Przyjdzie bokser i nas zbawi
Sergio Alvarez CC BY-NC-SA 2.0

13 minut czytania

/ Literatura

Przyjdzie bokser i nas zbawi

Maciej Jakubowiak

Jeśli „Król” miałby być powieścią o społecznym funkcjonowaniu rasizmu, to wypadałoby, żeby Twardoch odrobił lekcję nie tylko z boksu, ale również z nauk społecznych i wrażliwości dla kondycji mniejszości

Jeszcze 3 minuty czytania

Choć ta recenzja ukazuje się na dwa dni przed oficjalną premierą, to właściwie niewiele mogę dodać do tego, co zostało już powiedziane. Nie trzeba streszczać fabuły: wszyscy chyba wiedzą, że rzecz dzieje się w przedwojennej Polsce; że głównym bohaterem jest „wysoki, przystojny Żyd o szerokich ramionach” Jakub Szapiro; że tym razem autor postanowił przedstawić mniej reprezentacyjne dzielnice ówczesnej Warszawy. Wszyscy też pewnie wiedzą o kontrowersjach dotyczących jakości scen erotycznych, ocenianych bądź niepochlebnie (Łukasz Grzymisławski w „Książkach”), bądź całkiem pochlebnie (Książniczki). Gdyby komuś było mało, powstał też trailer wideo. „Król” Szczepana Twardocha to bez wątpienia najsilniej promowana i najczęściej omawiana premiera tej jesieni.

Skoro niewiele mam do dodania, to może od razu przejdę do sedna. Twardoch w „Królu” pozostaje tym samym pisarzem, którego znamy z „Morfiny” czy „Dracha”. Wciąż ma nieposkromioną skłonność do fetyszyzowania materii – tych wszystkich „naręcznych zegarków marki Glashütte” czy chryslerów czerwonych „jak wóz straży ogniowej”. I wciąż lubi inkantacje, rytmiczne powtórzenia (o których złośliwi mówili, że gdyby je usunąć z „Morfiny”, to książka schudłaby o paręset stron; nie należę do tych złośliwców, mnie ten rytm uwodzi), tym razem rozgrywane na dwóch planach: co stronę lub dwie narrator lubi powtarzać, że jest stary, że nie pamięta, że za oknem „arabski chłopiec pcha wózek pełen antyków”; ale lubi też przypominać, że nad Warszawą unosi się „Litani. Litani. Litani”. Zresztą ten kaszalot – bo o kaszalota chodzi – jest tym samym, czym Drach w „Drachu” czy Morfina w „Morfinie” – metafizyczną instancją, ponadludzkim obserwatorem, który widzi i wie, że z pozaziemskiej perspektywy losy maluczkich są niczym. Powracają wreszcie komplikacje narracyjne: jakieś ja, które nie jest ja; głos, który nie wiadomo do kogo należy; narrator od początku wątpliwy i powątpiewający w samego siebie.

Umówmy się, fetyszyzm autora „Morfiny” można zaakceptować bądź nie, było nie było, jest on współautorem podręcznika mody męskiej. Jest w tym zresztą godna podziwu technika powieściowego realisty, który zanim opisze jakąś rzecz, musi ją obejrzeć, dotknąć, powąchać; a jeśli oryginału nie ma pod ręką, to musi przynajmniej wysilić wyobraźnię, aby go zrekonstruować – może nawet bardziej dla przyjemności własnej niż czytelników, tym lepiej. Podobnie jest z opisami walk bokserskich wypełnionymi obrotami, szarpnięciami, unikami, gardami, rotacjami itd. Sama zresztą książka, z okładką stylizowaną na przedwojenny afisz, staje się nie byle jakim fetyszem.Szczepan Twardoch, „Król”. Wydawnictwo Literackie, 432 strony, w księgarniach od 13 października 2016Szczepan Twardoch, „Król”. Wydawnictwo Literackie, 432 strony, w księgarniach od 13 października 2016

Z refrenicznością tej prozy jest już jednak większy problem. O ile w „Morfinie” powracający głos demonicznej kochanki rzeczywiście wprowadzał do opowieści pewną dynamikę, o ile metafizyczny głos w „Drachu” pozwalał na chwilę uwierzyć, że bohaterowie rozsiani na przestrzeni stulecia są rzeczywiście połączeni jakimś śląskim fatum (uwierzyło się w to, a potem się wstydziło), o tyle w „Królu” – to zwyczajna próżna gadanina, do tego opóźniająca, wartką skądinąd, akcję. W miarę przytomny czytelnik jest w stanie zapamiętać między jedną a drugą stroniczką, że ojca narratora, młodego Bernsztajna, poćwiartowano „jak ciało koguta na kaparot”. Żeby chociaż był to najistotniejszy motyw tej historii – żeby postać zaszlachtowanego ojca okazała się kluczowa dla rozwoju fabuły albo motywacji bohaterów. Ale nie, to wątek raczej poboczny, ornamentacyjny (ale nie chcę uprzedzać lektury). Podobnie jest z Litanim – kaszalotem, który zagarnia w swoją paszczę całą niemal Warszawę, ale jakoś dziwnie wszyscy jej mieszkańcy całkiem nieźle sobie radzą ze swoim swoim postgastrycznym statusem, tak jakby okazywali się mądrzejsi od samego pisarza i wzruszali tylko ramionami nad zaświatowym fatalizmem.

Jest wreszcie narrator, który nie wie, co mówi. Nie wie też, gdzie się podziała jego broń ani czemu, do licha, opuściła go żona, która w tym wieku nie powinna już szukać atrakcji na mieście. Nominalnie historię Króla opowiada Mojżesz Bernsztajn/Inbar, dość szybko jednak można się zorientować, że jego udział w akcji powieściowej jest niewielki albo i żaden, a w końcu – znowu nie chciałbym uprzedzać lekturowych odkryć, ale jak inaczej? – nic z tego nie wynika. Czy to ten mówi, czy tamten – historia toczy się sama. Nie ma tu mowy o pokrętnej strukturze, w rodzaju chociażby „I nie było już nikogo” Agaty Christie, w którym to opowiadanie powinno ujawnić sprawcę, ale przechytrza samo siebie. W „Królu” te wszystkie narracyjne gierki prowadzą donikąd.

Właśnie, historia toczy się sama. Bo też „Król” Twardocha to porządna proza, w której role są od początku przydzielone. Mamy głównego bohatera Jakuba Szapirę – brutalnego romantyka, twardziela o miękkim sercu. Mamy cynicznego ojca chrzestnego Kuma Kaplicę – niegdysiejszego PPS-owskiego bohatera, a teraz zwyczajnego gangstera, który rządzi połową Warszawy. Ale mamy też zabijakę Pantaleona Karpińskiego (którego w filmowej ekranizacji koniecznie powinien zagrać, choć nie zagra, John Turturro) – bezwzględnego, choć dziecinnie niewinnego. Są też postaci kobiet żywcem wyjęte z klasyki gatunku: wierna, choć zgorzkniała burdelmama Ryfka Kij; anielska, choć zmysłowa żona (bez ślubu) Szapiry, Emilia; rozpustna i cyniczna Anna Ziembińska, córka do cna prawicowej rodziny (to przy okazji gotowa mapa erotycznych przygód bodaj wszystkich protagonistów autora „Morfiny”).

Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że prozę Twardocha sytuuje się w nurcie literatury wysokiej/ambitnej/wymagającej (bo za taką właśnie literaturę dostaje się nagrodę Kościelskich, prawda?). Tymczasem „Król” przekonuje – a właściwie potwierdza tylko przypuszczenia, które można było żywić po lekturze „Morfiny” czy „Dracha” – że Twardoch jest sprawnym, skutecznym i przekonującym, ale jednak twórcą literatury środka. Bo jeśliby odjąć te wszystkie pozbawione uzasadnienia komplikacje narracyjne i natrętne powtórzenia – które mają sugerować, że mamy do czynienia z trudnym, bo nieprzezroczystym pisarstwem – to „Król” okazuje się, w gruncie rzeczy, porządnie zrobioną książką gatunkową – powieścią sensacyjną, retro kryminałem noir.

I znów – nie byłoby w tym nic złego, gdyby powieść Twardocha nie sugerowała, że chce być o czymś więcej, niż jest. Nawet jeśli autor się przed tym broni („Powieści nie pisze się, aby załatwiać jakiekolwiek sprawy” – wyznawał w „Książkach”), to tylko kokieteryjnie („aby chciało mi się ją [powieść] pisać, musi wyrastać z czegoś, co mnie obchodzi”). Ale i tak nie ma to większego znaczenia, bo – jak o tym świadczą niemal wszystkie dotychczasowe recenzje – analogie między światem przedstawionym a światem nam współczesnym narzucają się w przypadku tej powieści same (a trudno zakładać, żeby tak solidny rzemieślnik jak Twardoch nie wziął tego efektu pod uwagę). Warszawa końca lat 30., w której nacjonalistyczne bojówki krążą po mieście, a rasizm nie tylko ma swoje sankcjonowane miejsce w debacie publicznej, ale instytucjonalizuje się i stwarza podstawy dla poważnych scenariuszy politycznych – taka Warszawa do złudzenia przypomina Warszawę z połowy drugiej dekady XXI wieku, w której nacjonalistyczne bojówki itd. Słowem, nie trzeba udawać, że „Król” nie usiłuje się zająć problemami najzupełniej aktualnymi. Ale właśnie na przecięciu politycznego wydźwięku tej powieści z realizowanymi w niej estetycznymi wyborami powstaje niebezpieczny zgrzyt.

Wymogi gatunku, które Twardocha skrzętnie wypełnia, sprawiają, że historia polskiego antysemityzmu z okresu międzywojnia zostaje sprowadzona do konfliktu między silnymi osobowościami: między żydowskim a polskim bokserem; między PPS-owskim gangsterem a prawicowym cynikiem (w tej roli Bolesław Piasecki). Jasne, Twardoch nie ukrywa, że gang Kuma Kaplicy terroryzuje żydowską biedotę, posuwając się nawet do brutalnych morderstw. Ale w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że bezwzględność gangsterów, sprowadzona do ludzkich wymiarów, jest i tak o niebo lepsza od systemowych planów nacjonalistów, którzy Żydów chcieliby zamknąć w obozach, wysłać na Madagaskar albo eksterminować.

Narzucona przez gatunek wizja świata sięga jednak głębiej i sprawia, że te postaci, które nie mieszczą się w modelu bohaterskiego działania, nie tylko przez głównych bohaterów, ale i przez samego opowiadającego są traktowane jak pasywne elementy układanki. Kobiety stanowiące tylko męskie akcesoria, miejska biedota opłacająca haracze z pocałowaniem ręki – nie są godni większego zainteresowania. Może z wyjątkiem sytuacji, w której spektakularnie cierpią. Jak w scenie nacjonalistycznych rozbojów, przed którymi Józef Sztajgiec nie może uciec, bo musiałby zostawić swoją maszynę do szycia, a bez niej byłby nikim: „Biedakiem bez sensu w życiu, bez powołania, bez obowiązku”. Choć postać tragiczna, w ogólnym rozrachunku Sztajgiec okazuje się godny pożałowania tylko dlatego, że brak mu siły, żeby odeprzeć przemoc. Bo świat „Króla” to świat rządzony przez siłę (tę fizyczną i tę polityczną), a kto jej nie ma, z tego świata musi wypaść. I nie ma się czemu dziwić, to w końcu powieść o bokserze – a kiedy patrzy się na społeczeństwo jak na mecz bokserski, wszystko staje się proste.

W „Książkach” Twardoch opowiada o tym, jak zabierając się do pracy nad powieścią, rozpoczął treningi boksu, żeby przekonać się na własnym ciele, o co właściwie chodzi. „Staram się zasadniczo pisać tylko o tym, o czym mam jako takie pojęcie” – wyznawał. I faktycznie wygląda na to, że o boksie zdobył jakieś pojęcie, bo sceny walk wypadają tu świetnie. Podobnie zresztą jest z tym wszystkim, na czym Twardoch bez wątpienia się zna: samochodami, galanterią, uprzedmiotowieniem kobiet. Zna się też na pisaniu i wie, jak przyciągnąć i zatrzymać uwagę czytelników. Jeśli jednak „Król” miałby być również powieścią o społecznym funkcjonowaniu rasizmu, o jego sprawcach i ofiarach, to wypadałoby, żeby pisarz odrobił lekcję nie tylko z boksu, ale również z nauk społecznych i wrażliwości dla kondycji mniejszości. Pozwoliłoby mu to nieco bardziej skomplikować obraz ludzkich zbiorowisk, w których tysiące ludzi nie są wyłącznie szarą masą formowaną przez gangsterów (tych nielegalnych i tych legalnych). Mógłby na przykład dostrzec oddolne inicjatywy solidarności i oporu, formy samoorganizacji, które wykraczają poza politykę opartą na przemocy. Mógłby też zrozumieć, że spór między Kaplicą i Szapirą a Piaseckim i Ziembińskim nie jest w istocie sporem tożsamości (Żydzi vs Polacy), ale sporem interesów (pieniądze vs pieniądze). Tymczasem otrzymujemy w „Królu” uproszczoną społeczną diagnozę wraz z gotową receptą, która jest gotowym scenariuszem zamiany jednej przemocy na drugą.

To symptomatyczne, że powieść Twardocha przypadła do gustu recenzentom z lewej (Witold Mrozek w stołecznej „Wyborczej”) i z prawej (Marcin Fijołek na portalu „wPolityce”) strony polskich mediów. I nie chodzi nawet o to, że wizerunkowa wolta, jakiej dokonał w ostatnich latach Twardoch, jest tyleż skuteczna (bo został uznany za swojego przez liberalne i lewicowe media), co pozorna (bo te prawicowe wciąż dostrzegają w nim coś swojego). Najważniejsze jest to, że „Król” przekonująco odtwarza wzorzec, który jest kuszący po obu stronach politycznego sporu: silnego, skutecznego samca, który własnymi rękami może naprawić zło tego świata. Chwytliwość tej woli (prze)mocy może dziwić, jeśli pomyśleć, że nawet globalna popkultura (w postaci np. Dark Knighta) zdała sobie już dawno sprawę, że superbohater nie jest żadnym lekarstwem na społeczne bolączki. Najwyraźniej w Polsce wciąż czekamy na mesjasza, który nadejdzie i wszystko wyprostuje – a skoro czekamy, to sami nie musimy nic robić.

Zanim jeszcze zaczniemy go czytać, dajmy sobie spokój z traktowaniem „Króla” jako powieści o istotnych kwestiach społecznych, nie szukajmy w nim diagnoz współczesności ani głosu w sprawie polityki historycznej. Cieszmy się, jeśli mamy takie upodobania, tymi wszystkim półobrotami, sierpowymi i prostymi, błyszczącymi portfelami, ekskluzywnymi samochodami i odrzutowymi samolotami – a potem odłóżmy tę pięknie oprawioną książkę na półkę i nie udawajmy, że wynika z tego coś więcej.