Człowieczeństwo i czary
CHRISTOPHER DOMBRES

Człowieczeństwo i czary

Adam Wiedemann

Że Géza Csáth był człowieczeństwem rozczarowany? – to mało powiedziane; że był nim zdegustowany? – o tak, ale to wciąż za mało; on człowieczeństwem po prostu gardził

Jeszcze 3 minuty czytania

Kariera polska Gézy Csátha zaczęła się w roku 1997 (czyli dokładnie w stulecie jego pierwszych zapisów dziennikowych), kiedy to wszedł na nasze ekrany film „Bracia Witmanowie”, zrobiony na podstawie jednego z opowiadań tego nieznanego jeszcze nikomu autora. Film wtedy wydawał się bardzo dobry, nie wywołał jednak nagłej fali zainteresowania Csáthem, która nadeszła, powoli i dostojnie, wskutek działań redakcji „Literatury na Świecie”, stopniowo raczącej nas jego utworami, by w końcu poświęcić mu cały numer (3–4/2015), ukoronowaniem zaś całej akcji jest wydany obecnie przez PIW tom prozy, zatytułowany dość nieszczęśliwie, ale o tym za chwilę.

Dziś, gdy znamy już twórczość Csátha dosyć dobrze, film Jánosa Szásza uznać możemy co najwyżej za adaptację ad usum Delphini, coś w stylu hollywoodzkich ekranizacji powieści Carson McCullers: wszystko tu niby jest, ale podane tonem… usprawiedliwienia, podczas gdy ani McCullers, ani tym bardziej Csáth nikogo nie usprawiedliwiają, piszą po prostu świat tak, jak im się on widzi, a zatem przede wszystkim – neutralnie, bez żadnych, broń Boże, ocen. Szász (mający już wtedy zresztą na koncie inny film, w którym Csáth występuje we własnej osobie, tzn. w osobie dr. Józsefa Brennera, tak się bowiem naprawdę nazywał) bierze na swoją kanwę wątki co najmniej trzech opowiadań, przede wszystkim oczywiście „Matkobójstwa”, ale też „Chirurga” i „Małej Emmy”, tworząc w ten sposób rodzaj antologii motywów, w której się jednak rozmydla główny aspekt twórczości Csátha, jakim jest bycie skazanym na człowieczeństwo. Że Csáth był człowieczeństwem rozczarowany? – to mało powiedziane; że był nim zdegustowany? – o tak, ale to wciąż za mało; on człowieczeństwem po prostu pogardzał, w związku z czym i jego własna biografia budzi w nas coś pomiędzy zażenowaniem a litością. Szász stara się jakoś swoich bohaterów wybronić, zarówno morderczych braci, jak i ich nieszczęsną matkę (gra ją Maia Morgenstern, która później zasłynie jako Maryja w „Pasji” Mela Gibsona), dopisuje im motywacje, których Csáth akurat skąpi, dzieli chłopców na „gorszego” (starszy) i „lepszego” (młodszy, któremu każe się wręcz spowiadać), obu zaś czyni uwiedzionymi przez prostytutkę, ukazaną jako osoba całkiem bez ikry (mimo iż wciela się w nią nasza wspaniała Dominika Ostałowska).

U Csátha całkiem na odwrót: chłopcy są, jacy są, wcale nie lepsi ani gorsi od innych występujących w utworze osób, reprezentują człowieczeństwo w fazie inicjalnej, rozwijającej się tak, a nie inaczej wskutek braku kontroli (śmierć ojca), lecz na pewno nie wskutek drzemiącego w kimkolwiek zła. To nie dorośli są winni ani dzieci, winne jest człowieczeństwo, które można ewentualnie tak lub inaczej powściągnąć. To nie prostytutka uwodzi chłopców, to oni tłamszą ją swoją bezczelnością, tylko że nawet w roku 1997 nie była możliwa na wielkim ekranie scena, w której dwaj gimnazjaliści „odłożyli podręczniki, przysiedli na kanapie, przyciągnęli do siebie dziewczynę i zaczęli ją całować, gryźć i pieścić. Zamknęła oczy i śmiała się bezgłośnie. Bracia spojrzeli na siebie porozumiewawczo i zaczęli ją bić. Wtedy dziewczyna wybuchnęła gromkim śmiechem, jak gdyby ich razy sprawiały jej przyjemność...” etc. Było to możliwe w węgierskim piśmie literackim w roku 1908, co w sumie stanowi pewien dowód na wyższość literatury nad kinematografią. Bracia Witmanowie nie są źli, są wyjątkowo dobrze ukonstytuowanymi bytami (jak by powiedział Andrzej Falkiewicz), Géza Csáth stworzył ich i na tym polega jego wkład w światową literaturę.

Géza CsáthGéza Csáth

W jego własnych dziennikach próżno doszukiwać się scen okrucieństwa wobec zwierząt (czego dopuszczają się bohaterowie zarówno „Matkobójstwa”, jak i „Małej Emmy”), był raczej grzecznym chłopcem, lecz musiało go to jakoś tam fascynować, skoro poświęcił temu tyle miejsca w swojej prozie. Sam pamiętam ambiwalentne uczucia, które mną targały, gdy dzieci z domu dziecka rozcięły brzuch mojej kotce – coś między nienawiścią a zazdrością. Csáth być może osobiście nie uległ pierwotnemu popędowi do znęcania się, lecz jego twórczość wykazuje pełnię zrozumienia. On sam nie został (jak chciał) kompozytorem, został (jak nie chciał) psychiatrą, ta decyzja okazała się wyrokiem śmierci.

Nie ma już dziś uzdolnionych literacko lekarzy, a sto lat temu tylu ich było… Czemu to zawdzięczamy? Raczej nie temu, że dostęp do morfiny został poważnie ograniczony, nie wszyscy bowiem lekarze-pisarze byli morfinistami, dość wspomnieć Czechowa bądź Schnitzlera, inni jednak jak najbardziej byli, i tu wspomnijmy Bułhakowa, Benna i oczywiście Csátha, który w eksploracji tego tematu poszedł najdalej. Lekarz, który zaćpał się na śmierć, nie mówiąc o tym, co uczynił po drodze. Jednak w tym budzącym zgrozę przebiegu jego biografii nietrudno dostrzec pewną logikę. „Matkobójstwo” powstało, gdy autor miał 21 lat. Chłopak w tym wieku, tak dalece zniechęcony do idei człowieczeństwa, popełniał zwykle w tamtych czasach samobójstwo. Csátha „uratowały” dwie rzeczy: narkomania i seks. Obojgu oddawał się w dawkach zadysponowanych (podówczas) przez zawód lekarza, więc niemal nieograniczonych; podlegały mu zarówno pacjentki, jak i apteczka. Jednego wszakże nie przewidział, nienawistne człowieczeństwo zdominowało go, stał się nieszczęsnym niewolnikiem swoich nałogów i umarł jak pies, w rowie, gdy przyplątała się wojna (nad którą, jak mu się zdawało, sprawował pełną kontrolę, chcąc uzyskać stopień oficerski bez uczestnictwa w działaniach bojowych).

Człowieczeństwo zawsze człowieka zdominuje i nie ma przed tym ucieczki, kimkolwiek by się było. Csáth zawsze stawiał na samokontrolę, ta jednak go zawiodła, przerodziła się w zwykłą buchalterię: tyle dziewczyn przerżniętych, tyle dawek wziętych. Zarówno „Historia mojego morfinizmu”, jak i „Zapiski o lecie 1912”  to rzeczy nudne, niegodne czytania, przedrukowywania, zwykłe świadectwa upadku. Ale czy jest możliwy upadek poniżej człowieczeństwa? – oto pytanie, które zadaje nam Géza Csáth.

Géza Csáth, „Opium”. PIW, w księgarniach od 10 maja 2016Géza Csáth, „Opium”. PIW, w księgarniach od 10 maja 2016Gdyby był pisarzem polskim, byłby pisarzem młodopolskim. Jednakże niektóre jego utwory brzmią zaskakująco nowocześnie, są jakby odessane ze wszystkich ówczesnych miazmatów, napisane językiem prostym i pełnym godności. Inne natomiast starają się przypodobać dyktatowi panującej stylistyki, robią to całkiem sprawnie, ale co nam z tego? Csáth interesuje nas jako diagnosta człowieczeństwa, nie jako depozytariusz przebrzmiałych technik czy też kancelista swoich uzależnień. Stąd mam pretensję do PIW-u, że wyborowi jego tekstów nadał tytuł „Opium” (wzięty z dość ciekawego, ale raczej dla badaczy, poematu prozą); tytuł ten sprowadza jego skomplikowaną osobowość do prostego poziomu „terapeuty wymagającego terapii”, ponad sztukę przedkłada dokument egzystencjalny, jak gdyby ten wybitny pisarz był kolejną Christiane F.

Interesująca skądinąd jest ta pociągająca moc narkomanii, tak wielka, że ulegli jej nawet redaktorzy szanowanego wydawnictwa. Tom skonstruowany jest asymetrycznie, wyborowi nowelistyki autora towarzyszą dwa obszerne zapisy autobiograficzne, dodane niewątpliwie w celu podniesienia pułapu „sensacyjności” całej publikacji. Tymczasem diarystyce Csátha można by poświęcić osobny tom, przedstawić ją w jakimś tam całokształcie (tak jak zrobiła to „Literatura na Świecie”), gdyż równie interesujące są zapiski gimnazjalne (będące niewątpliwym źródłem kilku „sielskich” utworów pisarza), jak i te późne, z okresu pożycia małżeńskiego. Książka „Opium” robi zaś wrażenie czegoś tyleż prowizorycznego, co ostatecznego: macie tu tego Csátha, więcej wydawać go nie będziemy. Rok Kultury Węgierskiej nie zdarza się co rok, więc trudno oczekiwać, że jeszcze kiedyś ktoś zajmie się tym Węgrem.

Csáth felietonista propaguje światopogląd naukowy, sprzeciwia się nauczaniu religii w szkołach etc., jednakże w jego ostatnich (tzn. uczynionych około trzydziestki) zapiskach ujawnia się religijność typu wręcz dewocyjnego. Jest to ciekawe, ale bynajmniej nie tajemnicze, jeśli zważyć, że przez całą (ale zwłaszcza wczesną) nowelistykę autora przewija się postać „czarodzieja”. A zatem chęć powrotu do pierwotnych form kontaktu z transcendencją, nieśmiała próba przezwyciężenia obiektywnie panującego materializmu. Całe to czarowanie okazuje się jednak funta kłaków warte, czarodziej umiera, jego ogród porastają chwasty. Stąd (na etapie morfinizmu) sięgnięcie po sprawdzony „zestaw LEGO” w postaci tradycyjnej religijności, równie zresztą nieskutecznej. Pamiętajmy, że Csáth był wagnerystą, marzyły mu się rzeczy wielkie, osiągnął jednak niewiele, a i to zaprzepaścił, człowieczeństwo pokonało go na wszystkich frontach, nie był bowiem takim sprytnym łobuzem, jak jego bohaterowie. Był raczej chłopcem, który się „zgubił” w ciele dorosłego mężczyzny, nad którym to ciałem pastwił się zresztą niemiłosiernie. W życiu jednak, inaczej niż w opowiadaniu, nie czekała nań u końca drogi żadna babcia, by zaprowadzić do domu, na ulubione naleśniki.


.Nie można wszakże mówić o całkowitej klęsce tego czarodziejstwa, którego sekretne działanie możemy zaobserwować na gruncie pozasłownego przenikania się kultur. O ile bowiem jeszcze za wcześnie na zaistnienie utworów, które powstałyby w Polsce pod bezpośrednim wpływem Csátha, o tyle zdarzały się tu dzieła, które spokojnie mogłyby wyjść spod jego pióra, jak choćby „Piłkarze” Andrzeja Łuczeńczyka (1982), arcydzieło nowelistyki, będące polskim odpowiednikiem „Małej Emmy”, czy film Pawła Sali „Matka Teresa od kotów” (2010), w którym bracia Witmanowie zjawiają się jak żywi, choć w innych dekoracjach. Niech mu to będzie pociechą na tym ostatecznym, ponurym wygnaniu.