Chłopiec, który rozmawiał z kamieniami

Chłopiec, który rozmawiał z kamieniami

Darek Arest

Bohaterowie Toma Kaczynskiego są trochę jak anonimowe postaci z instrukcji dołączanej do mebli z Ikei. Mieli złożyć prosty stolik pod telewizor, ale coś im się nie udało, pomylili śrubki i przypadkowo wywołali apokalipsę

Jeszcze 2 minuty czytania

W jednym z opowiadań mężczyzna wzywa telefonicznie pomoc dla swojej cierpiącej męki kochanki. „Proszę przysłać karetkę...” – mówi do słuchawki. I dodaje po chwili zastanowienia: „Albo architekta”. Kobietę na skraj szaleństwa i fizycznego wyczerpania doprowadziła nowa inwestycja budowlana, zmieniająca charakter okolicy i kładąca się długim, ponurym cieniem na miejscu, które nazywała domem. W innym opowiadaniu jest na odwrót: małżeństwo w kryzysie przeżywa renesans miłości, gdy ich nowa willa (a z nią cała okolica) zaczyna ulegać gwałtownemu rozkładowi. Architektura jest u Toma Kaczynskiego kwestią życia i śmierci. Reguluje funkcje ludzkiego organizmu, kształtuje psychikę, ma charakter – jest w tym sensie bardziej ludzka od zaludniających karty jego komiksów postaci.

„Testując Apokalipsę” to zbiór opowiadań, choć słowo to może być uznane za nadużycie – lepiej pasuje tu określenie rysowanego eseju. Często nie da się mówić o „historii”, bo fabuła i rysunek poddają się płynącej swobodnie myśli, zahaczającej o kolejne motywy i nawiązania. Test na zniechęcenie robi Kaczynski swoim czytelnikom już na pierwszych planszach, na których anonimowa postać objeżdża samochodem drogowe obrzeża metropolii tylko po to, by narrator mógł się trochę powymądrzać w tekście aplikowanym u górnej krawędzi kadru. Później jest jednak znacznie lepiej – obraz przestaje być ilustracją tekstu, łączy się z nim w intrygującą całość, a my lądujemy na kozetce parapsychologa, w prehistorycznej jaskini, w megapolis przyszłości i spotykamy Marksa z Marsa. To pierwsze opowiadanie ustala jednak tonację i spektrum tematów: centrum i peryferia, globalizacja i beznamiętna konsumpcja, człowiek w trybach miasta, samochód i dom jako protezy wolności i niezależności. Wiadomo, że będzie wesolutko.

Prawdziwym tematem jest jednak architektura, i to rozumiana szeroko – jako struktura, którą człowiek nadaje światu. Przypomina ona tresurę dzikiego zwierzęcia – co jakiś czas wymyślna konstrukcja pęka, zaczyna przeciekać i to, co pierwotne, wylewa się na powierzchnię. Aktor zbyt mocno wczuwa się w rolę jaskiniowca, a żyjący w sterylnym kampusie pracownicy korporacji oddają się dziwacznym rytuałom fekalnym. Niekoniecznie chodzi o pojedynek intelektu z instynktem – człowiek często wydaje się tu narzędziem w rękach jakiejś pierwotnej siły, która każe mu przyjąć jej dążenia za swoje. Staje się wykonawcą planu zakodowanego w genotypie planety albo gatunku. A wizjonerzy architektury to ci, którzy potrafią „rozmawiać z kamieniami” – jak w wieńczącym całość opowiadaniu: miasto wybiera swoich projektantów, więzi ich, dyktuje warunki i domaga się barbarzyńskich ofiar.

W jednym z wywiadów Kaczynski przyznaje, że ma problemy z indywidualizowaniem swoich bohaterów, ale to nie do końca prawda. Postaci po prostu interesują go mniej od kierującej nimi mocy sprawczej. W tym sensie jego komiksy przypominają trochę filmową twórczość Stanleya Kubricka – człowiek jest tylko pionkiem w grze, aplikacją realizującą określone funkcje, podporządkowaną drogom i budynkom. Ludzie krążą po wielopasmowych autostradach jak myszki laboratoryjne. Świat to wielka klatka Skinnera – jakby ktoś chciał sprawdzić, czy naprawdę będziemy przemierzać absurdalne ilości kilometrów dzielące osiedla domków od wypełnionych biurowymi boksami korporacyjnych fortec.

Tom Kaczynski, „Testując Apokalipsę”. Przeł. Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, 136 stron.Tom Kaczynski, „Testując Apokalipsę”. Przeł. Grzegorz Ciecieląg, Wydawnictwo Komiksowe, 136 stron.Wieżowiec, który doprowadza jedną z bohaterek na skraj śmierci, zdaje się powstawać samoistnie – na budowie nie widzimy robotników, a o tajemniczym inwestorze krążą jedynie legendy, podsycane przez widzianego tu i ówdzie czarnego Hummera. Wrażenie pogłębiają rysunki – czyste, eleganckie, imitujące efekt rastra i barwione dwukolorem. Często niemal aseptyczne, wykorzystujące zaskakującą liczbę prostych linii, wśród których ludzka twarz jest pewnego rodzaju anomalią. Bohaterowie Kaczynskiego są trochę jak anonimowi modele na zdjęciach z domeny publicznej, postaci z instrukcji dołączanej do mebli z Ikei, do której wkradł się duch horroru. Mieli złożyć prosty stolik pod telewizor, ale coś im się nie udało, pomylili śrubki i przypadkowo wywołali apokalipsę. Docieramy do jakiegoś końca, do wyczerpania, ale nie należy się łudzić, że wzorem traktatu architektonicznego autor zaproponuje nam jakiś pozytywny program.

Kaczynski ma szerokie spektrum zainteresowań, więc wiele tu pomostów rzuconych między różnymi koncepcjami i autorami: od socjologów, teoretyków architektury i apostołów utopii, po klasykę sci-fi i komiksowego undergroundu. Mamy tu trochę Le Corbusiera, trochę Jamesa Grahama Ballarda, trochę Daniela Clowesa. W którymś z wywiadów urodzony i dorastający w Polsce autor przyznaje się nawet do Gombrowicza. Dodatkowo robi wredny dowcip recenzentowi, który chciałby się popisać powierzchowną erudycją – tomik kończy bowiem indeksem starannie katalogującym inspiracje, w którym „Pawłow” sąsiaduje z „parapsychologią” i „pedałem gazu”. Choć tomik składa się głównie z przedruków prac publikowanych wcześniej w amerykańskim kwartalniku „Mome”, to jego lektura nie wywołuje wrażenia, że między okładkami umieszczono zbiór przypadkowych plansz. To oczywiście klisza, ale epizodyczność jest cechą przenikającą świat Kaczynskiego na wskroś i na każdym poziomie. Jeśli klasyczne opowiadanie nie może tu do końca zaistnieć, to właśnie ze względu na to, jak fragmentarycznie Kaczynski traktuje czas i przestrzeń.

Tomik kończy się więc indeksem, a rozpoczyna wykresem pełniącym funkcję spisu treści. Każde z opowiadań jest tu przedstawione pod postacią linii łączącej zbiór punktów w układzie dystansu i czasu. Odzwierciedlają one czasoprzestrzeń, którą obejmuje „akcja”: spojrzenia w przeszłość, wypady w przyszłość, wycieczki na krańce świata. Niezależnie od przebiegu tych linii, trudno uwolnić się od wrażenia, że odwiedzamy rzeczywistość science-fiction, apokalipsę w toku, choć przecież nie ma w tym świecie nic radykalnie odmiennego od prozaicznej, pozakomiksowej rzeczywistości. „Umiejscowienie punktu początkowego ma charakter dowolny. Z niego miasto rozprzestrzenia się we wszystkich kierunkach z prędkością samochodu” – zastrzega w pierwszych słowach autor (objaśniając, że punkt zero na wykresie oznacza Minneapolis roku 2012). Czytelnik przypomina bohatera jednej z historii, mężczyznę, który budzi się po trwającej dziesięć tysięcy lat drzemce. Gładko jednak wchodzi w życie, które porzucił przed wiekami, odkrywa jedynie, że telefony zrobiły się nieco cieńsze, a cola dorobiła się nowej linii smakowej. Apokalipsa trwa. Od znalezienia się w jednej z historyjek Toma Kaczynskiego dzieli nas ledwie ileś tam lat i nieco kilometrów.