do oryginalnej gry i pierwszej generacji stworków, jak i tego łażenia po lasach i krzakach w poszukiwaniu robali. Cóż, że wirtualnych.

Nie wierzcie korporacjom

Ale nie oszukujmy się, „Pokemon Go” to produkt nie jednej, a dwóch korporacji. Jedna z nich, Nintendo, chce kasy, a druga, Niantic, jest dzieckiem Google’a, który chce przejęcia władzy nad światem. Na razie ma ten świat dokładnie opisany, w czym pomogli sami użytkownicy. W „Pokemon Go” na pierwszy rzut oka spore wrażenie robi szczegółowość mapy. Została ona osiągnięta między innymi dzięki graczom biegającym po miastach, żeby hakować portale w grze Ingress. Czasem ty grasz w grę, a czasem gra gra w ciebie.

Na razie to przypadek, że pierwsze pokemony znalazłem przy Multikinie czy empiku, ale już widać, jak przez odpowiednie lokowanie wirtualnych stworków można kierować przepływem graczy. Małe biznesy znajdujące się w pobliżu pokemonowych centrów przeżywają rozkwit, więc pewnie prędzej czy później korporacja zgłosi się do nich po pokepodatek, tak jak teraz Google każe płacić sobie za pojawianie się na szczycie listy wyszukiwań. Inną (na razie darmową) usługą jest oznaczanie stref „wolnych od pokemonów”, co stało się konieczne, odkąd stworki rozpełzły się po Muzeum Holokaustu i innych niepasujących do radosnej zabawy miejscach.

Cynicznych scenariuszy można bez trudu napisać wiele: „świat płonie, a my zbieramy pokemony”, „poszedłem za Pikachu do McDonalda” – ale czy z tej pokemanii wyjdzie coś dobrego? Bardzo cieszy to wejście rzeczywistości rozszerzonej do mainstreamu, może pozwoli to rozkwitnąć cybernetycznej sztuce ulicznej? Może gra stanie się podstawą do stworzenia uniwersalnej przeglądarki rzeczywistości rozszerzonej? A może świat spłonie, a my, na jego gruzach, będziemy jeździć jak Mad Max w poszukiwaniu pożywienia, benzyny i ostatnich niezłapanych pokemonów.