Skolimowski

Skolimowski

Jakub Socha

Jerzy Skolimowski został laureatem Złotego Lwa za całokształt twórczości na festiwalu w Wenecji. Jednak reżyser nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nie stylizuje się na mędrca, idzie swoją drogą

Jeszcze 1 minuta czytania

Chwilę po tym – a może przed? – jak pojawiła się w mediach informacja, że Jerzy Skolimowski zostanie tegorocznym laureatem Złotego Lwa za całokształt twórczości, nagrody wręczanej na międzynarodowym festiwalu w Wenecji, znajoma wrzuciła na Facebooka zdjęcie Skolimowskiego w Japonii, na którym reżyser siedzi na schodkach buddyjskiej świątyni i patrzy na ogród zen: morze małych białych kamieni i kilka większych w kolorze zbliżonym do brązu. Spokój umysłu – spokój mistrza, trochę Yody, który przeszedł świat wzdłuż i wszerz, a w młodości miał zadatki na playboya.

Do filmu trafił trochę przypadkiem, pisząc scenariusz do „Niewinnych czarodziejów” Andrzeja Wajdy, wcześniej uprawiał poezję i trochę boksował (11 walk przegrał, 3 zremisował, w 13 był górą). W Szkole Filmowej był królem balu – przejął koronę po Polańskim – i zrealizował bez niczyjej zgody, składając go z realizowanych na zaliczenie etiud, swój pełnometrażowy debiut – „Rysopis”, który po ponad 50 latach wcale się nie zestarzał. Zagrał w nim główną rolę – poniekąd siebie. Potem były: „Walkower” i „Bariera” – kolejne części trylogii o losach Andrzeja Leszczyca, chłopaka po trzydziestce, który nie bardzo wie, czego chce od życia, choć wyraźnie wie, czego nie chce.

Skolimowski. Specjalne wydawnictwo DVD

Z okazji wręczenia Jerzemu Skolimowskiemu weneckiego Złotego Lwa za całokształt twórczości, Narodowy Instytut Audiowizualny we współpracy z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej przygotował specjalne dwupłytowe wydawnictwo DVD. Wydawnictwo w formie książki w twardej oprawie zawiera dwa filmy, stanowiące klamrę dotychczasowej twórczości Jerzego Skolimowskiego: debiutancki „Rysopis” oraz najnowszą produkcję, czyli „11 minut”.

Filmy Skolimowskiego można od dzisiaj oglądać na stronie ninateka.pl

Skolimowski zaczynał w Polsce w latach 60. i pewnie kręciłby w niej dalej, gdyby Kliszka Zenon nie wypchnął go siłą z kraju po tym, jak zobaczył jego „Ręce do góry”, w którym Stalin został wyposażony w dwie pary oczu. Na emigracji szło autorowi „Bariery” raz lepiej, raz gorzej. Na początku lepiej („Na samym dnie”), potem gorzej („Król, dama, walet”), potem znowu lepiej („Wrzask”, „Fucha”), ale chyba znowu naprawdę dobrze, gdy na dobre wrócił do kraju, gdzie nakręcił świetne „Cztery noce z Anną”. Od tamtego czasu realizuje filmy w Polsce.

A więc powrót mistrza – którego swego czasu nosili na rękach francuscy nowofalowcy, który przyjaźnił się z Jackiem Nicholsonem, który malował obrazy, patrząc na Zatokę Kalifornijską – i zasłużony spokój? Chyba jednak nie, Skolimowski do tego obrazka nie pasuje, tak jak do krajobrazu polskiego kina nigdy specjalnie nie pasowały jego filmy – dalekie od nadwiślańskiego nabzdyczenia, podniosłych haseł, lokalnych wojen podjazdowych toczonych, a jakże, zawsze w imię najwyższych wartości. „Rysopis”, „Walkower” i jeszcze kilka innych filmów podpisanych przez Skolimowskiego to ciągle jest dziarskie kino; Skolimowski jest dziarskim artystą, który jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Nie stylizuje się na mędrca – w sieci oprócz zdjęć, na których reżyser kontempluje kulturę Wschodu, można znaleźć fragmenty, w których w programach rozrywkowych opowiada, jak to swego czasu, jadąc za szybko pod górę, rozbił niemieckie auto o niemiecki czołg – idzie sobie swoją drogą. Ciągle ciekawszą od większości dróg, którymi chadzają nasi filmowcy.