Nauka czytania
Rick&Brenda Beerhorst CC BY 2.0

Nauka czytania

Rozmowa z Jackiem Gutorowem

W czytanych tekstach, choćby tych najbardziej spekulatywnych i abstrakcyjnych, staram się odkrywać ich pierwszy blask. Wracam do języka, bo w nim zachowane są ślady pierwszych intuicji i początków myślenia

Jeszcze 4 minuty czytania

MACIEJ JAKUBOWIAK: „Życie w rozproszonym świetle” zbiera eseje poświęcone kilku pisarzom i filozofom – m.in. Proustowi, Kafce, Heideggerowi, Derridzie – o których śmiało można powiedzieć, że należą do absolutnej klasyki XX-wiecznej myśli. Czy powracanie do ich pisarstwa może być jeszcze dzisiaj owocne?
JACEK GUTOROW: Dzisiaj może bardziej niż kiedykolwiek. Mistrzowie myślenia (nawet ci sekretni) antycypują przyszłość, a autorzy, których zechciał pan przed chwilą wymienić – w książce jest ich oczywiście więcej – nie tyle diagnozowali swoją epokę, choć to też, co wyznaczali historię myślenia i podejmowali tematy nurtujące nas dzisiaj, a zapewne także jutro. Nie czytam ich jak klasyków, Boże broń. Czytam ich jak pisarzy współczesnych, w ich tekstach odnajduję klimat, żywioł i nerw nowoczesności. Lekcja istnienia, dramat „życia w rozproszonym świetle” (a więc tutaj i teraz), przyszłość wyobraźni i wrażliwości – wszystko to u nich jest, trzeba tylko pochylić się nad tekstami, dać się ogarnąć muzyce sensów i wciągnąć w pracę myślenia.

Czy to oznacza również wciągnięcie się w idiom tych pisarek i pisarzy? Najważniejszym, moim zdaniem, tekstem w tej książce jest „Strona życia, strona śmierci”. Pokazuje on, że pana stosunek nie tylko do samego Derridy, ale i do pozostałych bohaterów tej książki, nie jest czysto akademicki – że traktuje ich pan jak bliskich, domagających się osobistej odpowiedzi.
Ma pan chyba rację. W tym szkicu, napisanym po śmierci Derridy, doszło do szczególnego rodzaju zbliżenia, graniczącego z utożsamieniem, a nawet grożącego zawłaszczeniem innego. Sam Derrida przenikliwie zauważał, że można łatwo zatracić się w żałobie i melancholii, a nawet nie tyle zatracić, co (poprzez skupienie na naszych odczuciach) uprzedmiotowić zmarłego. Dotyczy to w ogóle myślenia, które usiłuje wcielić w sobie prawdę. Nie najgorszym tego przykładem jest filozofia Heideggera. Autentyczne myślenie było dla niego myśleniem nie o czymś, lecz myśleniem współistotnym z przedmiotem myślenia. Idea piękna, ale może trochę naiwna, podejrzanie prosta, przede wszystkim zaś niebezpieczna. Skończyło się to, co dość szybko rozpoznali Ernst Cassirer i Hannah Arendt, powrotem do myślenia mitycznego i magicznego, zupełnie pozbawionego krytycyzmu, dystansu, a nawet zdrowego rozsądku. Tyle, jeśli chodzi o zagrożenia związane z nadmiernym zbliżeniem do czytanych autorów. Ale oczywiście pewna bliskość jest niezbędna. Poza tym zgoda zupełna: czytając, poszukuję jakiejś osobistej odpowiedzi – to bardzo wieloznaczne sformułowanie, ale niech tak będzie, wieloznaczność jest interesująca i chyba mądrzejsza.

Ten osobisty stosunek do autorów i ich tekstów przejawia się też w tym, że bierze pan pod uwagę ich biografię, doszukując się pod skomplikowanymi konstrukcjami pojęciowymi śladów osobistego doświadczenia. A przecież jeszcze niedawno wydawało się, że w humanistyce tego rodzaju czytanie zostało skutecznie wyklęte. Co się zmieniło?
Mogę mówić tylko za siebie. W moim przypadku było tak, że kiedy zaczynałem pisać teksty krytyczne, ale także wiersze (może wiersze przede wszystkim), to z namiętną i bezceremonialną wiarą w Eliotowską wizję poezji i krytyki bezosobowej. Żadnych nadmiernie osobistych tonów, żadnych okazywanych emocji. Tylko czysta, krystaliczna gra sensów. Taki rodzaj czytania/pisania nadal mnie pociąga, być może właśnie z powodu elegancji semantycznych równań i symetrii – wyznawcy twórczości Nabokova i Pereca, a za takiego się uważam, trudno się od tego typu aspergerowatej lektury zdystansować [uśmiech]. Jednak po latach zrozumiałem, że nie da się uciec od życia. Było to, przyznaję, odkrycie wyzwalające. Rzecz w tym – proszę wybaczyć bezwstydne banały – że idee i spekulacje nie powstają w próżni. Nawet te najbardziej abstrakcyjne i wyrafinowane. Świadomość, jak mawiał mistrz Husserl, jest zawsze świadomością czegoś. Ale jest ona także czyjąś świadomością. Oczywiście łatwo popaść w drugą skrajność i pójść w stronę zupełnego, skończonego biografizmu. Istnieje jednak opcja pośrednia, jeśli mogę to tak niezręcznie sformułować (przepraszam). Chodzi o gatunek biografii intelektualnej, zakładającej z grubsza, że istota egzystencji, jej prawda i najważniejsza sankcja, zawiera się w życiu umysłu. Ta konwencja, doprowadzona do doskonałości w literaturze anglosaskiej, wydaje mi się godna uwagi, zwłaszcza w obecnych czasach, kiedy wszyscy piszą biografie, dzienniki, blogi, pozbawione – świadomie lub nie – jakichkolwiek intelektualnych ambicji. Biografia intelektualna wielkiego umysłu jest bogatsza, można wzrastać wraz z nią, szukać w niej odpowiedzi na własne egzystencjalne pytania, a także szukać w niej nas samych. Czy jest coś wspanialszego od dwóch umysłów, poszukujących siebie i od czasu do czasu odnajdujących się w pół drogi?

To dotyczy nie tylko pańskiego pisania, ale również historii, o których pan pisze. W trzech esejach poświęconych Hannah Arendt powraca pan do jej skomplikowanej relacji z Martinem Heideggerem. Czy ten fakt z porządku biografii jest dla pana ważny tylko ze względu na przemiany myśli autorki „Kondycji ludzkiej”, czy chodzi tu również o pewien model myślenia o historii XX wieku i związanych z nią problemów winy, sądu, przebaczenia?
Związek Heideggera z Arendt to zagadka miłosna, zupełnie różna od tych, z jakimi mamy do czynienia w kryminałach czy choćby powieściach Nabokova, zawierających na końcu sprytne, eleganckie rozwiązanie. W przypadku zagadki miłosnej na końcu zawsze jest uczucie (niekoniecznie serdeczne). Nigdy nie mogłem pojąć, jak to możliwe, że Arendt, która już pod koniec lat trzydziestych nie miała złudzeń co do Heideggera, jego poglądów politycznych, antysemickich zachowań czy (mówiąc delikatnie) emocjonalnej niedojrzałości, nagle, na przestrzeni jednego roku (1950), kiedy spotkała się z Heideggerem po wielu latach niewidzenia, wróciła do swojego mistrza, nauczyciela, kochanka. I to wróciła z hukiem – wszak stała się nieledwie ambasadorką Heideggera w Stanach Zjednoczonych, zlecając angielskie przekłady jego dzieł, popularyzując jego filozofię itd. Perypetie tego związku fascynowały mnie, więc kiedy tylko ukazał się polski przekład korespondencji Arendt–Heidegger, z miejsca umówiliśmy się z panem Wojciechem Dudą (redaktorem naczelnym gdańskiego „Przeglądu Politycznego” i spiritus movens kilku szkiców pojawiających się w tej książce), że coś o tej zdumiewającej epistolarnej wymianie napiszę. Jej szersze implikacje interesowały mnie, przyznaję, ale bardziej zajmował mnie dramat życia Heideggera: co stało się, kiedy filozof Bycia i ek-sistencji stanął oko w oko z zagadką miłości? Czy był w stanie ją zrozumieć? Osobiście raczej w to wątpię, choć w takich sprawach należy być ostrożnym. Jedno jest dla mnie pewne i jest to jedna z tych szerszych implikacji, mających również znaczenie filozoficzne: w związku Heideggera z Arendt to ona była nauczycielką, a on uczniem – mało pojętnym, niestety.Jacek GutorowJacek Gutorow
Ur. 1970 w Grodkowie. Poeta, eseista, tłumacz (m.in. Wallace'a Stevensa, Johna Ashbery’ego, Simona Armitage’a), pracownik naukowy Instytutu Filologii Angielskiej Uniwersytetu Opolskiego. Laureat Nagrody im. Ludwika Frydego (2003). Debiutował wierszami na łamach „NaGłosu” w 1993 roku. Wydał tomy poetyckie: „Wiersze pod nieobecność” (1997), „Aurora” (2001), „X” (2001), „Linia życia” (2006), „Inne tempo” (2008), „Nad brzegiem rzeki. Wiersze z lat 1990–2010”. Jest autorem książek krytycznych: „Na kresach człowieka. Sześć esejów o dekonstrukcji” (2001), „Niepodległość głosu. Szkice o poezji polskiej po 1968 roku” (2003), „Urwany ślad” (2007), „Luminous Traversing. Wallace Stevens and the American Sublime” (2007). „Życie w rozproszonym świetle” to jego najnowszka książka, zbierająca eseje napisane w latach 1998–2015.

W lekturze tekstów filozoficznych, obok kwestii biograficznych, podkreśla pan też formalną, literacką stronę pisania. Czy to w odniesieniu do Wittgensteina, czy Arendt, czy Saida – myślicieli docenianych przede wszystkim za rozległe konstrukcje pojęciowe – akcentuje pan raczej to, jak zrobione są ich teksty. Czy filozofia jest dla pana, jak to kiedyś ujął Richard Rorty, po prostu pewnym rodzajem literatury?
Strzegłbym się uproszczeń. Filozofia nie jest przecież dosłowną ekspresją gotowej mądrości. To raczej umiłowanie i poszukiwanie mądrości, wysiłek wyobraźni i wrażliwości. Filozofia zawsze miała charakter na poły literacki (Platon zaczynał od pisania wierszy), a filozofowie zawsze posiłkowali się metaforami i skrótem poetyckim. Jako krytyczny czytelnik staram się odkrywać w czytanych tekstach, choćby tych najbardziej spekulatywnych i abstrakcyjnych, ich pierwszy blask. Mówiąc inaczej, wracam do języka, bo w języku zachowane są ślady pierwszych intuicji i początków myślenia. Proszę poza tym pamiętać, że jestem poetą i filologiem, a nie filozofem. Człowieka szukam nie w gotowych i proponowanych poglądach, lecz w sposobie, w jaki je formułuje. Jestem głęboko przekonany, że aby kogoś zgłębić, należy wejść w jego język.

W eseju o Kafce pisze pan: „rytm frazy jest koniecznym warunkiem dobrego, autentycznego tekstu o literaturze”. Czy oznacza to, że krytyk z konieczności powinien stać się pisarzem? I czy chodzi tu zwyczajnie o skuteczną perswazję, czy o coś więcej?
Prawdziwa krytyka literacka to taka rzadkość! Dobry krytyk jest jak dobry psychoanalityk. Znajomość tekstu, aparat teoretyczny, wiedza o różnych zjawiskach kulturowych, społecznych czy filozoficznych nie wystarczą. Potrzebna jest jeszcze umiejętność wyłapywania detali, nade wszystko zaś zdolność zamykania interpretacji w zwięzłej krytycznej formule. Chodzi nie tyle o elegancję frazy czy retoryczną perswazję, co o językową dokładność, spostrzegawczość i trafność wyrazu. W moim prywatnym katalogu tak brzmią podstawowe cnoty krytyczne. Mówiąc inaczej, krytyk powinien mieć ucho i nosa do języka oraz dar patrzenia na rzeczy z krytycznego dystansu, a jednocześnie umieć ten dystans złamać. Sprawa niełatwa, wymagająca nieustannej uważności i pracy nad sobą. Wspomniałem o psychoanalizie – inna analogia, którą można by tutaj przywołać, to medytacyjna praktyka uważności. Z drugiej strony krytyka literacka to również szczypta szaleństwa, zdolność improwizacji i łapanie za ogon przypadkowych intuicji. Wszystko to sprowadza się do jednego generalnego imperatywu: należy wsłuchać się w rytm frazy. Reszta przyjdzie, a przynajmniej powinna przyjść, sama.

W pańskich lekturach ważniejsze od tego, co tekst mówi, wydaje się to, co tekst robi – w jaki sposób inscenizuje to, o czym mówi (albo jak inscenizuje coś odmiennego od tego, o czym mówi). Ale jak teksty mogą coś robić? I czy żeby dostrzec tę aktywną stronę tekstów, musimy na nowo nauczyć się czytać?
„Musimy na nowo nauczyć się czytać”: w pełni się pod tym podpisuję, to chyba podstawowy imperatyw czytelniczy. Od siebie dodam, że obcowanie z wielką literaturą to w zasadzie nieustanna nauka czytania. Każdy mistrz pisze w sposób idiomatyczny. Aby doświadczenie lekturowe było autentyczne, wypada zacząć od odkrycia i opanowania tej idiomatyki. Kwestia ma wymiar, za przeproszeniem, etyczny. Powinniśmy uszanować wyjątkowość czyjegoś głosu i nie spłaszczać go w imię naszych oczekiwań i przyzwyczajeń. To podstawowy aksjomat. Przesłanie dzieła pojawia się później i oczywiście też jest ważne. Na początku jest jednak zawsze brzmienie głosu, zaśpiew, intonacja, melodia sensu (przemawia przeze mnie poeta, proszę o wyrozumiałość).

Jednym z motywów przewodnich esejów zebranych w tej książce jest pojęcie sceny. Pisanie, czytanie, a nawet myślenie charakteryzuje pan jako działalność sceniczną. Tymczasem przywykliśmy do wyobrażania sobie tych czynności w związku z samotnością – nie sposób przecież na poważnie myśleć, pisać i czytać w tłumie albo na oczach tłumu. Do czego miałaby być potrzebna scena?Jacek Gutorow, „Życie w rozproszonym świetle. Eseje”. Ossolineum, 320 stron, w księgarniach  od września 2016Jacek Gutorow, „Życie w rozproszonym świetle. Eseje”. Ossolineum, 320 stron, w księgarniach od września 2016
Powinienem może wyjaśnić, że w pojawiającym się w tych szkicach sformułowaniu „scena pisania/czytania” nie chodzi o klasyczną sytuację teatralną zakładającą udział aktorów i widowni. Myślałem raczej o teatrze jednego aktora i jednego widza – pisanie i czytanie także i mi kojarzy się przede wszystkim z samotnością. Zależało mi na wydobyciu i podkreśleniu momentu pewnej rytualizacji bądź konwencjonalizacji związanej z faktem, że akty pisania i czytania nie są wcale czynnościami prostymi czy jednoznacznymi. Wszak pisanie to przekładanie, a co za tym idzie, odczytywanie własnych intencji. Z kolei w doświadczeniu lekturowym kryje się element interpretacji czytanego tekstu, a więc mamy do czynienia z jego przepisywaniem, nadpisywaniem, no i oczywiście podpisywaniem – tekst zyskuje życie i sens w lekturze, zatem czytelnik jest już zawsze jego współautorem. Utwór literacki bądź filozoficzny implikuje istnienie przestrzeni scenicznej, przy czym chodzi o scenę zarówno pomiędzy autorem i czytelnikiem, jak i równoległe sceny pisania (autor jest również widzem) i czytania (czytelnik jest również aktorem). Poza tym cenię moment rytuału. Nie czytam „jak leci”, lecz za każdym razem staram się usytuować lekturę w jakichś ramach, tudzież uczynić z niej doświadczenie znaczące – znaczące właśnie przez osobność i osobliwość każdego czytania. Jestem molem książkowym, wie pan.

Głównym antybohaterem pańskich esejów, z którym na różne sposoby usiłują walczyć wszyscy ich bohaterowie, jest tautologia – doskonała zgodność języka z samym sobą. Dlaczego mielibyśmy się jej obawiać? Czy tautologia nie jest gwarantem tożsamości – tego prostego stwierdzenia, że ja to ja?
Cóż, niech pan kilkakrotnie głośno i solennie wypowie tę słynną formułkę „ja to ja” (solennie, czyli bez ironii, tak jak to zrobił Gombrowicz na samym początku „Dziennika”). Nie brzmi to melancholijnie i groźnie? Melancholijnie, bo „ja to ja” jest ultymatywną formułą samotności. Groźnie, bo takie potwierdzenie tożsamościowego status quo ma w sobie coś ze śmierci. Mówi pan o gwarancjach… tak, ale mnie interesuje gwarancja żywej tożsamości. Żywej, a więc otwartej, nieprzewidywalnej, stale wystawiającej się na niebezpieczeństwo. Tautologia to słowo śmierci, słowo o śmierci, słowo śmiertelne. Zakleszczenie języka, który przestaje znaczyć, bo nieustannie powielane znaczenie staje się automatyzmem. Stąd moja fascynacja autorami poszukującymi nowych języków, w sobie i poza sobą. Powie pan pewnie, że sam sobie zaprzeczam: z jednej strony mówię o odkrywaniu idiomatycznego, wyjątkowego głosu, z drugiej zaś głoszę postulat otwarcia na różne języki. Proszę mi wierzyć, zdaję sobie sprawę z tej sprzeczności. Mógłbym dowodzić, że nie jest to właściwie sprzeczność, wszak mowa tu jest o głosie i języku, a więc dwóch odrębnych momentach. Mimo wszystko mam wrażenie uczestnictwa w jakimś głębokim i nierozwiązanym – a może nierozwiązywalnym? – dramacie.

Czy to otwarcie na inne języki oznacza również zaangażowanie? Wiele uwagi poświęca pan zagadnieniu zobowiązań intelektualisty. W kontekście Edwarda Saida akcentuje pan figurę intelektualisty-wygnańca, nigdy niezakorzenionego w jednym miejscu czy w jednym języku. Natomiast w odniesieniu do Arendt podkreśla pan paradoksalny wymiar kontemplacji jako zaangażowania. Czy jednak dzisiaj, w świecie nadmiaru informacji i brutalizacji sfery publicznej, tego rodzaju działanie – zniuansowane, samokrytyczne – ma jakąkolwiek moc oddziaływania?
Przyznaję, że trochę mnie już znużyły nawoływania naszych młodych krytyków i krytyczek do społeczno-politycznego zaangażowania twórców, pisarzy, intelektualistów. Mam nadzieję, że oszczędzi mi pan tego. W tych wszystkich działaniach mających na celu uwypuklenie politycznego wymiaru literatury (bądź filozofii) niepokoi mnie płaska dosłowność samego założenia, tudzież wyraźny brak chęci do zbadania i krytycznego zgłębienia, już nie mówię zakwestionowania, własnej retoryki. Na przykład: czy poszerzanie własnej wyobraźni i pogłębianie własnej wrażliwości to nie zaangażowanie? A „moc oddziaływania”? Każdy nauczyciel wie, że nie sposób uspokoić rozwrzeszczanej klasy krzykiem – lepiej po prostu zniżyć głos.

Arendt jest dobrym przykładem. Jej zwrot ku „życiu umysłu” należałoby z perspektywy dzisiejszej krytyki ocenić chyba jako eskapizm? No bo jak tak wybitna komentatorka spraw publicznych mogła pogrążyć się w vita contemplativa, w dodatku w epoce kontrkultury, rewolucji społecznej i filozofii zaangażowanej? Ale kto powiedział, że w ten sposób nie zaangażowała się w świat? Bo też co to znaczy: „świat”? Nie wystarczy socjologizować czy uprawiać krytyki ideologii, choć bez wątpienia są to sprawy ciekawe, również z czysto interpretacyjnego punktu widzenia. Jest jeszcze życie wewnętrzne, mimo wszystko niezależne od okoliczności zewnętrznych. Odwołując się do wcześniejszych słów: poza biografią biologiczną, rodzinną, społeczną czy płciową jest także biografia intelektualna bądź (przepraszam, przepraszam) duchowa. Byt może i określa świadomość, ale nie całą i nie do końca. W tym marginesie rozgrywają się bardzo ciekawe rzeczy. Ciekawe i – rzadko używam tego słowa, ale niech będzie – nieprzemijające.