UWAŻNOŚĆ:   Rzeczy widzialne
fot. Andrzej Kramarz

UWAŻNOŚĆ:
Rzeczy widzialne

Dariusz Czaja

Nagłe olśnienie, zdumienie niezwyczajnością tego, co zwyczajne, zobaczenie jak gdyby po raz pierwszy tego, co widziało się dziesiątki razy – taki  był punkt wyjścia fotografii Andrzeja Kramarza

Jeszcze 4 minuty czytania

1. Zdrowy rozsądek kłamie: niełatwo jest coś zobaczyć. W codziennej rutynie sprowadzamy oczy do prostej funkcji widzenia. Oczy widzą, to znaczy: wyodrębniają rzeczy z continuum doświadczenia. To, co widziane, rozum dzieli następnie na klasy i podklasy. Obiekty pod pewnymi względami podobne łączy we wspólne zbiory, elementy odmienne oddziela od siebie. Ale widzenie nie jest wyłącznie zdarzeniem z dziedziny fizjologii czy optyki. Oczy pozwalają zamieszkać w trójwymiarowej przestrzeni. Upewniają nas o trwałej i – wierzymy – niezmiennej konsystencji świata. Otwarcie oczu (co rano) to akt potwierdzenia realności widzianego i naszej w nim obecności. Widziane znaczy: realne. „Widziałem to na własne oczy!” – formuła potwierdzająca niepowątpiewanie o istnieniu czegoś; zdanie, sąd, od którego apelacja zdaje się już niemożliwa. Widzenie jest, jakże rzadko uświadamianą, osobliwością istnienia. Już sam fakt, że świat może za pośrednictwem oczu „wchodzić” w nas, jest czymś nadzwyczajnym. Ale i w samym widzeniu zdarzają się „punkty osobliwe”, które pozwalają sądzić, że jego jakość ma naturę stopniowalną, słowem: że widzenie widzeniu nierówne.

Widzenie jest rejestracją świata, ślizganiem się po jego skórze. Oko wydobywa kształt, kolor, fakturę rzeczy. Ale widzieć nie zawsze oznacza:  z o b a c z y ć.  Szybki rzut oka w stronę doświadczenia potocznego pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie: najczęściej widzenie wyczerpuje się w prostej funkcji rejestracji wzrokowej. Zobaczenie – to rzadki okaz w codziennej kolekcji spojrzeń. Język polski, dokonując leksykalnego rozróżnienia, trafnie zdaje sprawę z tych zasadniczych odmienności kryjących się za „widzeniem” i „zobaczeniem”. Celnie pisał o tym Bohdan Paczowski: „U Greków ‘widzieć’ (eidon) i ‘wiedzieć’ (oida) należały do tego samego czasownika – ‘eidon’, jako jego czas teraźniejszy, ‘oida’, jako przeszły – a dzięki wspólnemu źródłosłowowi ‘id’ łączyły się one z ‘ideą’. Oba te pojęcia wydają się do siebie zbliżać w polskim słowie ‘zobaczyć’. Znaczący odcień, jaki dzieli ‘zobaczyć’ od ‘widzieć’, ginie w innych językach – francuskim, włoskim czy niemieckim – sprowadzany do samego widzenia, tymczasem ‘zobaczyć’ może wyrażać zarówno olśnienie, jak i zrozumienie. Nie traci świeżości szybkiego spojrzenia, a równocześnie oznajmia, że po części wiadomo już, na co się patrzy, skoro się je ‘zobaczyło’ ” (Bohdan Paczowski, „Zobaczyć”).

A zatem: jeśli „widzenie” byłoby zaledwie poruszaniem się po krawędzi zewnętrza świata, którego fragmenty załamują się w naszym oku, to „zobaczenie” byłoby widzeniem spotęgowanym, przenikliwie uważnym, wchodzącym w głąb widzianego, w jego nieprzeczuwalne uprzednio warstwy. Widzeniem, które uwalnia się od bezrefleksyjnego notowania zmian w widmie świetlnym i ogarnia rozumiejącym spojrzeniem to, na co się patrzy. Czasownik „widzieć” wskazuje na trwałą czynność, mówi o rutynie spojrzenia, „zobaczyć” – raczej na incydentalny moment, błysk, dzięki któremu zaczynamy widzieć inaczej, mocniej, głębiej.


2.
z cyklu „Rzeczy”, fot. Andrzej KramarzNagłe olśnienie, zdumienie niezwyczajnością tego, co zwyczajne, zobaczenie, jak gdyby po raz pierwszy tego, co widziało się dziesiątki razy, mijało bez emocji. Taki właśnie był punkt wyjścia fotografii, które Andrzej Kramarz poświęcił rzeczom. Tak się składa, że dobrze znam miejsce, gdzie zostały zrobione fotografie, a mój dla nich entuzjazm ma z pewnością również biograficzne podszycie. To nieduży plac na krakowskich Grzegórzkach: prostokąt wciśnięty między Halę Targową, lodowisko Cracovii, nasyp kolejowy i ruchliwą ulicę Grzegórzecką. Przestrzeń, która od lat służy w niedzielne dni za miejsce sprzedaży i wymiany przedmiotów różnych.

W kilku stałych i najbardziej eksponowanych miejscach handluje się tu obrazami, zabytkowym szkłem i porcelaną, starymi meblami, a także książkami, płytami, znaczkami, sprzętem grającym i fotograficznym. To są miejscowe salony: towar tu oferowany ma swoją wartość, a ceny przedmiotów zdarzają się wysokie. Wystawiane obiekty (choć niekoniecznie nowe) tworzą swoistą arystokratyczną enklawę targowiska. Tu nie ma dostępu tandeta ani rzeczy uszkodzone.

Jest wszakże w tej przestrzeni targowej miejsce szczególne. Coś jakby lichy przedpokój wspomnianych salonów, tania ich imitacja, ciemny pasaż. Albo współczesna wersja Schulzowskiej ulicy Krokodyli, której – przypomnijmy – „rzeczywistość jest cienka jak papier” i przypomina „rupieciarnię jakiegoś ogromnego, pustego teatru”. To chodnik prowadzący wzdłuż nasypu kolejowego, gdzie wystawia się rzeczy szczególnego rodzaju. To w znakomitej większości rzeczy stare, czasem niesprawne, tandetne, o małej wartości, albo zgoła jej pozbawione. Jakieś zużyte, przechodzone rupiecie. Obiekty zdezelowane, wyglądające nawet na wyciągnięte ze śmietnika, prezentowane tylko w częściach.

Ta podrzędna przestrzeń pewnego dnia stała się dla Andrzeja Kramarza miejscem olśnienia. Odsłonięcia w znanej (może aż za dobrze) realności czegoś „całkiem innego”. Będąc dziesiątki razy na miejskim targowisku, nigdy wcześniej nie dostrzegał utajonego w nim osobliwego życia. Życia, kryjącego się w graciarni zalegającej poszczególne stoiska; w tej mało efektownej enklawie podłej zwyczajności. Ale właśnie ów jednorazowy błysk, przekształcający „widziane” w „zobaczone”, pozwolił odkryć, a może lepiej: po prostu ujawnić to, co przecież zawsze leżało w zasięgu wzroku! To, co wszyscy przechodzący na niedzielny targ widzieli! To, co było widać gołym okiem, a z jakichś powodów nie zostało wcześniej przez nikogo zobaczone. Dlaczego? Dlatego przede wszystkim, że jesteśmy nałogowymi niewolnikami schematów poznawczych. Że mamy inklinację do widzenia rutynowego, poznawczo bezpiecznego, zaokrąglającego rzeczywistość. Że, owszem, widzimy, ale z reguły nie potrafimy w widzianym nic nowego zobaczyć. Przypadek Kramarza dobrze odzwierciedla ten fakt i pokazuje, jak trudno pozbyć się nawyków percepcyjnych. A waga tej obserwacji wzrasta, kiedy uświadomić sobie, że mamy do czynienia z fotografem, a więc osobą szczególnie uwrażliwioną na wizualny banał i kalki poznawcze. Ile razy trzeba zobaczyć obiekt, żeby zdjąć z niego patynę zwyczajności? Ile razy trzeba przejść obok zbioru rzeczy opatrzonych, by dojrzeć w nich semantyczny nadmiar?

Co więc takiego się stało ze spojrzeniem fotografa, że spod maski „widzianego” zabłysło nagle „zobaczone”? Jeśli uchylić wyjaśnienie w kategoriach błogosławionego przypadku (co jest oczywiście możliwe, jednak tego rodzaju przypadki – warto pamiętać – jeśli zdarzają się, to oku już wcześniej przygotowanemu!), możliwa odpowiedź brzmi następująco: wydaje się, że trzeba było uważnie spojrzeć na tę pleniącą się bujnie tandetę pod całkowicie nowym kątem, z innego punktu widzenia (rozumianego tu całkiem dosłownie: jako zajęcie nowej pozycji obserwacyjnej). Inaczej mówiąc, konieczne było wyjęcie tej przestrzeni zabudowanej rzeczami z jej kontekstu czysto handlowego czy pragmatycznego i umieszczenie w zupełnie nowej skali odniesienia. Jeszcze dokładniej: trzeba było zastosować chwyt odrealnienia i uniezwyklenia widzianej rzeczywistości (łatwo powiedzieć, ale trzeba na to wpaść!), tak by zaczęła ona  z n a c z y ć  na nowo. Żeby zaczęła emanować sensami wcześniej niedostrzeganymi. Tego rodzaju – jednorazowe – olśnienie stało się początkiem całej serii zdjęć dokumentujących utajone życie przedmiotów.

3.

z cyklu „Rzeczy”, fot. Andrzej KramarzObiektyw fotografa zanurzył się w ten trywialny kosmos z wyraźną fascynacją, starając się uchwycić zadziwiającą mnogość i różnorodność rzeczy oferowanych do sprzedaży. Podążmy zatem za okiem obiektywu, by zobaczyć, co zapisało się na kolorowym obrazku.

Tych mikroświatów jest wiele, niemal każdy ma swoją specyfikę i szczególną aurę. Na przykład: noże, nożyki, łyżki, widelczyki, szczypczyki, lichtarze, świeczniki, czajnik, patera, talerz ozdobny, tasak, maczeta, krzyżyk metalowy, kropielnica, młynek do kawy, lornetka, budzik, wieszak na ścianę, kłódka z wetkniętym w dziurkę kluczem, odważniki, szczotki do ubrania, rozetka na noże, popielniczka, cukierniczka, nożyczki. Zaraz dalej: komplet kosmetyczny, śrubokręt, korkociąg, muszle z mórz egzotycznych, oprawki na okulary, lalki gumowe i kauczukowe, odznaki, maszynka do mięsa, drylownica do owoców, tarcze zegarowe, szkła do zegarów różnych gabarytów, szkła, szkiełka, sprężynki, werki, trzepaczki do miksera, wkręty, śruby, mutry, gwoździe, licznik niejasnego pochodzenia, posążek Buddy, laleczki, ubranka dla nich, różańce, krzyżyki, klatki dla ptaków, buty, wzmacniacz, pudełka na papierosy, pudełka na zapałki, pudełka na tytoń, płaskorzeźba, medale, heble, dłuta, łopatka do tortu, trąbka, skrzypce, gitara, pudełka ze: spinaczami, haczykami, nakrętkami, kopułkami, zdjęcie pornograficzne przedwojenne. Co jeszcze? Nożyk do papieru, szklanka w kształcie buta, wachlarz, monety, guziki, okucia do drzwi, formy do ciast, kamienny przycisk do papieru, kieliszki, szklanki, klucz francuski, zamki, wiertła, imadło, korek szklany do butelki, brzytwa, gipsowe główki wawelskie, wazon kryształowy, zapalniczki, podstawki tekturowe pod piwo, metalowy numer na drzwi, otwieracz do piwa z rogami jelenia, laski kościane, tasak z ostrzem w kształcie konia, finka, porcelanowe figurki świętych, ładowarki do telefonów, rowerek dziecięcy, fajka, aniołki z drewna, podzespoły do komputerów. Mało? Kable, kabelki, wtyczki, gniazdka, tranzystory, łożyska kulkowe, wyłączniki, potencjometr, latarka, głośniki, klamki, żelazka, podstawka na żelazko, świetlówki, medale w pudełeczkach złożone na miękkich poduszkach, zegarek na rękę, stoper, szyna do kolejki elektrycznej, popielniczka z drewna, z metalu, z marmuru, oprawki na żarówki, czapki wojskowe, piłki tenisowe stare, szklana chochla, futerał na aparat fotograficzny…

Można pogubić oczy. A to tylko część archipelagu rzeczy osobliwych. Remanent, którego dokonał fotograf, pozwala nam przyjrzeć się tym obiektom spokojnie, bez pośpiechu. Widać wyraźnie, że wiele z nich to bez wątpienia rzeczy po przejściach, obiekty „drugiej świeżości”, ze stygmatami byłego życia. Rzeczy wyraźnie démodé, określane jako estetycznie marne, albo wprost jako tandeta, bądź kicz. Jeśli nawet zdarzają się tu rzeczy z naszej (zwłaszcza technicznej) nowoczesności, to są one – jak świadczy o tym powyższe repetytorium – tylko drobną cząstką prezentowanej całości. Króluje tu jednak  świat, który przeminął. Obojętnie, gdzie oznaczymy granicę, poza którą umieszczamy „dawność”, „starość”, „niewspółczesność”. To emblematyczne nieomal dla tego świata laleczki kauczukowe, wysłużone sztućce, papierowe tarcze zegarowe, płaskorzeźby z wizerunkiem papieża, wyroby szklane i kryształowe różnego autoramentu, tworzą prawdziwą esencję tej rzeczywistości. Zwłaszcza jej nostalgiczny wymiar.

Kiedy oglądamy poszczególne fotografie jako zamknięte, osobne całości, uderza w nich jedna rzecz: osobliwość zestawień. To przecież najczystszej wody surrealistyczne kolekcje, mogące spokojnie konkurować ze znaną wizją Lautreamonta: spotkaniem maszyny do szycia z parasolem na stole prosektoryjnym. Tego typu spotkań mamy tu co niemiara. Cudowny przypadek pozwala spotkać się tu wszystkiemu ze wszystkim. Tutaj wszystko jest możliwe. Nie ma takich dwóch obiektów pochodzących z całkiem odległych rzeczywistości, których by nie można położyć obok siebie. Wojskowy pagon obok strugaczki do ołówków, gipsowa główka obok naszyjnika z pereł (sztucznych raczej), model samolotu obok starych monet, srebrna łyżka obok elektronicznego podzespołu, żelazko na duszę obok głośników, krucyfiks obok noża, „Wyspa rekinów” obok wzmacniacza, klucze obok widelca, pluszowy miś obok kościanej laski, święty obrazek obok pornograficznego filmu itd. Rzeczy stare sąsiadują z nowymi, rzeczy zużyte leżą przy tych, które nadają się jeszcze do użytku, komiczne bliskie jest tragicznego, sakralne styka się tu (dosłownie!) ze świeckim, nic nie robiąc sobie z uświęconych zwyczajem klasyfikacji. To świat taksonomicznego szaleństwa, tylko z rzadka emanujący pozorami jednorodności (ładowarki, klucze, przedmioty metalowe). Zazwyczaj jest to przestrzeń doskonałej dysharmonii i nieokiełznanej pracy przypadku. Ale właśnie z powodu tego ostentacyjnie narzucającego się bałaganu – emblematycznie wręcz: ludzka. „Życie śmieje się z rozumu” – mawiał Gombrowicz. A gdyby mógł zobaczyć te płynne i sezonowe pseudokolekcje, znalazłby wiarygodny materiał potwierdzający powyższą sentencję.

W tym peryferyjnym świecie, istniejącym w jakiejś nie-prawej odnodze czasu, naprawdę wszystko może się zdarzyć. A spięcia te, okazuje się, niezwykle angażują naszą wyobraźnię. Jest tak, jak gdyby uważność fotografa udzielała się i nam. Jego oczami i my zaczynamy widzieć więcej i inaczej. To ciekawe: fotografie zdają się absolutnie statyczne, mieszczą się dobrze w konwencji rejestrującej, czysto sprawozdawczej, a przecież uruchamiają prawie że niepostrzeżenie nasze zdolności narracyjne. Łapiemy się na tym, że staramy się znaleźć jakąś logikę w tym chaosie, szukamy na siłę jakichś nieprzytomnych powiązań, by ogarnąć te światy zrodzone z przypadku albo kaprysu czyjejś okazjonalnej pomysłowości. Prokurujemy jakieś ciągi dalsze, dopisując opowieści do przedmiotów, które właśnie oglądamy. Odłamki cudzych historii sprzęgamy z naszym czasem prywatnym. Reaktywujemy nostalgicznie przeszłość…

Po chwili okazuje się, że ten martwy świat jednak żyje. Ożył nagle, kiedy pierwszy raz  z o b a c z y ł  go fotograf, i wpuścił krew i powietrze w te martwe natury. I ożywa za każdym razem, kiedy te mikroświaty wpadają w nasze pole widzenia. Próżno dodawać, że w każdym z nas załamują się one inaczej. Co innego nas porusza, co innego zaczepia nasz wzrok. Dla każdego z widzów inny obiekt może stać się początkiem imaginowanej historii. Z czasem orientujemy się, że w tym biednym kącie przy nasypie kolejowym, gdzieś na peryferiach świata uznanego piękna i wzniosłych wartości, w tym ciemnym pasażu, żyje skroplony w materii czas przeszły dokonany, odżywają ludzkie komedie i dramaty. Zamrożone w rzeczach życie tli się niepokojąco. Wybrzmiewają smutne elegie na odejście. Toczą się historie, o jakich nam się nie śniło…


4.

z cyklu „Rzeczy”, fot. Andrzej KramarzNie zapominajmy wszakże, że nie oglądamy samych rzeczy, ale ich fotograficzne reprezentacje. Odbitki, papierowe ślady po realnych rzeczach. Jednak na przekór współczesnemu gadaniu o inflacji obrazów (również i fotograficznych), na przekór tezom o ich wtórności i imitacyjnym wymiarze, chciałbym podtrzymać myśl o odkrywczym, rewelatorskim wymiarze tych fotografii. Zależy mi na tym, by zaznaczyć, że ich metaforyczny wymiar – i to w sensie elementarnym greckiego metapherein, które mówi o ruchu, przeniesieniu z jednego miejsca na drugie – nie odbiera ciężaru realnym rzeczom. Przeciwnie: wprowadzając je w nowy kontekst, nie tylko daje im nowe życie po życiu, ale ich istnienie naznacza nowymi sensami. Nie zawsze przejście trójwymiarowego obiektu w dwa wymiary naświetlonego prostokątu musi oznaczać odebranie mu realności: „Od czasu do czasu ponurą, wręcz brutalną, litanię demonstrowanych obiektów przerywa blask rzeczy widzialnej, łagodna ekspresja olśniewająca obcością, niekonwencjonalnością oraz tym, że jest czystą manifestacją świata i tylko świata. Coś napotkanego. Wdzięczność, ciekawość i nagłe przebudzenie się naszych oczu jest wywołane przez naturalną rozrzutność świata” (E. Pontremolli, „Nadmiar widzialnego”, przeł. M.L. Kalinowski).

Czym zatem są te fotografie rzeczy zwykłych? Trudno tu o jednoznaczną odpowiedź. Tkwią one gdzieś w zawieszeniu pomiędzy prostym dokumentem, zapisem historycznym, a realizmem symbolicznym. Nie ma powodu, by kiedyś zdjęcia te nie mogły posłużyć jako swoiste źródło historyczne: są przecież wyrazistym zapisem konkretnego momentu czasowego, kroniką tego, co usunięte, wyrzucone na margines. Stanowią kolekcję portretów realności najniższej rangi. Ale z drugiej strony, w wielu z nich jest jakiś trudny do nazwania nadmiar, rodzaj poetyckiej nadwyżki. To, co pokazane bezpośrednio i wprost, odrywa się tu od swojej materialności i celuje w metaforyczny skrót i niedopowiedzenie.

Ujawniony na fotografiach Andrzeja Kramarza „nadmiar świata” ani nie przeraża, ani nie deprymuje. Przeciwnie: oczyszcza spojrzenie i każe zapytać o rzeczy pierwsze. Świat tu przedstawiony nie ma nic z tak pożądanej jednoznaczności, wciąż jest zagadkowy i niepochwytny w proste formuły. A wielość form widzialnych nie przestaje zadziwiać. Kolorowe spodeczki, wydrążone tarcze zegarowe, a tuż obok zardzewiały nóż…



W tekście wykorzystałem fragmenty z mojego wstępu do katalogu: Andrzej Kramarz, „Rzeczy”, Muzeum Etnograficzne im. S. Udzieli w Krakowie, 2008


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.