Jeszcze 3 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Narośl

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Nie ma sensu zbytnio rozpamiętywać życia, bo prowadzi to tylko do zużycia aparatu refleksji, ale w mojej sytuacji zrobienie krótkiego podsumowania było na miejscu i ucieszyłem się, kiedy rachunek wyszedł na plus

Wprawdzie proponowano mi, abym na tych łamach zajął stanowisko w sprawie Euro, ale odparłem, że mam coś ciekawszego na oku. Bo rzeczywiście, niedawno wpadłem w wir przygody tak niezwykłej, że wcześniejsze prawie wyparowały mi z pamięci. Pewnej nocy, gdy karmiłem koty, zobaczyłem na murku jakiś kształt. Była to prawdopodobnie wrona. Widziałem wyraźnie jej profil, dziób, ale czy oczy miała otwarte, czy zamknięte, tego w ciemności dostrzec nie mogłem. Zastanowiło mnie, dlaczego siedzi tak nieruchomo, przecież dopiero co z wielkim hałasem przedzierałem się przez krzaki. Odszedłem cicho, nie chcąc jej zbudzić, choć podejrzewałem, że jest martwa. Mógł to być zwiastun czegoś niedobrego, jak w filmach, gdzie martwy ptak oznacza, że bohaterowie się pokłócą. Kilka dni później odkryłem, że na powiece zrobiła mi się narośl. Była wielkości mniej więcej główki od szpilki. A gdy po tygodniu znów popatrzyłem w lusterko, miała już rozmiar ziarnka ryżu.

Na szczęście organizm, trawiony niewypowiedzianą chorobą, zsyłał mi sny, które mogły być pomocne. W jednym z nich wybierałem się do skupu makulatury, zaopatrzonego, jak mi podpowiadała senna rzeczywistość, w wielkie ilości starych i cennych książek. Ale spóźniłem się i książki poszły na przemiał. Odczytałem to jako ledwie zawoalowaną wskazówkę, że powinienem iść do lekarza, nim będzie za późno. Okulista powiedział, że nic nie może zrobić i dał mi skierowanie do szpitala. Idąc do szpitala, zasapałem się i poczerwieniałem na twarzy, jakbym był na skraju zawału. „Mam nadzieję, że prócz narośli nie dostanę jeszcze zawału – pomyślałem – czyżby konkurowały we mnie dwie przypadłości całkiem odmiennej natury?”. Pani w recepcji ledwo zerknąwszy na skierowanie, którym potrząsałem, powiedziała, że jak chcę, mogę przyjść za cztery miesiące, kiedy będą zapisy na przyszły rok. „Kto wie, jak duża będzie narośl na powiece i czy w ogóle będę miał jeszcze powiekę”, pomyślałem.

Nie ma sensu zbytnio rozpamiętywać życia, bo prowadzi to tylko do zużycia aparatu refleksji, ale w mojej sytuacji zrobienie krótkiego podsumowania było na miejscu i ucieszyłem się, kiedy rachunek wyszedł na plus. Zastanawiałem się tylko, dlaczego moje zdrowie znalazło się w tak poważnym niebezpieczeństwie, mimo dość jeszcze młodego wieku. Wytłumaczyłem to sobie następująco: ponieważ mój plan, pielęgnowany od mniej więcej trzydziestu lat, zrobienia konkiety samym tylko talentem i względnie niskim nakładem pracy zakończył się klapą, to może natura odholowuje mnie teraz na pobocze, aby dać pole innym równie uzdolnionym. Drugim wytłumaczeniem było, że organizm zaopatruje nas w takie „wentyle smutku”, abyśmy nie byli zbyt hardzi i potrafili docenić ewentualne łaski od losu. Ciekawe, że tylko pobieżnie zajmowała mnie kwestia zaświatów. Wiadomo, że racje raz zdają się przechylać na stronę ich gorących zwolenników, to znów górę biorą sceptycy, i śledząc zmienne sukcesy tych dwóch stronnictw, trudno wyrobić sobie opinię. Ja pomyślałem, że nasz świat jest zasłoną dla bardziej istotnych siedzib duszy, które przesłaniają inne, jeszcze bardziej rzeczywiste światy. Teraz mogłem zająć się domykaniem i porządkowaniem rzeczy osobistych, niczym majsterkowicz, który muska lakierem budowany przez lata stateczek.

Zacząłem porządkować pamiątki. Kiedyś chciałem zaprezentować moją kolekcję w pięknym albumie, a teraz nie wątpiłem, że zrobią to inni. Kupiłem stary folder reklamujący taśmę przeciwkorozyjną, co dotąd odwlekałem na lepsze czasy. Nieznany sprzedawca dziwił się pewnie, że udało mu się sprzedać tak drogo tak zbyteczny i bezsensowny przedmiot, ale wielu kupujących, zwłaszcza in articulo mortis, skłonnych jest zapłacić nawet wygórowaną cenę, aby domknąć kolekcję. Otworzyłem szafkę z książkami, żeby je przejrzeć i potrzymać w rękach. Ale pierwszą natychmiast upuściłem ze wstrętem. W biblioteczce roiło się od karaluchów, które całymi rodzinami spacerowały po półkach. Prawdopodobnie przyniosłem je w paczce starych drewnianych spinaczy, które kupiłem od jakiegoś dziada. Porozstawiałem pułapki na karaluchy i spowity w słodkie feromonowe zapachy czekałem na dalszy rozwój wypadków, a zwłaszcza skupiłem się na tych wpływach narośli, które z wolna i podskórnie przeobrażały mój charakter. Mówi się, że dzieci są ulepionymi miniaturkami dorosłych i powyżej pewnego wieku ludzie się nie zmieniają. Mam na myśli istotne i trwałe zmiany, a nie podyktowane kaprysem. Dziewczyna, która nie może sobie znaleźć chłopaka milczy uparcie, zwracając uwagę przyjaciół, którzy pytają ją z niepokojem: „Dlaczego tak milczysz, a na pytania odpowiadasz półsłówkami, jakby mówienie sprawiało ci trudność? Bardzo się zmieniłaś”. Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się chłopak i dziewczyna przestaje milczeć, podryguje i jest taka jak dawniej, a nawet weselsza. Nie ma to nic wspólnego z rzeczywistą zmianą, która potrafi przeorać na wskroś umysłowość ludzi wrażliwych, a mnie właśnie przydarzyło się coś takiego. Do niedawna zataczałem się i wpadałem głową na lep na mole, wchodziłem w miskę z wiśniami, które strzelały pod sufit, a w ustach miałem pełno kociej sierści. Teraz nabrałem dziwnej gracji i nie było już mowy, abym idąc, ściągał biodrami wiszące po obu stronach naręcza ubrań. W rodzinie osób podobnych do starej baby, do której czuję się przynależny, twarze mężczyzn są nalane, bo nie dbają o siebie i jedzą niezdrowe pokarmy, co daje pożywkę ich myślom pokrętnym i głębinowym. Ich oczy, jak wiśnie w budyniu, tkwią na pozór bezmyślnie i bez związku z tym, co dookoła. Bardzo się zdziwiłem, gdy z dnia na dzień zaczęły smakować mi potrawy lekkie, z przewagą jarskich. Tłumaczyć to można zapętleniem, kiedy przed spodziewanym kresem człowiek staje się na powrót niewinny i nie potrzebuje żadnych podniet prócz tych, które objawia otwarty umysł. Wypłynąłem na spokojne wody jakiegoś cudnego oczka torfowego, pośród ścielących się nisko wierzb i muskających taflę pajączków. Myśli, które dawniej tłoczyły się jedna przez drugą, teraz układały się same, a niektóre, jak meksykańskie papryczki były niesłychanie wyraziste i inspirujące. Często ludzie przeczuwający kres szepczą: „Jeszcze tyle miałem do zrobienia” i niektórzy bliscy tylko przez majestat cierpienia powstrzymują się od słów: „Skoro dotąd nic nie zrobiłeś, wątpliwe, abyś zrobił coś w przyszłości”. Ale to prawda, że w obliczu rychłego zgonu nagromadzone potencjały, niczym kry odrywające się od lodowca spływają do głowy, lodowe wiązania puszczają i uwalniają się wonne i kolorowe syfony.

Ogarnęła mnie straszliwa innowacyjność, chciałem wszystko ulepszać i naprawiać. Między innymi wymyśliłem, jak zawczasu pozbyć się tęsknoty za rzeczami, z którymi i tak kiedyś trzeba się będzie rozstać, na przykład za najlepszym przyjacielem lub za posadzonym własnoręcznie krzakiem bzu. Metoda jest dość prosta i posłużę się przykładem bobu, który bardzo lubię. Wiem, jak zimą tęskni się za bobem, bo sezon jest krótki i później można kupić tylko stary lub mrożony. Kiedy więc pojawi się bób, trzeba kupić od razu cztery kilo i jeść do zupełnego przesytu. Następstwem będzie wstręt, który na szereg miesięcy wyruguje bób z naszej puli pożądań.

W tym czasie, który dla lepszego porządku nazwałem „czasem narośli”, powstały moje najlepsze rzeczy, w tym cykl humoresek pod wspólnym tytułem „Judyta”, o młodej dziewczynie, która najpierw za wszelką cenę chciała wyjść za mąż, a gdy jej się wreszcie udało, miała do wszystkich żal za zmarnowane życie. Faktem jest, że wybranek był kompletnym przygłupem i bliscy dziewczyny widzieli to, ale milczeli, nie chcąc naruszyć delikatnych więzów. Wreszcie nastąpiło rozstanie i dziewczyna została przy siostrze oraz jej mężu, pełniąc rolę jakby przybranej córki, a zarazem „starej maleńkiej”, zatruwając im życie humorami.

Idąc ulicą, łyskałem oczami, z których jedno naznaczone było naroślą, czego przechodnie nie mogli wiedzieć, bo przysłaniały ją szkła moich fotochromów, obecnie przyciemnionych z powodu słońca. Mimo skrywanej potworności były to spojrzenia dobroduszne i chyba z ruchów głowy i całej postawy domyślali się tego. Nie wiedziałem, jak długo będę mógł zachować incognito. Już teraz ciężko mi było ukryć pomrugiwanie załzawionym okiem, ale w miarę możności chciałem odwlec bardziej stanowcze przedsięwzięcia. Gdyby ktoś pytał, dlaczego tak pomruguję, postanowiłem zbywać to śmiechem albo odpowiadać: „Teraz nie mam czasu, aby się tym zająć”. Dopuszczałem myśl o samodzielnej operacji, podobnie jak ów samotny żeglarz, który na Atlantyku wyciął sobie wyrostek robaczkowy.

Tymczasem cieszyłem się, że nadmierna wstydliwość i opory przed nawiązywaniem kontaktów z przygodnymi ludźmi opuściły mnie. Kiedyś, jeśli bachor trącał mnie na przystanku, ledwie potrafiłem zdobyć się na kwaśny uśmiech. Teraz podążałem wzrokiem za jego chwiejną rączką i poprawiałem malca, gdy niewłaściwie wymówił jakieś słowo. Zdawało się, że w oczach matek błyskał żal, że to nie ja jestem ojcem dziecka, podczas gdy właściwy ojciec stał w rozciągniętych gaciach gdzieś z boku. Proszący o papierosa pijaczkowie nie wprawiali mnie już w tak zły nastrój, oto uprzejmie zwracałem twarz w stronę pijanego knura i słuchałem jego przetykanych żebraniną wywodów.

Odkąd nie próbowałem na siłę i kosztem innych dostać się do lekarza, ogarnęła mnie dziwna pogoda ducha. Łatwo wykrzyczeć recepcjonistce w szpitalu wściekłość, a następnie zostać przywódcą jakiegoś protestu. Mogłoby to przynieść doraźne korzyści, ale zachęciłoby innych i w konsekwencji doprowadziło do chaosu, a nawet rozruchów społecznych. Znamy drogi na skróty i wiemy, że nie przynoszą niczego dobrego. Czyżby pomyślność narodu zależała od postawy tysięcy takich jak ja drobnych wyrobników cierpliwości? Niewątpliwie. Doświadczenie i przykład Niemiec, Japonii, Singapuru a obecnie Chin uczy, że wobec osobistych kłopotów nie pełne pretensji gardłowanie i angażowanie innych, a raczej przygryzienie ust i najwyżej dyskretny uśmiech, są osnową polepszania warunków życia. Jakkolwiek zabrzmi to śmiesznie, ja ze swoją zwyrodniałą powieką byłem, co prawda znikomym, czynnikiem tej stabilizacji. Czasem z rumieńcem wstydu mijam głośną manifestację i mam ochotę zapytać przywódcę „O co ci chodzi, człowieku? Czy o polepszenie warunków społecznych? Czy próbujesz raczej rozwiązać własne problemy, których przysporzyły ci gnuśność i chwiejny charakter?”.

Gdy szedłem podniecany takimi myślami, z lekko załzawionym okiem, starając się go nie potrzeć, co dałoby narośli asumpt do dalszego wzrostu, natknąłem się na ekipę telewizyjną, która robiła sondę uliczną. Padło pytanie: „Czy Rosja zagraża Polsce?”. Odpowiedziałem bez namysłu: „Oczywiście”. Znów padło pytanie: „A dlaczego?”. Ja na to: „Bo tak powiedział minister obrony”. Dziewczyna, która była obecna i usiłowała chować się za moimi plecami, to znów pozostawać gdzieś z tyłu, spytała mnie później: „Czy rzeczywiście Rosja nam zagraża?”. „A skąd mam wiedzieć? – odparłem. – Moja wypowiedź była tylko wyrazem postawy obywatelskiej, która polega na niekwestionowaniu decyzji rządu. Bo jak każdy będzie ciągnął w swoją stronę, to nic z tego nie będzie. I taka postawa jest, moim zdaniem, słuszna”. Uśmiechała się z lekkim zażenowaniem, nie do końca przekonana. Czy mogła przypuszczać, że mały pieprzyk na oku, z początku wielkości główki od szpilki, a później ziarnka ryżu uczynił mnie dojrzalszym i pozwolił widzieć sprawy z szerszej perspektywy?

W domu przybliżyłem lusterko do twarzy. Moja narośl zmniejszyła się. Była obecnie miniaturowym węgielkiem wygarniętym z paleniska i z wolna wytracającym żar. Widocznie nie wskórawszy niczego, prócz ożywienia najlepszych cech mojego charakteru, wycofywała się do swoich leży. Ledwo straszliwe odium znikło, już wróciłem do starych nawyków, pieniactwa i skłonności do narzekania. Śliczna stara laleczka, którą kupiłem na targu, wydała mi się nie dość ładna i zdawało mi się, że przepłaciłem, a gdy w zamęcie zakupów zgubiłem jej bucik, kląłem jak najęty, mimo że obok stały młode kobiety z dziećmi. Chciałem podejść do nieznajomego mężczyzny i z wielką powagą, patrząc mu w oczy, powiedzieć: „Pan umrze za trzy tygodnie”, a potem napawać się jego lękiem. Tylko z wielkim trudem temu nie uległem. I znów, jak za dawnych czasów wdeptywałem w miskę z kocim jedzeniem, zataczałem się i wpadałem głową prosto w lep na mole. Tak to bywa z moralnymi ozdrowieniami, mijają równie szybko, jak gwałtowny i pozornie triumfalny jest ich pochód.