Tak zwane zbiegi okoliczności
Simone Spellucci CC BY-NC 2.0

7 minut czytania

/ Literatura

Tak zwane zbiegi okoliczności

Zofia Król

W najnowszej książce Krzysztofa Środy, „Las nie uprzedza”, wytropiona za pomocą wyrafinowanych narzędzi układanka świata okazuje się tym razem raczej potworna. Jej soczewką stają się wlepione w przechodniów na marokańskim bazarze puste oczy martwych kóz

Jeszcze 2 minuty czytania

Krzysztof Środa, autor trzech książek – powiedzmy, że o podróżach, choć to niezupełnie prawda – otwiera czwartą niewielkim wstępem oznaczonym cyfrą zero. I choć ten rozdział zerowy zaczyna się niewinnie od planów napisania książki dla chłopców, takich co mają już lat 10, ale nie mają jeszcze 14 i przez całe lato biegają ze strupami na kolanach – to kończy się już kilka stron dalej śmiercią pewnego pasikonika, i nie jest to zwyczajna śmierć. Nie zdradzę szczegółów, ani tego, jak autor przechodzi od jednego do drugiego, żeby nie psuć efektu – nie dlatego, że dbam o przyjemność czytelnika, ale że dbam o tkwiącą u samych początków i podstaw tej lektury zasadniczą nieprzyjemność. Martwy w sposób szczególny pasikonik kładzie się bowiem cieniem na wszystkich pozostałych dwudziestu sześciu rozdzialikach tej książki, której nieco absurdalnego tytułu nie da się nawet porządnie odmienić w zdaniu.

Nic gorszego już się zdarzyć nie może. Choć pojawią się tu dwie wojny w Czeczenii, egzekucje przez poderżniecie gardła, ociekająca krwią rzeźnia kur, przegląd kości wyrzuconych na brzeg i nadęty wodą pies ze sznurem nylonowym przyczepionym do nogi. Konstrukcja tej książki jest podobna do poprzednich – drobne zdarzenia, zapamiętane kadry, dziwaczne interesy z poznanymi przypadkiem ludźmi, wszystko splata się we właściwą dla Krzysztofa Środy próbę zrozumienia świata poprzez zadawanie pytań o jego z pozoru nieważne elementy i tropienie powiązań między nimi. Tak Czeczenia – przedmiot dramatycznych opowieści poznanego na dworcu Isłama i pomieszanej ze strachem tęsknoty jego rozmówcy – okazuje się tajemniczo powiązana z Marokiem, gdzie autor podróżuje sześciokrotnie, dopisując do książki po pół strony dziennie w kawiarni pod murem targowiska. Środa poczytuje też fragmenty „Podróży” Jana Potockiego i niektóre daty z życia hrabiego okazują się zaskakująco zbieżne z jego własnymi. Nie ma to jednak nic wspólnego z naiwnym oswajaniem, porządkowaniem kolei losu. Rozpoznawane sieci zależności mają u Środy funkcję bardzo konkretną i niebagatelną, stosowaną świadomie – przesuwają analizę o poziom dalej, pozwalają odnaleźć nowe tory myślenia o tym, co się w podróży, i w świecie, napotyka. Skoro co i raz to w opowieściach Isłama i marokańskich przygodach autora pojawiają się psy – zjadające swoich martwych właścicieli, trącające nosem dłonie przechodniów czy czczone przez Kałmuków – warto zadać wreszcie zasadnicze pytanie o to, co te historie łączy: „o co chodzi z tymi psami?”. Skoro wśród szumu morza następują nagłe momenty ciszy, można tropić nakładające się na siebie w dziwacznych zbiegach okoliczności rytmy rządzące porządkiem fal. Skoro zaś Czeczenia wciąż na nowo wiąże się z Marokiem, należy poszukać nieujawnionej na pierwszy rzut oka płaszczyzny, na której ta zależność zaistniała.

Krzysztof Środa, „Las nie uprzedza”. Czarne, 112 stron, premiera 10 sierpnia 2016Krzysztof Środa, „Las nie uprzedza”. Czarne, 112 stron, w księgarniach od 10 sierpnia 2016Podstawą tkwiącego w zalążku tej książki połączenia między dwoma państwami, leżącymi za przeciwległymi krańcami Europy, okazuje się właściwa rzeczom niedelikatność. Jej symbolem stają się wlepione w przechodniów na marokańskim bazarze puste oczy martwych kóz . O niedelikatności opowiada także sam tytuł książki. „Las nie uprzedza”, a zatem – jak mówi autorowi Isłam – w domu pod lasem trzeba mieć broń, wcale nie po to, żeby się bronić przed zwierzętami. A po co? Konkluzji na szczęście brak, jednak czytelnik przeczuwa, że ma to pewien związek z martwym pasikonikiem.

Niedelikatność jest tu także określana przez przeciwieństwo do delikatności, analizowanej przez Środę i wyśmiewanej: wzruszania się losem osłów ciągnących wózki, czy wspaniałomyślnego ofiarowywania napiwku marokańskiemu kelnerowi. „Delikatność” jednak, podobnie jak jej przeciwieństwo, jest przede wszystkim słowem – analizowanym, badanym pieczołowicie i wypowiadanym wielokrotnie. Środa pisze o złu świata, ale ani przez chwilę nie zapomina, że robi to w języku. „Od tego przecież jestem – od opowiadania”. Jeżeli, jak sądzą niektórzy, zło przedstawione w literaturze stawałoby się jego powtórzeniem, zwielokrotnieniem, to Środzie udałoby się w każdym razie tego uniknąć – jego narracja, mimo skupienia na elementach świata, pozostaje świadomą samej siebie, oddzielną od poziomu rzeczy opowieścią, autorefleksyjną do granic możliwości. Poszczególne wątki splatają się w kolejnych rozdziałach, a sam splot jest również skwapliwie komentowany – żadne zapętlenie, powtórzenie, żadna fałda konstrukcji nie umyka uwagi autora, który natychmiast odnotowuje ją w obecności czytelnika, tworząc jednocześnie kolejny punkt odbicia. Ta samozwrotność opowieści staje się kolejnym – obok zderzania ze sobą tak zwanych zbiegów okoliczności – sprawnym i swoistym narzędziem pisarskiej dociekliwości.

Wytropiona za pomocą wyrafinowanych narzędzi układanka świata okazuje się tak czy owak tym razem raczej potworna. A jeśli czytelnik zna poprzednie książki Środy, ta potworność staje się tym bardziej wiarygodna, bo opowiadana jest przez kogoś, kto próbował przecież wcześniej stanąć po radośniejszej stronie. Choć Środa nie pisał tylko o podróżowaniu, to właśnie podróże – i związana z nimi konieczna dawka ufności wobec tego, co podróżnika otacza – były okazją, pretekstem do badań. Tu także można szukać odpowiedzi na pytanie, co łączy XIX-wiecznego hrabiego piszącego po francusku z doktoryzowanym z Husserla współczesnym pisarzem z Grochowa. Obaj zaczynali od podróży – traktując je jednak nie, jak to często bywa, jako sposób opowiadania o sobie samych, ale narzędzie pogłębiające rozumienie rzeczywistości – i to od nich przeszli do rozważania niedelikatności. Tyle że Potocki, odkrywszy niedelikatność świata, strzelił sobie w łeb własnoręcznie wykonaną kulą, Środa natomiast, który sięga po „Podróże” w tym samym wieku pięćdziesięciu czterech lat, wyobraża sobie rozmowę sam na sam z Potockim i przede wszystkim chce mu powiedzieć, że ktoś, kto nosi w głowie obrazy marokańskiego światła, nie powinien się nigdy zabijać. Środa chciałby Potockiego mimo wszystko ocalić. Skoro marokańskie światło ma jeszcze jakieś znaczenie, skoro szkoda obrazów z martwej głowy hrabiego, i skoro z kolei martwe głowy kóz stały się pretekstem do pytania o odkładane w nich obrazy ulicy – cień pasikonika nie przesłania jednak Środzie wszystkiego.