Nic dziwnego nie nadchodzi

11 minut czytania

/ Film

Nic dziwnego nie nadchodzi

Klara Cykorz

„Stranger Things” pytają niczym portal Buzzfeed: „Którym filmem z małą Drew Barrymore jesteś?” lub „Jak dobrze pamiętasz «Bliskie spotkania trzeciego stopnia»?”

Jeszcze 3 minuty czytania

Zrecenzowanie „Stranger Things” powinno być zadaniem prostym, łatwym i przyjemnym. Zapewne w jakimś amerykańskim akademiku powstał już stworzony w tym celu algorytm. „→Steven Spielberg wychodzi za →Stephena Kinga, świadkują im →Ridley Scott i →John Hughes, kwiatki sypie dziecięca ferajna pilnowana przez →Richarda Donnera, toasty wznosi →George Lucas, po północy wychyla się zza wielkiego tortu →Carlo Rambaldi...”. Serial braci Dufferów został idealnie skrojony pod tego typu recenzencką poetykę: opisywanie poprzez łańcuchy nazwisk, fiksację na punkcie odczytywania kodów, „nawiązań” i „mrugnięć okiem”, jak to w „postmodernistycznej grze cytatów” (ten mem „postmodernizmu” nie umrze w recenzenckim żargonie nigdy, jest zbyt poręczny).

„Stranger Things” pytają niczym portal Buzzfeed: „Którym filmem z małą Drew Barrymore jesteś?” lub „Jak dobrze pamiętasz «Bliskie spotkania trzeciego stopnia»?”. W ciągu doby pochłonęłam komplet ośmiu odcinków udostępnionych przez Netflixa, były równie przyjemne jak sterta tostów i mały garnek bobu, które równolegle konsumowałam. Swoją drogą: nie tak dawno w gronie młodych czarujących osób piszących o filmie doszliśmy do wniosku, że w kinach obok prażonej kukurydzy powinno sprzedawać się bób na wagę. Bób jest znacznie pożywniejszy od popcornu i do tego można go spożywać bezgłośnie, czyli także w momentach największego napięcia. Przepraszam za dygresję – miałam przecież pisać o „Stranger Things”, a nie o mojej miłości do bobu. Co może być przyjemniejszego od pisania o paczce szkolnych odludków, których przyjaciel znika w niewyjaśnionych okolicznościach?

Jest listopad 1983 roku. Miasteczko Hawkins w stanie Indiana żyje zaginięciem 12-letniego Willa Byersa. Matkę zaginionego chłopca gra znerwicowana Winona Ryder. Listę życzeń uzupełniają źli ludzie z tajemniczego laboratorium, milcząca dziewczynka, która wzięła się Bóg wie skąd, i kryjący się tuż obok naszego mroczny, równoległy świat. A jednak przyjemność pisania okazuje się zwodnicza, ocena serialu zaczyna wymykać mi się ze sprytem morderczej kałamarnicy ze starego horroru, który właśnie wymyśliłam w celach retorycznych. Muszę więc pisać, ale nie wiem o czym. Tyle po modzie na retro. „Stranger Things” ulepione są ze wspomnień – ale nic z tymi wspomnieniami nie robią, niczego nie przestawiają, nijak nas z naszą popkulturową pamięcią nie konfrontują. Tak bardzo zostały stworzone pod przerzucanie się skojarzeniami i hashtagami, że pisanie o nich natychmiast staje się oznaczaniem.

„Stranger Things”

Ach, gdyby chociaż była w tym jakaś przesada, drażniąca recenzenckie czułki pycha! Jak pół roku temu w „Przebudzeniu Mocy”, czerpiącym inspirację z tej samej listy życzeń. To bezwstydne powtórzenie „Nowej nadziei”, w którym to powtórzeniu wszystko, co w pierwszych „Gwiezdnych wojnach” wspominam z uśmiechem, potraktowane zostało domestosem. W profesjonalnej machinie produkcyjnej XXI wieku nie ma miejsca na długaśne sekwencje dreptania w piasku, rozmarudzenie robotów-jęczybuł lub ich widowiskowe problemy komunikacyjne. Nie ma miejsca na zażenowane spojrzenia zdolnych aktorów i chropowate aktorstwo wszystkich pozostałych. Rozczulająca niezborność na krawędziach epopei odesłana została na drugi kraniec galaktyki. „Stranger Things” nie są tak bezczelne, ale jeśli coś je z nowymi „Gwiezdnymi wojnami” łączy – poza nostalgicznym źródłem, oczywiście – to zaprojektowane od A do Z rzemiosło, któremu nie można nic zarzucić, poza tym, że szybko staje się w swojej doskonałości nudne. Trochę jak kącik z pięknymi zabawkami, zdalnie sterowanymi samochodzikami, którym nie można urządzić kraksy, misiem, któremu nie można zrobić operacji i lalką, której nie można ogolić na łyso.

No dobrze, dość marudzenia. Akurat na łyso ogolona jest najciekawsza postać tego serialu, wspomniana już milcząca dziewczynka, która wyszła z lasu. Chłopcy nazywają ją Eleven – Jedenastką. Polskiemu widzowi ten przydomek może skojarzyć się z Dziewiątką, Krystyną Cuchowską, która powinna była urodzić się Krystynem Cuchowskim; szefową bandy z Saskiej Kępy, która rozwiązywała w powieści Adama Bahdaja zagadkę kapelusza za sto tysięcy, a w telewizyjnych „Wakacjach z duchami” skontaminowana została z inną Bahdajową postacią dziewczęcą, Jolą (pamiętacie Jolę, Jola miała rower i uwielbiała astronautykę). Nasza Jedenastka nie jest jednak małym detektywem, sama jest zagadką i chłopcy utrzymują jej istnienie w tajemnicy przed rodzicami. Tak fabuła „E.T.” czyni jeden krok ku realizmowi: w jednej z moich ulubionych scen całego serialu ukrywający Jedenastkę chłopiec niezdarnie próbuje przebrać ją za „zwykłą dziewczynkę”, by nie rzucała się w oczy. Jedenastka ukazuje się naszym oczom w śmiesznej staroświeckiej sukience i blond peruce na głowie – E.T. w ciele małej dziewczynki, niejako „na powrót”, odarta z połowy metafory. Te dziecięce porażki komunikacyjne to najlepsze momenty opowieści – być może dlatego, że mniej zależą od linii fabularnej, a bardziej od ciał i emocjonalności młodych aktorów. Co ciekawe, dwie najciekawsze postaci dziecięce po prostu mają problem z mówieniem: Jedenastce słowa przychodzą z trudem, jej słownik nie przystaje do rzeczywistości; najbardziej rezolutny z chłopców, Dustin, mówi dużo, ale sepleni z racji swojej dysplazji obojczykowo-czaszkowej (o czym próbuje opowiedzieć swoich szkolnym oprawcom) i często pozostaje niezrozumiany (niejako podwójnie, jako ofiara zaczepek).

Dzieci mówią, dzieci opowiadają... Dziesięciogodzinne sesje „Dungeons & Dragons” tworzą ramę „Stranger Things”, popkultura jest chłopców głównym słownikiem, sposobem porządkowania, rozumienia świata. Ich wiedza – wiedza graczy, czytelników i widzów – okazuje się mieć realną moc w walce ze złem i na tropie zaginionego przyjaciela. Oczywiście konwencja „klubu małych detektywów” sama w sobie ujawnia gatunkowy sztafaż jako zabawę: wspomniane „Wakacje z duchami” są tu wręcz metaprzykładem, proszę przypomnieć sobie, jak Perełka w przebraniu widma Brunhildy biegał po zamku w Niedzicy, i inne zadziwiające mechanizmy „straszenia” za pomocą betoniarki i kija od szczotki. Oddanie śledztwa w ręce dzieci jest jednocześnie nadaniem im specjalnych uprawnień w kreowaniu świata przedstawionego. Nie opuszcza mnie jednak poczucie, że wiara w dziecięcą wyobraźnię mogłaby być jednak większa – „Stranger Things” są zbyt nostalgiczne, aby być szalone. Zamiast tego stają się dorośle linearne, zrobione z tak pewnych, sprawdzonych surowców, że jakiekolwiek niesamowite rozpoznanie podczas konfrontacji z Tajemnicą staje się niemożliwe. (O tym, dlaczego nie mam racji, pisze Joshua Rothman na łamach „New Yorkera”).

W czasie oglądania myślałam dużo o „Doktorze Who”. Flagowy program BBC oglądają dziś z wnukami pamiętający pierwsze odcinki dziadkowie, ale metoda pracy na popkulturowej pamięci jest tu zupełnie inna: ikoniczne obrazy przywołuje się po to, aby je radośnie obrócić do góry nogami. „Stranger Things” brakuje tego typu wolności, ducha dziecięcej zabawy. Żadnych flirtów z kosmicznymi czarownicami! Żadnych nonsensownych dygresji! I może dlatego ja bez przerwy się w dygresje ześlizguję: ze „Stranger Things” jest trochę jak z dziurą, którą można opowiedzieć tylko przez to, co ją otacza. Jedyne, co się broni, to indywidualne, dziecięce ciało: jak wada wymowy, którą konkretny młody aktor wniósł do opowieści. (Swoją drogą, zadziorny Henryk Gołębiewski, w „Wakacjach z duchami” – Pikador, też lekko seplenił).

Bronią się dzieci – nie bronią dorośli. Oboje: matka zaginionego chłopca na skraju załamania nerwowego i popijający szeryf w żałobie po dziecku – to figury bardzo kingowskie. Z dosłownymi cytatami ze „Stand By Me”, ekranizacji „Ciała”, i dziewczynką-telepatką, „Stranger Things” nosi na sobie hashtagi #StephenKing od prawa do lewa, ale w postaciach dorosłych niejako demaskuje swoją naskórkowość. Z początku jeszcze gdzieś ta Ameryka Kinga prześwituje, ale szybko zostaje przesłonięta – żyje się w wielkich, wygodnych domach klasy średniej, zagracone, zaniedbane parterówki o cienkich ścianach nie są przestrzenią normalnego życia, a miejscem, gdzie zastawia się pułapkę na potwora. Tymczasem nudziarz z Maine od lat pozostaje kronikarzem Stanów biednych, sfrustrowanych i pełnych domowej przemocy. Rzeczywistości tandetnej jak pulpowa proza pisana przez jego częstych bohaterów, niespełnionych pisarzy. Dlatego zawsze lubiłam także książki, których nie znoszą i krytycy, i fani: abiektalnego „Łowcę snów”, napisany z Peterem Straubem „Czarny Dom” czy „Stukostrachy”. Czytałam je tak, jak dzisiaj czytam Karla Ove Knausgårda, jako obsesyjny opis wyczerpującej codzienności. „Stranger Things” nie chcą tego wyczerpania, chcą tylko dobrych wspomnień; dlatego rola matki (przypominam – w tej roli fetowana Winona Ryder) kończy się właściwie po pierwszej połowie sezonu. Jest tam fantastyczna scena, w której bohaterka niemal demoluje swój dom, próbując porozumieć się ze swoim zaginionym synem poprzez plątaninę choinkowych lampek; ale wkrótce figura matki cierpiącej okazuje się nie do przekroczenia i w swojej nieprzekraczalności fabularnie niepraktyczna.



Tymczasem mamy 2016 rok, najciekawsze anglosaskie seriale opowiadają o kobietach, nierzadko matkach i babciach („Transparent” Jill Soloway, „Grace and Frankie” Marty Kauffman, „Orange is the New Black” Jenji Kohan, „Happy Valley” Sally Wainwright, aby wymienić tylko kilka tych, które w dodatku stworzone zostały przez kobiety), i w takim kontekście rola, która przypada głównej aktorskiej gwieździe „Stranger Things”, rozczarowująco kłuje w oczy. Hołd dla ukochanej aktorki z dzieciństwa wygląda w wykonaniu braci Dufferów tak, że rozchwiana psychicznie matka zaginionego dziecka, kobieta z kiepską pracą i eksmężem przemocowcem, nie ma co liczyć na aktywną, ciekawą rolę w walce ze złem. Nie chodzi o to, że nie gra roli centralnej: role główne zostały obsadzone przez dzieci i nastolatków, jest to zrozumiałe i, jak już napisałam, najlepsze, co serial ma do zaoferowania. Nie drażni mnie więc drugoplanowość, a oczywista fabularnie droga postaci – po pierwszej połowie Ryder właściwie przestaje mieć cokolwiek do grania. Widzę w tym symptom głównego problemu „Stranger Things” – na koniec to wspomnienia szczęśliwych i grzecznych chłopców z dobrych domów okazują się najważniejsze.