Triumf

22 minuty czytania

/ Sztuka

Triumf

Stach Szabłowski

Co wolimy w sztuce? Niezawodną klasykę czy niepewny eksperyment? Efektowny spektakl czy żmudną pracę u podstaw? Celebrowanie sukcesu czy krytyczny namysł? Rezultaty czy procesy? Nieskazitelną biel czy wieczny półmrok? Muzeum w Pawilonie Czterech Kopuł czy w poniemieckim bunkrze?

Jeszcze 6 minut czytania

Miasto spotkań jest niby jedno, ale jak w każdym mieście, istnieje w nim wiele rzeczywistości równoległych. Nie chodzi nawet o to, że tu slumsy, a tam strzeżone kondominia, tu europejska stolica kultury, a tam kultura palenia kukieł itd. Jak kontrastowo różne potrafią być równoległe rzeczywistości w jednym mieście, uświadomiłem sobie niedawno, przemieszczając się między Muzeum Sztuki Współczesnej a Muzeum Współczesnym Wrocław. Fizyczny dystans dzielący te dwie instytucje nie jest wielki. Nazwy też są bliskoznaczne. Oba muzea ulokowane są w nieruchomościach poniemieckich. Nawet loga mają trochę podobne: w obu wypadkach to takie typograficzne gry z literkami M i W. Można by niemal pomylić jedno muzeum z drugim. Oczywiście dopóki się do nich naprawdę nie pójdzie, bo wtedy okazuje się, że choć z pozoru są to instytucje na ten sam temat, to należą do różnych światów.

W czasie ESK we Wrocławiu naprawdę dużo się dzieje. Pewnej gorącej nocy pod koniec czerwca pojechałem na Survival, doroczny przegląd sztuki w różnych pozainstytucjonalnych, miejskich sceneriach. Rok temu impreza odbywała się w dawnych koszarach ZOMO. Tym razem ulokowała się w hali produkcyjnej Fabryki Automatów Tokarskich. Wystaw w postindustrialu widziało się wiele, ta była o tyle ciekawa, że za ramę dla sztuki nie służył żaden post-, lecz aktualny przemysł. Fabryka wciąż działa; artyści wystawiali przez weekend w miejscach pracy, które w tygodniu zajmowane są przez tokarzy. Instalacje artystyczne inspirująco miksowały się z instalacjami przemysłowymi; wystawę spajała wszechobecna woń smaru. Pod wpływem jego oparów sojusz robotniczo-twórczy wydawał się niemal realny. Tematyka była pracownicza, poziom zaangażowania, ale i nostalgii (np. za godnością pracy) wysoki. Artyści z przyjemnością wcielali się w robotników sztuki.

Kilka lat temu jedna z edycji Survivalu odbyła się w Pawilonie Czterech Kopuł na Wielkiej Wyspie. Specjalnością Survivalu jest wynajdywanie miejscówek zapomnianych, na wpół zrujnowanych pustostanów. Wtedy wydawało się, że Pawilon Czeterch Kopuł jest jedną z nich. Jasne, pamiętamy, że to nie pierwsza z brzegu PRL-owska fabryka, tylko obiekt pierwszej klasy: projekt słynnego Hansa Poelziga, wyborna niemiecka robota, perła dolnośląskiego modernizmu. W pewnym momencie ta perła była już jednak mocno przykurzona; lata świetności, w których Pawilon gościł legendarną Wystawę Ziem Odzyskanych, należały do bardzo już odległej przeszłości. Potem działała tu Wytwórnia Filmów Fabularnych. Filmowcy nakręcili w Pawilonie wiele wspaniałych rzeczy (m.in. „Rękopis znaleziony w Saragossie” Hasa), ale z samym obiektem obchodzili się obcesowo. Nazywając sprawy po imieniu, zdegradowali go bezlitośnie. Jako to filmowcy: Cztery Kopuły najpierw wykorzystali, a potem porzucili, kiedy w kapitalistycznym modelu produkcji praca w pięknych okolicznościach architektury Poelziga stała się nierentowna.

Minęło kilka lat i kiedy wszedłem do Pawilonu Czterech Kopuł – obecnie Muzeum Sztuki Współczesnej – na moment lekko opadła mi szczęka. Błyskawicznie ją podciągnąłem; trwało właśnie oficjalne otwarcie okraszone pierwszorzędnym zakąskami; obiekt pełen był eksministrów kultury i dziedzictwa, unijnych dygnitarzy i w ogóle różnych postaci, przed którymi nie wypadało paradować z otwartą z wrażenia gębą. Po poetyce ruin z czasów Survivalu nie zostało ani śladu. Pawilon wygląda jak milion dolarów. Cóż tam milion. W renowację Czterech Kopuł Ministerstwo Kultury oraz samorząd wojewódzki wpompowały wspólnie ponad 80 milionów złotych – i te pieniądze widać. Wkroczyć do tego Muzeum to wejść w strefę nieskazitelnej bieli, wysokogatunkowych materiałów, śnieżnych wylewek podłogowych, powietrza, przestrzeni i zalewającego ją światła. Wiele z tej jakości to zasługa Poelziga, ale autorzy renowacji bezbłędnie odczytali intencje niemieckiego modernisty i wydobyli to, co w jego architekturze najlepsze.

Muzeum Sztuki Współczesnej jest odziałem Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Jak wiadomo, highlightem jego kolekcji są zabytki średniowieczne, ale zaraz po nich – sztuka współczesna, zbierana konsekwentnie całe dziesięciolecia przez charyzmatycznego dyrektora Mariusza Hermansdorfera. Pamiętam ekspozycję wyboru z tej kolekcji na strychu siedziby głównej MNW. Prace były świetne, ale samą ekspozycję spowijała typowa dla muzeów narodowych atmosfera zakurzenia, którą jakoś ciężko jest rozwiać, nawet kiedy się te instytucje intensywnie odświeża.

W Pawilonie Czterech Kopuł o zakurzeniu nie ma mowy. Wszystko wygląda jak nowe, nawet prace sprzed pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat, bo tytułowe pojęcie „współczesności” w Muzeum Sztuki Współczesnej traktowane jest w sposób elastyczny – rozciąga się je na naprawdę odległą przeszłość. Elastyczność ma jednak swoje granice – współczesności rozciągniętej tak, by pokryła historię, nie starcza już za bardzo na współczesność współczesną. W kolekcji znajdują się prace Althamera, Kozyry, Juliana Jakuba Ziółkowskiego – niektóre nawet całkiem świeże, więc formalnie dotykamy teraźniejszości, ale tylko jednym palcem, tonąc w morzu współczesnej klasyki. Muzeum Sztuki Współczesnej okazuje się przede wszystkim muzeum sztuki powojennej, muzeum II połowy XX wieku.

Pawilon Czterech Kopuł, fot. S. Klimek,  J. Stoga, W. Rogiewicz 

Szefowie wrocławskiego Muzeum Narodowego, Piotr Oszczanowski i Barbara Banaś, po otwarciu Czterech Kopuł udzielili Karolinie Plincie interesującego wywiadu – podczas jego lektury czułem na karku powiew zachodzących zmian. Jeszcze kilka lat temu termin konserwatyzm z trudem przechodził w środowisku artystycznym komukolwiek przez gardło, nawet w muzeach narodowych brzmiał jakoś tak… no, konserwatywnie. Dziś wrocławscy dyrektorzy posługują się nim bez kompleksów, po prostu opisują fakt. Pytani o sformułowaną przez Piotra Piotrowskiego koncepcję „muzeum krytycznego”, odpowiadają, że koncept szanują, ale uważają go w najlepszym razie za interesującą utopię. Ich muzeum nie ma więc być polem konfrontacji krytycznych dyskursów, lecz miejscem przechowywania, utrwalania – i sceną, na której występują wybitne dzieła. Na tej scenie ożywają tradycyjne kategorie, które, jak się okazuje, wyszły z ognia postmodernistycznych dekonstrukcji właściwie bez szwanku. Forma, piękno, rzeźba, malarstwo, artefakt – to jest prawdziwe muzeum eksponatów, uniwersalnych, ponadczasowych, lewitujących w odrealnionych, sterylnie białych abstrakcyjnych przestrzeniach Pawilonu Czterech Kopuł.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że w tym oderwaniu (sztuki) od rzeczywistości nie można znaleźć zadowolenia. Przeciwnie, dawno nie widziałem wystawy tak dobrze dającej się oglądać. Te Kantory, te monumentalne Abakany, prace Szapocznikow w nieskazitelnych bielach i w przestrzenności Poelziga… Włodzimierza Borowskiego czy Hasiora nigdy nie widziałem tak fantastycznie, przekonywająco wystawionych – wyglądają pięknie, prawdziwie i dobrze. Inna sprawa, że jest co w Czterech Kopułach wystawiać; zebrana przez Mariusza Hermansdorfera kolekcja jest bogata w skarby.

Jak już się jednak rzekło, nie można mieć wszystkiego – i pod Czterema Kopułami też wszystkiego nie ma. To historia sztuki powojennej, w której właściwie nie wydarza się zwrot konceptualny; neoawangarda jest ledwie echem, tak dalekim, że ostatecznie go nie słychać. Nowe media też są obecne marginalnie. Pogłoski o śmierci malarstwa okazują się przedwczesne i niepotwierdzone, mocno trzyma się rzeźba. Dyskurs cichnie, do głosu dochodzi forma. Patrząc z perspektywy Pawilonu Czterech Kopuł, fale antysztuki spłynęły po tradycyjnych kategoriach i gatunkach jak woda po gęsi. Rozliczne dekonstrukcje nie naruszyły fundamentów sztuki przez wielkie S. Na tych fundamentach mocno osadzane są wybitne dzieła. Procesualny, kontekstualny czy performatywny wymiar twórczości – to tylko lotne piaski, historia rozwieje je już wkrótce, a muzeum pomyślane jest w dłuższej perspektywie niż współczesność. Przedmiotem jego aspiracji jest długie trwanie wartości, przyszłe pokolenia. I jednocześnie sukces ma już teraz, co pokazuje, że zasada, w myśl której nie można mieć wszystkiego, sprawdza się – ale nie zawsze.

Problem możliwości posiadania wszystkiego jest abstrakcyjny. Ja natomiast zastanawiałem się nad zagadnieniem konkretnym: czy Wrocław stać na dwa muzea na temat sztuki współczesnej? To pytanie towarzyszyło mi, kiedy pedałowałem na veturilo z jednego muzeum do drugiego muzeum.

Nie raz, nie dwa byłem w (tymczasowej) siedzibie Muzeum Współczesnego Wrocław. Realizowałem nawet w jego murach artystyczne działanie. Znam to miejsce nieźle, a jednak pod wpływem wizyty w Pawilonie Czterech Kopuł ujrzałem je jakby na nowo. Bo choć nazwa ta sama (Muzeum) i temat też (Współczesność) – to jakże totalnie kontrastują ze sobą te dwie instytucje. Kontrastowanie zaczyna się na długo przed wejściem do budynków. „Proszę nie zapominać, że znajdujemy się na Wielkiej Wyspie” – zwracał uwagę Karolinie Plincie dyrektor Oszczanowski, opowiadając o walorach Czterech Kopuł – a na Wielką Wyspę na pewno warto się wybrać, oprócz Pawilonu Czterech Kopuł jest tu przecież Hala Stulecia, Centrum Kongresowe, Park Szczytnicki, Ogród Japoński, Pergola, Fontanna Multimedialna, Ogród Zoologiczny z obleganym Afrykarium  – jest wiele możliwości dla spragnionego wrażeń turysty i chcącego tu wypocząć wrocławianina. Myślę, że jest to przestrzeń interesująca dla odbiorców bardzo różnego typu”.

Widoki wystawy, Pawilon Czterech Kopuł, fot. J. Stoga

A Muzeum Współczesne Wrocław? To też jest przestrzeń interesująca, ale nie dla każdego typu odbiorców. Plac Strzegomski, na którym znajduje się MWW, również jest swego rodzaju wyspą – tyle że taką, która tkwi pośrodku wielopasmowych jezdni. Zona turystyczna kończy się dobre dwa przystanki tramwajowe wcześniej. Nie ma Pergoli, Fontanny Multimedialnej ani japońskiego ogrodu. Dookoła rosną bloki, a do muzeum prowadzi przejście podziemne, z gatunku tych, co to dobrze sprawdzają się jako scenografia do hiphopowych teledysków. Na Wielkiej Wyspie, przed wejściem do Pawilonu i hali Stulecia, czekają na turystów foodtracki; na placu Strzegomskim można sobie kupić hot doga na pobliskiej stacji benzynowej. Można też zarobić w czapkę, zwłaszcza jeżeli nosi się za wąskie spodnie, o czym dwa lata temu przekonał się na własnej skórze jeden z kuratorów Muzeum.

A same budynki? Muzeum Sztuki Współczesnej mieści się w modernistycznym pawilonie. Muzeum Współczesne Wrocław w hitlerowskim bunkro-schronie. Pierwszy został wybudowany na wierze w przyszłość. Drugi wzniesiony na strachu przed alianckimi nalotami. Pierwszy jest pełen światła i przestrzeni. Drugi w półtorametrowej grubości murach nie ma nawet okienek strzelniczych, wewnątrz panuje półmrok, osoby o skłonnościach do klaustrofobii czują ciężar obiektu – a osoby o słabej orientacji w przestrzeni w mig gubią się w labiryncie pomieszczeń wystawowych. Echo niesie w betonowej rotundzie bunkra niczym w studni.

Jednym z symbolicznych patronów MWW jest Stanisław Dróżdż – jego powiększona do monumentalnych rozmiarów praca zdobi fasadę bunkra. Wewnątrz znajduje się stała ekspozycja poświęcona Jerzemu Ludwińskiemu. W tych betonowych murach zaklęty jest duch myślenia awangardowego, duch konceptualny, skłonny do teoretycznych spekulacji, dyskursywny i tekstualny. Czy nie jest to aby ten sam duch, który został tak gruntownie wyegzorcyzmowany z Pawilonu Czterech Kopuł, aby zrobić miejsce dla dzieł i artefaktów? Zresztą nie ma potrzeby wywoływać duchów, bo do dyspozycji jest materiał porównawczy. Muzeum na Wielkiej Wyspie pokazuje kolekcję, ale i Muzeum na placu Strzegomskim przedstawia swoją. I są to kolekcje tak od siebie różne, jak odludny plac Strzegomski niepodobny jest do wesołej Wielkiej Wyspy.

Bohaterem kolekcji MSW są prace, artefakty. Tematem wystawy z kolekcji MWW jest praca, a dokładniej mówiąc: „stosunki pracy”. Zbiory w Czterech Kopułach – dzieła, których wartość symboliczna jest już wynegocjowana – stanowią przedmiot podziwu. Prace pokazane w Muzeum Współczesnym z ekonomią podziwu nie chcą mieć nic wspólnego. Starają się prowadzić widza krętymi, stromymi ścieżkami krytycznego namysłu w stronę kwestionowania wartości, sceptycyzmu i wywrotowych idei. Kolekcja MSW jest ekskluzywnie polska, zbiory MWW – międzynarodowe. Pod Czterema Kopułami sztuka przemawia w pierwszym rzędzie językiem formy. Na placu Strzegomskim dyskurs artystyczny przeplata się z językiem ekonomii i nauk społecznych. Pod Czterema Kopułami media wykraczające poza klasyczne gatunki sztuk pięknych obecne są marginalnie. W Muzeum Współczesnym jest ich aż za wiele – wnętrze bunkra pęka w szwach od filmów wideo, instalacji z przedmiotów znalezionych, tekstów, realizacji z pogranicza sztuki i dokumentu.

Muzeum Współczesne WrocławMuzeum Współczesne Wrocław

Zapytany przez Karolinę Plintę, czy Muzeum Sztuki Współczesnej i Muzeum Współczesne Wrocław konkurują ze sobą, dyrektor Oszczanowski unosi ze zdumieniem brwi: „Naprawdę? Nic nie słyszałem o takiej konkurencyjności. Ja osobiście nie widzę problemu, jeśli chodzi o funkcjonowanie różnych placówek muzealnych w samym Wrocławiu. Doprawdy nic nie mam przeciwko idei «stu kwiatów» Mao Tse-tunga”.

Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka obydwa muzea zdają się idealnie dopełniać. Znajdują się nie tylko na przeciwstawnych biegunach definiowania misji muzeum jako instytucji, ale również inaczej rozumieją społeczną rolę samej sztuki. Na drugi rzut oka widać, że o żadnym dopełnianiu nie ma mowy – w ogóle nic się tu nie spasowuje. Jeden ze wspominanych przez Mao kwiatów właśnie rozkwitł, drugi zdaje się więdnąć, bez skutku czekając, aż go przesadzą na lepszą glebę. W Bunkrze na placu Strzegomskim stoi makieta nowoczesnego budynku, który miał być docelową siedzibą MWW. Konkurs na projekt rozstrzygnięto 8 lat temu; w najśmielszym planie w zeszłym roku Muzeum miało być już zbudowane. We Wrocławiu od dawna nikt nie wierzył jednak, że w przewidywalnej przyszłości dyrektorka MWW, Dorota Monkiewicz, wydostanie się z czeluści Bunkra. A już tym bardziej teraz, kiedy zgodnie z obietnicami we Wrocławiu powstało muzeum poświęcone współczesnej sztuce. Wprawdzie nie jest to muzeum, o którym wcześniej mówiono, ale kto by się połapał w tych subtelnościach?

Współczesność na Wielkiej Wyspie jest mocno historyczna, ale kto na to zwróci uwagę, skoro zgromadzone tu zbiory odpowiadają popularnemu wyobrażeniu o „sztuce współczesnej”. Ba, ta muzealna współczesność jest nawet znacznie lepsza, łatwiejsza do oswojenia, przyjazna. Wystawa pod Czterema Kopułami to doskonałe miejsce do pogodzenia się ze współczesną sztuką dla tych, którzy mają wobec tej dziedziny uprzedzenia. Nie taki diabeł straszny. W perspektywie kolekcji Muzeum Narodowego okazuje się, że sztuka nowoczesna nie różni się aż tak bardzo od starej, dobrej sztuki przez duże S. Dyrektorzy Muzeum Narodowego zwracają uwagę, że specyfika ich wystawy „wynika z profilu kolekcji budowanej przez dyrektora Hermansdorfera, który swoją opowieść o polskiej sztuce rozpinał pomiędzy dwoma pojęciami: ekspresji i metafory”. Ekspresja i metafora wyznaczają dogodne pole spotkania z publicznością. Nie trzeba wikłać się w złożone konteksty, żeby doświadczyć na przykład Abakanów, fenomenalnie pod Czterema Kopułami wystawionych. To się po prostu widzi. To się po prostu czuje.

A w Bunkrze? Cóż, tu wręcz przeciwnie. Tu potwierdzają się najgorsze obawy przed sztuką współczesną. Filmy wideo są długie, oglądanie wymaga czytania, trzeba zapoznawać się z opisami, bo bez kontekstu większość realizacji przestaje być czytelna. W prezentacji kolekcji MWW tytułowe „Stosunki pracy” są kluczem do opisu współczesnej rzeczywistości społecznej i jej krytyki. „Stosunek pracy” jest jednak również metaforą kontraktu, który muzeum usiłuje zawrzeć z widzem – odbiorca musi zaangażować się intelektualnie w wystawę, popracować nad nią, wyciągnąć wnioski. Muzeum krytyczne wiele od publiczności wymaga; to uczciwa propozycja, ale umówmy się: niełatwo ją sprzedać.

Inwestycja w Cztery Kopuły została częściowo sfinansowana ze środków, które pierwotnie planowane były na budowę MWW. Wizja muzeum krytycznego we Wrocławiu odsuwa się na czas nieokreślony – otwarcie budynku zaplanowane jest w tej chwili na święty nigdy, tym bardziej, że rozwijająca od pięciu lat tę instytucję w tymczasowej siedzibie dyrektor Dorota Monkiewicz popadła w polityczną niełaskę. Miasto nie jest zainteresowane kontynuowaniem przez nią misji. Czy jest naprawdę zainteresowane samą misją – pozostaje kwestią otwartą. Muzeum krytyczne znajduje się więc w kryzysie i to wielowymiarowym. Władze Wrocławia oblegają warowny bunkier, pokaz kolekcji „Stosunki pracy” nie jest nawet wpisany na listę wydarzeń ESK, choć praktycznie wszystko, co dzieje się teraz w mieście, odbywa się pod tym szyldem.

Ktoś powie, że politycy mogą mówić co chcą, ale Muzeum Współczesne Wrocław jest sukcesem. Dorocie Monkiewicz udało się zgromadzić dobrą międzynarodową kolekcję, zbudować instytucję cieszącą się prestiżem, uchodzącą za jedną z ciekawszych w Polsce. Jednak w murach bunkra też lęgną się wątpliwości. Zanim wkroczymy na wystawę kolekcji, trafiamy na prezentację swego rodzaju audytu przeprowadzonego przez Artura Żmijewskiego i międzynarodowych aktywistów, weteranów ruchu Occupy Museums. To już nie tyle klasyczna krytyka instytucjonalna, ile kombinacja rozliczeń i terapii. Pod koniec 2013 roku Żmijewski i jego przyjaciele taką interwencjo-terapię zaaplikowali zespołowi CSW, do którego wówczas należałem. Wiem z doświadczenia, że jest to proces ciekawy, ale trudny, a już szczególnie dla dyrektorów. Hierarchie służbowe są kwestionowane, autorytet przełożonych poddany krytycznej dyskusji; na wierzch wypływają sprawy, emocje i defekty w stosunkach pracy, które w instytucjach na co dzień zamiatane są pod dywan. Mimo to Dorota Monkiewicz wpuściła na swoje podwórko działaczy, którzy mierzyli między innymi skalę autorytarnego charakteru jej władzy, wydobywali na światło dzienne frustrację przepracowanego i niezbyt hojnie opłacanego zespołu, obawy o przyszłość.

"Stosunki pracy. Z międzynarodowej kolekcji sztuki współczesnej Muzeum Współczesnego Wrocław", fot. M. Kujda

„Raport z Bunkra”, efekt pracy aktywistów z załogą MWW, jest podany w formie wystawy, nawiasem mówiąc, dość słabo podanej; wygląda to bardziej na pozostałości po długich warsztatach niż materiał zorganizowany z myślą, by odbiorcy mogli z niego jak najwięcej skorzystać. Rzecz okazuje się jednak i wciągająca, i pouczająca, jeżeli ktoś zainwestuje czas i wysiłek w przegryzanie się przez ręcznie pisane teksty, manifesty, dane i diagramy rysowane przez zespół MWW wspólnie z aktywistami. Dorota Monkiewicz aktywnie uczestniczyła w tym projekcie, jest w nim mocno obecna, dzieli się swoimi wątpliwościami. Muzeum Krytyczne jest krytyczne również wobec samego siebie. Pytanie, czy takie opuszczenie gardy, autorefleksja i publiczne dyskutowanie problemów działają na korzyść instytucji, czy ją dobijają?

Poprawna odpowiedź na to pytanie brzmi: zdolność do krytycznego przepracowania własnego modelu działania, otwarta dyskusja i praca na pojęciu kryzysu – to może instytucji wyjść tylko na dobre. Nie wygląda jednak na to, żeby miasto było zainteresowane poprawnymi odpowiedziami. Pragnie raczej sukcesów. Takim sukcesem jest Pawilon Czterech Kopuł. O (auto)krytyce nie ma tu mowy; nowa instytucja opowiadana jest w triumfalnej retoryce wielkiego osiągnięcia, którym zresztą MSW naprawdę przecież jest. To triumf muzeum konserwatywnego nad muzeum krytycznym.

Ten triumf ma ciekawy historyczny kontekst, bez wątpienia przypadkowy, ale i tak znamieny. Pawilon Czterech Kopuł jest, wraz z Halą Stulecia, częścią kompleksu Terenów Wystawowych, wzniesionych na Wystawę Stulecia organizowaną w 1913 roku we Wrocławiu dla upamiętnienia setnej rocznicy zwycięstwa Prus nad Napoleonem. To zwycięstwo doprowadziło do stłumienia wywrotowych żywiołów, które szalały na kontynencie w dobie Rewolucji i wojen napoleońskich. Dokonał się wtedy wielki konserwatywny zwrot w duchu Świętego Przymierza, postęp został zahamowany, tu i ówdzie udało się nawet odwrócić jego skutki. Trudno uciec od analogii. W tej perspektywie triumf utrwalającego porządek sztuki muzeum konserwatywnego nad „rewolucyjnym”, obliczonym na zmianę i postęp muzeum krytycznym, jawi się już nie jako incydent, lecz raczej symptom szerszej tendencji, znak czasu.

W ogóle w losach rozpoczętych, ale niezrealizowanych projektów muzeów sztuki współczesnej w Polsce jest coś z alegorii zmiany paradygmatu, której doświadczamy od kilku lat. Nostalgicy III RP powiadają, że kiedyś nasze wnuki będą uczyć się o latach 1989-2015 jako o złotym wieku w najnowszej historii Polski. W tej błogiej epoce mieliśmy szansę na modernizację w modelu zachodnioeuropejsko-oświeceniowym. Wykorzystywaliśmy tę okazję lepiej lub gorzej, ale cel wydawał się generalnie niekwestionowany. Jednym z widomych znaków tej światłej, racjonalnej ery miały być krytyczne muzea współczesnej sztuki pomyślane jako laboratoria aktualnych idei, kuźnie obywatelskich świadomych postaw. W zenicie doby modernizacji podjęto nawet decyzję o wzniesieniu takich muzeów, rozpisano konkursy na projekty, wskazano działki pod budowę, powołano w tymczasowych siedzibach instytucje, rozpoczęto gromadzenie zbiorów. Tymczasem zdaje się, że projekt modernizacyjny, który przed chwilą robił wrażenie właściwie bezalternatywnego, znalazł się w odwrocie. Zamiast myśleć, kim, jako społeczeństwo, moglibyśmy się stać, cieszymy się z prawa do (bezrefleksyjnej) dumy z tego, kim byliśmy w przeszłości, która na dodatek nie ma być krytycznie rozważaną historią, lecz tożsamościową mitologią. Jeżeli projekty muzeów krytycznych rozwieją się na wietrze tej kontrrewolucji, będzie to przykre, ale w jakimś sensie prawdziwe.