Ludzie na moście
Ece Temelkuran / fot. Mehmet Turgut

Ludzie na moście

Rozmowa z Anną Mizrahi

Ece Temelkuran wiele uwagi poświęca ludziom pokrzywdzonym przez wojny, rewolucje i zmiany polityczne. To raczej nie wojna, ale właśnie ci, którzy najbardziej na niej cierpią, są dla niej punktem odniesienia – mówi tłumaczka tureckiej pisarki

Jeszcze 5 minut czytania

ADAM PLUSZKA: Powieści Ece Temelkuran są manifestem politycznym?
ANNA MIZRAHI: Z pewnością. W 2012 roku z powodu krytyki ówczesnego rządu Temelkuran straciła pracę w jednej z największych redakcji informacyjnych, „Habertürk”, wcześniej z tego samego powodu usunięto ją z redakcji jednej z najpopularniejszych gazet – „Milliyet”. Obecnie w rządzonej przez Recepa Erdogana Turcji Temelkuran, która nie ukrywa swoich lewicowych poglądów, nie ma szans na stałą obecność w głównych mediach, dlatego swoje polityczne poglądy prezentuje w felietonach, m.in. w „Guardianie”, i w powieściach. Ostatnio po angielsku ukazała się „Turkey: the Insane and the Melancholy”, co można przełożyć jako „Turcja. Szaleństwo i melancholia”. Autorka już poinformowała, że książka nie ukaże się po turecku.

Mieszka w stolicy?
W Stambule. A urodziła się w Izmirze – wielokulturowym mieście na zachodnim wybrzeżu Turcji. Izmir jest miastem-portem, którego mieszkańcy od zawsze byli najbardziej prozachodni pod względem poglądów i stylu życia.

Dlaczego jest tak kontrowersyjna?
Bo otwarcie krytykuje religijne elity rządzące obecnie Turcją, co sprawiło, że została przez nie uznana za wroga publicznego. Jest przy tym kobietą wykształconą (ukończyła prawo), mówi doskonale po angielsku i francusku, jest intelektualistką w prawdziwie europejskim stylu, nie ukrywa swoich feministycznych i socjalistycznych sympatii, czym zdobywa sobie poparcie wykształconych mieszkańców dużych miast, spadkobierców idei Mustafy Kemala Atatürka, którzy w obecnej Turcji należą do mniejszości.

Jest z rocznika 1973. Stała się głosem pokolenia?
Z pewnością jest głosem mniejszości – intelektualistów, sekularystów, ludzi pielęgnujących schedę po Atatürku. Pod tym względem wyraża poglądy bardzo wielu osób rocznikowo dużo od niej starszych (sama znam kilka kobiet urodzonych w latach pięćdziesiątych, które w pełni identyfikują się ze społecznie zaangażowanym i feministycznym głosem Temelkuran). Z drugiej strony, jak pokazują wyniki wyborów i najnowsza sytuacja polityczna w Turcji, większość jej rówieśników prezentuje zgoła odmienne poglądy.

Jak pani myśli, co się wydarzyło, że czterdziestolatkowie nie podzielają jej poglądów?
To temat na bardzo długą opowieść. Odpowiedź na to pytanie bezpośrednio wiąże się z odpowiedzią na nieco inne: co takiego wydarzyło się w Turcji, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia tak mocno skręciła w prawo?

Czy Turcja to miejsce? Czy może idea, która wciąż swoje miejsce zmienia? Kiedy powstawała Republika Turcji, umieszczono ją na Zachodzie, ale dziś widzimy, że owa fundacyjna myśl się zmienia i ten „most”, który nazywamy Turcją, zaczyna być definiowany przez pryzmat przęsła opartego na wschodnim brzegu. Turcja zawsze jest pomiędzy, w środku. Dlatego zresztą nawet w napisach na murach możemy wyczytać żarty w rodzaju: „Strategiczne położenie, zostaw mnie wreszcie w spokoju!”. My chyba zawsze byliśmy mostem błędnych tłumaczeń. Mostem, na którym dokonywał się przekład – zwykle nieudany – Wschodu na potrzeby Zachodu. Jesteśmy mieszkańcami mostu, ludźmi, którzy widzą oba brzegi, lecz cierpią, bo do żadnego z nich nie przynależą. Choć oczywiście wraz z tym wymiataniem ludzi ze Wschodu na Zachód, z Południa na Północ, przetacza się po nas cała historia. Nasz kraj jest chyba najbliższym świadkiem kryzysu humanitarnego, ale chce go jedynie przeczekać. To w końcu robią mieszkańcy mostu. Czekają, aż przepłynie woda, aż wydarzenia, które mają miejsce, się zakończą.

Ece Temelkuran w rozmowie z Piotrem Kawulokiem

 A co się stało?
Turecki elektorat, wcześniej, jak to zwykle bywa, sympatyzujący z różnymi partiami od prawa do lewa, w absolutnej większości opowiedział się za AKP – proislamską partią konserwatywną, która oprócz wielu grzechów ma na sumieniu m.in. wielokrotne naruszanie wolności słowa. Temelkuran, dziennikarka i reporterka z powołania, staje w opozycji do władzy, która ma absolutne poparcie większości społeczeństwa. Prezydentowi, który w dniu zamachu stanu każe wyjść ludziom naprzeciw czołgom, Temelkuran zarzuca manipulację – wręcz sfingowanie wydarzeń. Zaś wielu jej rówieśników spełnia wolę prezydenta, a na jego wezwanie – już po nieudanym puczu – składa donosy na sąsiadów i współpracowników. Ile w tym ślepej wiary w absolutną rację rządzących, a ile strachu? Nie wiem. Wiem na pewno, że Ece Temelkuran jest po drugiej stronie barykady – tam, gdzie stoi na przykład jej dawny kolega z redakcji gazety „Cumhuriyet” (założonej jeszcze przez Atatürka – symbolu laicyzmu) Can Dündar, który za krytykę rządu i demaskowanie nieprawidłowości padł ofiarą zamachu oraz usłyszał zarzuty i został skazany.

Anna Mizrahi

Ur. 1977 w Warszawie. Absolwentka Wydziału Turkologii oraz Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Na stałe pracuje jako tłumaczka przedstawicielstwa tureckich linii lotniczych Turk Hava Yollari w Warszawie. Przetłumaczyła na język polski powieści Orhana Pamuka „Śnieg”, „Cevdet Bej i synowie”, „Nowe życie”, „Stambuł. Wspomnienia i miasto”, powieści sensacyjne Mehmeta Murata Somera „Zabójstwa proroków” i „Zabójstwo Buziaczka”, Ahmeta Umita „Memento dla Stambułu”, Ece Temelkuran „Odgłosy rosnących bananów”, oraz filmy: „Trzy małpy” Nuriego Bilge Ceylana, „Mój przyjaciel wróg” Erana Riklisa i emitowany przez TVP od 2014 roku serial pt. „Wspaniałe stulecie” oraz „Wspaniałe stulecie. Sułtanka Kösem”. Z języka polskiego na turecki przetłumaczyła m.in. „Dom dzienny, dom nocny” Olgi Tokarczuk. Współautorka książek „Grzeczność na krańcach świata” i „Jak zwracają się do siebie Europejczycy” pod redakcją Małgorzaty Marcjanik. Prywatnie mama trójki dzieci.

Jak jej twórczość odbierana jest w jej rodzinnym kraju?
Temelkuran ma grupę wiernych czytelników, którzy zachwycają się każdą z jej powieści. Dziennikarka odcięta od możliwości prezentowania własnych poglądów i prowadzenia programów w mediach głównego nurtu jest poniekąd skazana na publikowanie za granicą i literaturę. Kolejne jej powieści zdobywają coraz lepsze recenzje także w Turcji. Ich fragmenty (m.in. „Odgłosów rosnących bananów”) krążą w internecie jako cytaty, motta, powielane przez fanów pisarki.

Czy ta popularność jest wynikiem sytuacji politycznej, czy Temelkuran jest po prostu dobrą pisarką?
Jest dobra, co przyznają nawet jej polityczni oponenci. Choć pewnie gdyby nie zabierała głosu w trudnych sprawach, jej powieści nie zdobyłyby rozgłosu tak szybko. Jednak Temelkuran wyróżnia się zdecydowanie in plus na tle innych pisarzy tureckich.

Jacy są inni pisarze tureccy? Wydaje mi się, że w świadomości Polaków istnieją Orhan Pamuk (którego cztery książki pani tłumaczyła), potem długo nic, a potem romanse: „Sułtanka Kösem” czy powieści Nermin Bezmen.
W Turcji jest kilku dobrych współczesnych pisarzy. Na polski w ostatnich latach tłumaczeni byli: Elif Şafak – moim zdaniem bardzo dobra pisarka, docierająca do podobnych odbiorców co Temelkuran, Ahmet Ümit – piszący o współczesnym Stambule, Mario Levi – zajmujący się z kolei Stambułem z przeszłości, czy Mehmet Murat Somer – tworzący niszową literaturą z kręgów LGBT.

A jak wygląda sytuacja tłumacza z tureckiego w Polsce?
Różnie. Kamieniem milowym był Nobel dla Orhana Pamuka. Wcześniej tłumaczono hobbystycznie, duże wydawnictwa nie interesowały się prozą turecką. W latach pięćdziesiątych znany był w Polsce komunistyczny poeta Nâzım Hikmet, który miał polskie korzenie. Później nastały czasy posuchy, oprócz poezji i kilku zbiorów opowiadań tureckich autorów nie wydawano niczego. Kiedy rok przed Noblem dla Pamuka wymyśliłam sobie, żeby przekonać polskich wydawców do tego autora, praktycznie odbijałam się od ściany. Wydawnictwo Literackie wykazało się odwagą i doskonałą intuicją: miesiąc po tym, jak w Polsce ukazał się tłumaczony przeze mnie „Śnieg”, Pamuk dostał Nobla. I nagle się okazało, że niewiele u nas wiadomo o tureckiej prozie… Po Noblu nastał wspaniały czas dla tych kilku turkologów, którzy dotychczas utrzymywali się z przekładów biznesowych albo pracowali w innych zawodach. Euforia trwała kilka lat, potem wszystko przycichło, do 2014 roku, kiedy TVP zaczęła wyświetlać „Wspaniałe stulecie”. Teraz chyba zapanowała moda na tureckie seriale, ostatnio nadawcy wyświetlają chyba łącznie pięć różnych…

Czy można się utrzymać z przekładów literatury tureckiej?
Nie. Z czystym sumieniem zapewniam, że nie ma takiej możliwości, nad czym bardzo ubolewam. Pod tym względem chyba nie odróżniamy się od tłumaczy innych, mało popularnych języków. Ja sama od lat pracuję w dużej tureckiej firmie, co pozwala mi przeżyć i zachować stały kontakt z wciąż przecież zmieniającym się językiem.

Tłumaczyła pani na turecki „Dom dzienny, dom nocny” Olgi Tokarczuk. Jakie to było doświadczenie?
Przerażające. Uwielbiam Olgę Tokarczuk i dziś muszę przyznać, że zgadzając się na propozycję tureckiego wydawcy (sama przenigdy bym nie wpadła na tak szaleńczy pomysł), porwałam się z motyką na słońce. Praktycznie każde zdanie konsultowałam z tureckimi znajomymi tłumaczami i pisarzami. Wszystko okupiłam ogromnym stresem i przysięgłam sobie, że będę tłumaczyła wyłącznie na język polski. Drugą wydaną w Turcji książkę Olgi Tokarczuk, „Biegunów”, przetłumaczyła już wspaniała Neşe Taluy Yüce.

Polska literatura ma szanse w Turcji?
Na pewno. Ogromna w tym zasługa wspaniałych tłumaczy: wspomnianej już Neşe Taluy Yüce i wybitnego Osmana Fırata Başa (tegorocznego laureata Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego). Dzięki nim można czytać po turecku Gombrowicza, Mrożka, Kapuścińskiego, Miłosza, ale także Janusza L. Wiśniewskiego czy Janusza Głowackiego. Na deskach tureckich teatrów triumfuje też „Testosteron” Andrzeja Saramonowicza w przekładzie Neşe Taluy Yüce. Bilety na tę sztukę w tym roku trzeba kupować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem…

Wróćmy do Ece Temelkuran. Zanim straciła pracę w telewizji, jakoś musiała się tam dostać. Jest młoda. Jak wyglądała jej kariera?
Zaczęła bardzo wcześnie jako korespondentka lewicowego „Cumhuriyetu”, gdzie trafiła, studiując jeszcze prawo. Później pracowała m.in. jako korespondentka dla CNN Turk w Wenezueli i Argentynie, jako reporterka wyjeżdżała m.in. na Światowe Forum Społeczne do Brazylii i Indii. Zawsze skupiała się na roli kobiet podczas dużych przemian społecznych. Po utracie pracy w gazecie „Milliyet” wyjechała w podróż po Bliskim Wschodzie.

Wszyscy chyba próbujemy stawić czoła pewnego rodzaju porażce. Każdy radzi sobie inaczej. Niektórzy robią krok wstecz, inni zaczynają pisać defetystyczne książki, jeszcze inni się buntują. Te wszystkie reakcje oczywiście powiązane są z władzą. Wydaje mi się, że właśnie to jest tu najbardziej niesprawiedliwe. Nawet jeśli się buntujesz, ten bunt i tak odnosi się do władzy. Każde twoje zachowanie to reakcja na zachowanie władzy. I przez to jedyną odpowiedzią, jaką można dać władzy w imię oporu, staje się „nie”. Nasze życie zmienia się w wielkie „nie”. To największa krzywda wyrządzana artystom tego kraju. Kradnie się im rzeczy, które mogliby robić. Władza staje się zatem coraz bardziej prymitywna, a w ślad za nią coraz bardziej prymitywny stajesz się ty. Nagle okazuje się, że całe twoje życie to jedno wielkie „nie”.

Ece Temelkuran w rozmowie z Piotrem Kawulokiem

I wtedy napisała pierwszą książkę?
Pierwszą powieść, „Odgłosy…”, napisała jeszcze jako reporterka podróżująca po Bliskim Wschodzie, natomiast po tym, jak straciła pracę i wyjechała tam ponownie, napisała kolejną, „Taniec w rytmie rewolucji”.

Jakie tematy podejmowała w swoich książkach non-fiction?
W książce „Biz Burada Devrim Yapıyoruz Sinyorita” („My tu robimy rewolucję, signorita”) wydanej w 2006 roku opisuje rewolucję Hugo Chaveza w Wenezueli. W „Ne anlatayım ben sana” („Co mam ci powiedzieć”) opisuje sytuację polityczną w Turcji. W „Ağrı’nın derinliği” („Głębokość Bólu” – tu pojawia się gra słów: Ağrı to równocześnie określenie na „ból” i turecka nazwa góry Ararat na pograniczu z Armenią) – o problemie turecko-ormiańskim.

Same trudne tematy. Dużo jest w niej buntu? Przekory?
Nie odbieram jej jako buntowniczki. Prędzej skłonna byłabym nazwać ją idealistką, która obserwuje świat i usiłuje naprawić jakąś jego część, która jest w jej zasięgu. Stąd między innymi nawoływanie do zainteresowania socjalizmem.

Jak krytyka i czytelnicy zareagowali na jej debiut powieściowy, „Odgłosy rosnących bananów”?
Książka została przyjęta ciepło, choć nie szczędzono jej zarzutów, dotyczących np. ubogiej strony literackiej. Jako autorka powieści, Temelkuran zaskarbiła sobie uznanie części czytelników, którzy nie akceptowali jej wcześniej jako dziennikarki.

Uboga literacko?
Mogę się jedynie domyślać, że chodzi tu o brak uwielbianych przez Turków zdobników i dość zwięzłą formę. Ale to tylko moje gdybanie…

Turecka proza środka i popularna jest rozbuchana stylistycznie?
Oczywiście nie wszystkie pozycje można określić w ten sposób, ale mam wrażenie, że pewien przerost stylistyczny lepiej się w Turcji sprzedaje. Świadczy o tym popularność wielu autorów, którzy w Polsce w ogóle nie zwrócili na siebie uwagi wydawców. Mario Levi, który w Turcji budzi powszechny zachwyt, w Polsce nie zdobył uznania.

A jak w ogóle wygląda rynek książki w Turcji?
Trochę statystyki: jak podaje jedna z najpopularniejszych w Turcji gazet, „Hurriyet” (tekst z lutego 2016 roku), w ubiegłym roku Turcja zajęła jedenaste miejsce na świecie pod względem czytelnictwa. Statystycznie jeden mieszkaniec przeczytał osiem książek w ciągu roku. Zważywszy, że to kraj zamieszkały przez osiemdziesiąt milionów mieszkańców – nie jest źle. To statystyki oficjalne, z pominięciem książek pirackich, których jest mnóstwo. Warto jeszcze wspomnieć o rządowym programie TEDA, który od lat bardzo aktywnie wspiera finansowo publikacje zagraniczne i tłumaczenia na języki obce książek tureckich autorów. Sądzę, że gdyby nie TEDA, nie wydano by w Polsce większości tureckich książek, które jednak się ukazały.

Ece Temelkuran, „Odgłosy rosnących bananów”. Przeł. Anna Mizrahi, Książkowe Klimaty, 398 stron, w księgarniach od kwietnia 2016Ece Temelkuran, „Odgłosy rosnących bananów”. Przeł. Anna Mizrahi, Książkowe Klimaty, 398 stron, w księgarniach od kwietnia 2016

No właśnie, moja żona, która przed kilku laty była w Stambule na zaproszenie tamtejszych wydawców, dowiedziała się, że w Turcji ukazuje się sporo pirackich książek. Nie może z czytelnictwem być aż tak źle, skoro piratuje się książki, prawda?
Pirackie książki są łatwo dostępne i to się nie zmienia od lat (prosto z chodnika można kupić praktycznie wszystko – od komiksów i podręczników, po słowniki i literaturę piękną). Ceny książek w księgarniach są zbliżone do cen w Polsce. Natomiast nie jest popularne wypożyczanie książek z bibliotek publicznych.

To ciekawe. Czemu?
Nie mam pojęcia, od dawna się nad tym zastanawiam. Może to właśnie część obcej nam, bliskowschodniej mentalności, która sprawia, że ludzie wolą kupić – choćby piracką – książkę i mieć ją na własność? Nie wiem. Może to trochę tak jak ze spacerami… Większość Turków, którzy nie mieszkali nigdy na Zachodzie i nie zetknęli się z tą kulturą, nie jest w stanie ogarnąć pojęcia spacerowania. W tureckim nawet nie ma dokładnego odpowiednika tego słowa. Turcy, a właściwie Turczynki, bo one przeważają wśród czytelników, często się wymieniają książkami… Może to też pretekst, żeby potem o nich porozmawiać? W bibliotece by tego nie miały.

Skąd tak wysoki poziom czytelnictwa?
Sądzę, że wynika on z ciekawości świata. Turcy są narodem bardzo ciekawym, żeby nie powiedzieć ciekawskim. Przy tym nie wszyscy mają okazję i możliwości podróżowania – koszty i skomplikowane procedury wydawania wiz do większości krajów zachodnich skutecznie im to utrudniają.

Wspomniała pani, że część czytelników nie akceptowała Temelkuran jako dziennikarki – dlaczego?
Z powodów ideologicznych. Jest bardzo dobrą dziennikarką. Niestety, naraziwszy się władzy, nie może liczyć na angaż w najważniejszych tureckich redakcjach. Przełomem w jej karierze dziennikarskiej była publikacja krytycznych wobec władzy artykułów o tzw. masakrze w Uludere. Publikuje więc za granicą, czasami pisze do niezależnego tygodnika karykaturzystów. Jest też aktywna na Twitterze. Pierwszą powieść wydała w 2010 roku, ale wcześniej publikowała książki o polityce, eseje i poezję.

Akcję swojej pierwszej powieści umieściła w Libanie.
Wszystkie jej powieści dotykają tematyki kobiet i trudności, z jakimi się borykają z powodów politycznych w rejonach, które odwiedzała jeszcze jako korespondentka. Tak było właśnie z „Odgłosami rosnących bananów”. Zresztą tematyka kobiet Bliskiego Wschodu stała się jej bliska na długo (sama czuje się jedną z nich), powróciła do niej w powieści „Taniec w rytmie rewolucji” (bliskowschodnia wersja „Thelmy i Louise”).

Liban, zwłaszcza Bejrut, to taka wieża Babel?
Do czasu wojny domowej w latach siedemdziesiątych XX wieku Bejrut był tyglem kulturowym i centrum handlowo-kulturalnym Bliskiego Wschodu. Choć dzisiaj trudno w to uwierzyć, w XIX wieku Bejrut był miastem bardzo blisko związanym ze światem zachodnim – działały tu amerykańskie szkoły i wiele europejskich firm. W tym mieście-kurorcie mieszkali zgodnie chrześcijanie, muzułmanie i Żydzi, a także ludność napływowa, pracownicy brytyjskich czy francuskich firm, oraz przybysze ze wschodu, szukający w tym kosmopolitycznym miejscu szansy na lepsze życie. Wojna domowa podzieliła miasto na zachodnią część, zamieszkałą przez muzułmanów, i wschodnią – proeuropejską, zdominowaną przez chrześcijan, i kompletnie zniszczyła miasto. Bejrut stał się miastem-widmem. Choć w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przystąpiono do odbudowy, konflikt wojenny z Izraelem doprowadził do kolejnych zniszczeń. Obecnie uznaje się, że miasto jest rządzone przez Hezbollah.

Z powodu wydarzeń w Syrii równowaga w wielu miejscach została zachwiana, jak to się zresztą zawsze dzieje na całym Bliskim Wschodzie. Nie jest to związane jedynie z polityką zagraniczną Turcji czy AKP. Sądzę jednak, że polityka bliskowschodnia prowadzona przez AKP zbliżyła Turcję do świata pustyni, od którego mój kraj odciął się, gdy został założony. Kilka lat temu napisałam w mojej rubryce w gazecie „Milliyet”: „Turcja nie poradzi sobie z tymi pustynnymi rozgrywkami”. I chyba miałam rację. Choć z drugiej strony, jaki inny kraj niby sobie radzi… Świat zachodni jest tak samo bezradny, wyrzeka się swoich podstawowych idei. Myślę, że zwłaszcza w kontekście uchodźców deklaracja praw człowieka przestała mieć znaczenie.

Ece Temelkuran w rozmowie z Piotrem Kawulokiem

 W „Odgłosach rosnących bananów” Temelkuran skupia się na okrucieństwie wojny. Nie sądzi pani, że to wyeksploatowany temat?
Owszem, ale wiele felietonów i esejów Temelkuran poświęca ludziom pokrzywdzonym przez wojny, rewolucje i zmiany polityczne. To raczej nie wojna, ale właśnie ci, którzy najbardziej na niej cierpią, są dla niej punktem odniesienia. Pisarka jest zwolenniczką socjalizmu, uważa, że to jedyny sposób na pozbycie się wielkich różnic społecznych, które prowadzą do wielkich dramatów ludzi słabszych, kobiet i dzieci. Swój wykład w grudniu ubiegłego roku na TEDxIstanbul zakończyła, mówiąc: „Tego lata zamiast książek o samorozwoju weźcie ze sobą na plażę książki o socjalizmie. Bo to będzie najbardziej trendy topic nadchodzącej dekady”.Anna MizrahiAnna Mizrahi

Przy coraz bardziej nacjonalistycznych nastrojach nie tylko w Turcji, ale na świecie, nie brzmi to jak myślenie życzeniowe?
Owszem. Nie zapominajmy jednak, że Temelkuran jak mało kto zna mechanizmy leżące u podstaw społecznych przewrotów, w niektórych uczestniczyła osobiście – jako reporterka i jako obywatelka. Namawiając młodych Turków do zainteresowania socjalizmem, nawiązała do wydarzeń, jakie miały miejsce w 2013 w parku Gezi – tysiące ludzi zbierało się tam, m.in. za pośrednictwem mediów społecznościowych, w proteście przeciwko rządzącym. Temelkuran na pewno głęboko wierzy w siłę oddolnych ruchów społecznych.

Powiedziała pani, że Temelkuran czuje się kobietą bliskowschodnią. Dlaczego?
Podkreśla ona bliskość kulturową i religijną mieszkańców Turcji z mieszkańcami krajów położonych na wschód od niej i zwraca uwagę na towarzyszące jej kompleksy (choć nie do końca jestem przekonana, czy to właściwe słowo) wobec tak zwanych ludzi Zachodu. Pod względem emocji i nastrojów Turcy bywają – znam to z autopsji – często zagadkowi, trudni do zrozumienia dla ludzi Zachodu, a ten brak identyfikacji z Zachodem odsuwa wielu Turków emocjonalnie na Wschód.

Mówi pani o Turkach, nie o Turczynkach.
Mówię o Turkach w ogóle, o kobietach, mężczyznach, dzieciach, starcach… Oczywiście prozę Temelkuran cechuje mocny rys feministyczny, który niezwykle sobie cenię. Dzięki niemu ta literatura bardzo do mnie przemawia. Mam też wrażenie, że autorka ukrywa się w swoich powieściach pod różnymi przebraniami. Postać Deniz, bohaterki „Odgłosów…”, zagubionej w sobie, wciąż poszukującej, przepełnionej bliskowschodnim smutkiem Turczynki, chwilami bardzo mi ją przypomina.

  

Myślę, że w życiu są o wiele ważniejsze rzeczy niż problemy z tożsamością. Te wszystkie polityki tożsamości spędzają intelektualistom całego świata sen z powiek. A mnie się wydaje, że to jest jak kłębek włóczki rzucony kotu – mami się nas tą kwestią, żebyśmy nie myśleli o niczym innym. Tak naprawdę nie interesuje mnie kwestia kryzysu tożsamości, o której mówi się więcej niż o nierównościach społecznych czy o kryzysie humanitarnym. Życie to o wiele szersza kwestia; świat to o wiele ciekawsze miejsce.

Ece Temelkuran w rozmowie z Piotrem Kawulokiem

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.







Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.