Plecami do publiczności
Hubert Czerepok, Wróg się rodzi

14 minut czytania

/ Sztuka

Plecami do publiczności

Iwo Zmyślony

Potrzeba nam mądrych wystaw przełamujących ironiczny, dyskursywny dystans, zderzających ze sobą różne, nawzajem skonfliktowane perspektywy na Polskę. W tym widzę wielkie wyzwanie dla instytucji sztuki. Nie udało się to niestety na wystawie „Communis – renegocjacje wspólnoty” w lubelskim Labiryncie

Jeszcze 4 minuty czytania

W lubelskiej galerii Labirynt trwa jedna z ważniejszych wystaw, jakie w ostatnich latach zrealizowano w Polsce. Religia zostaje zderzona tu z polityką, duchowość z nowoczesnością, wiara z seksualnością, a światły prowincjonalizm i żywiołowa wiejskość z zaściankowością centrum. W tej ostatniej roli występuje tutaj nie tylko polski Kościół czy konserwatywna prawica, ale też aktualny dyskurs polskiego świata sztuki.

Do Lublina jechałem z mieszanymi uczuciami. W tekście do wystawy przeczytałem na przykład, że kuratorów ciekawi „współczesna polska tożsamość”, zwłaszcza jej składniki „duchowe, irracjonalne”, które – ich zdaniem – w ostatnim czasie wypierają wypracowane przez nowoczesność „racjonalne metody dążeń emancypacyjnych”. O co tutaj chodzi? Samo zrównywanie religii z duchowością jest upraszczające (istnieje przecież duchowość niereligijna), podobnie jak ich spychanie do worka „irracjonalizm”. To samo się tyczy żenienia emancypacji z nowoczesnością i racjonalizmem (Derrida z Foucaultem przewracają się w grobie). Wszystko to mieszanina stereotypów i pobożnych życzeń.

Na wystawie znajdziecie znakomite prace, możecie też oczekiwać intensywnych wzruszeń. Dodajmy też od razu – także tych nieprzyjemnych. Ta sztuka nie dekoruje, nie próbuje być grzeczna. Nie kokietuje ironią czy banałem, nie udaje, że wchodzi w abstrakcyjny dialog z „wyzwaniami globalnej współczesności”. Ma być niewygodna, ma nas wytrącać z etycznego komfortu, z rutyny przeżywania. Drażni, niepokoi i zmusza do refleksji – testuje granice naszej (zbiorowej?) wrażliwości.

Communis – renegocjacje wspólnoty

Kuratorzy: Szymon Maliborski, Łukasz Mojsak, Galeria Labirynt, Lublin, do 30 października 2016

„Spowiedź” (2015) Michała Dobruckiego to nagrana z ukrycia rozmowa w konfesjonale. Młody artysta (wciąż student, obecnie na piątym roku szczecińskiej Akademii Sztuki) powoli cedzi słowa, wplatając fragmenty spowiedzi Antoniusa Blocka z „Siódmej pieczęci” Bergmana: „Większość ludzi w ogóle o tym nie myśli. Być może rzeczywiście nikogo tam nie ma. Wołam do niego w ciemności. A on milczy…”. Głos chłopakowi się łamie. Nie wiemy, czy ma depresję, czy tylko świetnie udaje.

Podoba mi się ta praca. Oparta na prostym pomyśle, niemal oczywistym, a taka trudna i niewygodna zarazem. I to przecież nie tylko dla osoby wierzącej. Świetna jest ta dwuznaczność, że nie możemy być pewni, co jest intymnym wyznaniem, a co prowokacją czy przekroczeniem granic. Tym bardziej że spowiednik, nieświadomy swej roli, podejmuje dialog – z całą delikatnością, skupieniem i powagą. Dał się podejść? Wkręcić? A może właśnie pokazał, że jeszcze są dobrzy księża? Na koniec, z troską w głosie, słychać jak wręcza karteczkę – „Tu masz mojego mejla. Napisz, jeżeli będziesz chciał jeszcze porozmawiać”.

Kolejna praca z ukrycia – Maria Olbrychtowicz i Jana Shostak postanowiły zhakować oficjalną narrację Światowych Dni Młodzieży. Podmieniły w tym celu jeden z oficjalnych bannerów, instalując flagę z podobizną Franciszka – wykonaną własnoręcznie, wizualnie zgodną z oprawą graficzną wydarzenia. Była to ich reakcja na niezrozumiałą dla wielu uczestników imprezy nieobecność tego wizerunku, a nawet przemilczanie osoby urzędującego papieża przez jej organizatorów.

Daniela Rycharskiego większość z was pewnie kojarzy z jego „Pomnika chłopa” czy „Sztandaru Św. Ekspedyta” pokazywanych niedawno w MSN. Jego dokument filmowy to także konspiracja – na dużym zbliżeniu widzimy dłonie kapłana, które nad ołtarzem przełamują opłatek, podnoszą w kierunku wiernych. Przez dwadzieścia minut kamera lustruje modlących się, ani przez chwilę jednak nie widać niczyjej twarzy. W ten sposób artysta chroni ich anonimowość. To znowu tegoroczne Światowe Dni Młodzieży i msza święta w namiocie Przystani Pielgrzyma LGBTQ.

Inicjatorem nabożeństwa była Wiara i Tęcza – ekumeniczny ruch chrześcijan, w większości katolików, zabiegających o tolerancję i życzliwość w obrębie polskiego Kościoła dla osób nieheteroseksualnych. To oni, we współpracy m.in. z Kampanią Przeciw Homofobii i przy poparciu takich osobistości jak Halina Bortnowska, siostra Małgorzata Chmielewska czy ks. Andrzej Luter, przeprowadzili przed miesiącem poruszającą akcję społeczną „Przekażmy sobie znak pokoju”. Niestety, spotkała się ona z niechęcią ze strony hierarchów kościelnych. Ci wciąż nie rozumieją głosu własnej wspólnoty.

1 Jerzy Bohdan Szumczyk, Lisowczycy, 2016, fot. Diana Kołczewska
2. Na pierwszym planie: Daniel Rycharski, Bez sprawiedliwości nie ma solidarności, 2016; w głębi od lewej: KwieKulik, Manifestacje, 1979–1982; Zygmunt Piotrowski (Ukiyo), notatka, 1976/2016; Paweł Althamer, Raj, 2009, dzięki uprzejmości Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie; fot. Diana Kołczewska
3. Maria Olbrychtowicz, Jana Shostak, Who Is Your Pope?, 2016, baner, dokumentacja filmowa; fot. Piotr Zugaj
4. Od lewej: KwieKulik, Manifestacje, 1979–1982; Zygmunt Piotrowski (Ukiyo), notatka, 1976/2016, fot. Diana Kołczewska

Tragizm. Niemodne słowo. Ale w tym właśnie jest tragizm – w całym tym ukrywaniu, udawaniu przed sobą i przed wszystkimi innymi. Każdy zna przecież prawdę, ale wybiera kłamstwo. Dlaczego gej-katolik musi się ukrywać? Co z gejami wśród księży? Dla kogo jest Kościół powszechny? Co znaczy w praktyce „miłuj bliźniego swego”? Niby znamy na pamięć tego rodzaju pytania, lecz wciąż nie potrafimy udzielić odpowiedzi.

Identyfikacja ze wspólnotą, pragnienie przynależności, przy jednoczesnym pragnieniu jej przemiany od środka – to właśnie w tym napięciu chcą widzieć kuratorzy główną oś wystawy. Przywołują tu Zygmunta Piotrowskiego – performera i teoretyka sztuki, autora m.in. pracy „Pomyśl komunizm” (1971). W latach 70. był on związany z warszawską galerią Dziekanka, gdzie w ramach projektów samokształceniowych testował możliwość oddolnej renegocjacji komunizmu – powrotu do jego ideowych podstaw.

Nie chodzi więc wyłącznie o Kościół czy katolicyzm, a od słowa communis już tylko krok do „komunizm”. Brzmi jak nowoczesny, wygodny punkt zaczepienia – w tej perspektywie nie ma większej różnicy, czy pokażemy zgrywusów pielgrzymujących po sieci (skądinąd świetna praca grupy Rozdzielczość Chleba), czy zasłonimy figury w warszawskim muzeum rzeźby, by wygnani z ojczyzny Ingusze i Czeczeni mogli się pomodlić za wolność na Kaukazie. Oba te gesty zrównuje kuratorska żonglerka.

Nie tylko Zygmunt Piotrowski próbował przemyśleć komunizm. Było to także ambicją twórców duetu KwieKulik, którzy, wierząc w socjalizm i nie wierząc w religię, chcieli go zmienić od środka, z pozycji własnej, krytycznej. Legitymacje partyjne oddali dopiero wtedy, gdy Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny – te dla kandydatów, ponieważ tych członkowskich, pomimo licznych starań, nigdy nie uzyskali.

Ich „Manifestacje” (1979–1982) zestawiają ze sobą warszawską mszę Jana Pawła, pochód pierwszomajowy, transmisję z igrzysk w Moskwie i zapis pogrzebu Breżniewa. Tę pracę można traktować jako analizę wizualno-rytualnych kodów czterech zupełnie różnych, masowych ideologii – i tak bywa zwykle interpretowana. Kuratorzy „Communis” chcą w niej widzieć jednak również „odgórnie zadekretowane” formy celebracji – pozbawione wewnętrznej, autentycznej wspólnoty.

No więc nie, przy całym sceptycyzmie wobec polskiego Kościoła, a nawet przy całej sympatii do pogrzebów czy igrzysk, nie potrafię kupić takiej interpretacji. Co by o nim nie myśleć, kult „Papieża Polaka” nie wziął się przecież z niczego. Dla większości naszych rodziców i dziadków wybór Karola Wojtyły na biskupa Rzymu i jego przyjazd do Polski był przecież wydarzeniem bardzo osobistym, niezależnie od tego, jak blisko byli Kościoła.

Tak więc tu powracają moje mieszane uczucia. Narracja kuratorska wyraźnie coś zniekształca – z jednej strony Maliborski z Mojsakiem sięgają po subwersywne prace testujące dyskurs kościelno-konserwatywny, z drugiej strony najwyraźniej go nie rozumieją (albo nie chcą zrozumieć), redukując do pozycji jednego z szeregu wielu możliwych dyskursów, które organizują polską pamięć zbiorową (na równi z olimpijskim czy pierwszomajowym). To upraszczająca klisza, która nas nie przesuwa ani o milimetr w stronę zrozumienia „współczesnej polskiej tożsamości” ani konfrontacji opartej na dialogu.

A takiej konfrontacji dzisiaj nam potrzeba. Nie trzeba nam konfrontacji opartej na przemocy – fizycznej czy symbolicznej, w której obce nam samym postawy czy tożsamości (levinasowski „Inny”), są formatowane do łatwo przyswajalnej figury retorycznej. Tego rodzaju przemocy dziś pełno na każdym kroku. Potrzeba nam mądrych wystaw przełamujących ironiczny, dyskursywny dystans, zderzających ze sobą różne, nawzajem skonfliktowane perspektywy na Polskę. W tym widzę wielkie wyzwanie dla instytucji sztuki w tworzeniu sytuacji, gdzie na równych prawach wybrzmią obok siebie różne, rozbieżne pozycje trwającego w Polsce sporu ideowego. Te pozycje muszą mieć jednak szansę być mocnym, własnym, autentycznym głosem. Kuratorzy nie powinni relatywizować tego autentyzmu.

1. Od lewej: Małgorzata Malinowska/Kocur, Kto włada Włócznią Przeznaczenia dzierży w dłoniach losy świata, 2015; Stach Szumski, Korporgonit, 2015; Przemysław Branas, Hyena, 2014/2015; Piotr Wysocki, Zikr, 2012; fot. Diana Kołczewska
2. Przemysław Branas, Hyena, 2014/2015; fot. Diana Kołczewska
3. Małgorzata Malinowska/Kocur, Kto włada Włócznią Przeznaczenia dzierży w dłoniach losy świata, 2015; fot. Piotr Zugaj
4. Łukasz Surowiec, Alicja Rogalska, Skup łez, 2014, wideo; fot. Diana Kołczewska.

O tym, że takie gesty są możliwe, zdążyła mnie przekonać „Nowa sztuka narodowa” zorganizowana przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej cztery lata temu – w czasach, gdy o konserwatywnej władzy nikomu się nawet nie śniło. Wtedy kuratorzy sięgnęli po prace, które w większości przypadków nie były nawet sztuką. Krzyczały za to własnym, autentycznym wołaniem – skrajnie konserwatywnym. Jedynym kryterium doboru było ich podobieństwo z pracami już uznanymi przez współczesny świat sztuki – czy to na poziomie strategii, czy to na poziomie formy.

Ciekawe, że tamtą wystawę wszyscy skrytykowali – zarówno ci po lewej, jak i ci po prawej, powtarzając przy tym właściwie ten sam zarzut: zawłaszczania dyskursu, kolonializacji prawicy. Jedyna różnica polegała na tym, że ci z lewej szydzili, a z prawej się oburzali. Pisałem o tym gdzie indziej, więc tutaj tylko powtórzę: nikt nie zauważył, że wówczas po raz pierwszy – i jak dotąd jedyny – udało się spotkać ze sobą skłócone środowiska Krytyki Politycznej i Frondy oraz sprowokować między nimi bezprzemocowy dialog.

To, co wówczas wzięto za symboliczną przemoc, było ujawnieniem czegoś zupełnie innego – immanentnej lewicowości samego świata sztuki. To dlatego ten projekt wydał się wtedy wszystkim zawłaszczający i kolonizacyjny. W samym tekście wystawy niczego takiego było – mam tutaj na myśli zarówno kuratorskie teksty, jak późniejsze wypowiedzi kuratorów dla mediów, a przede wszystkim bogaty program towarzyszący, do którego zaproszono m.in. Ewę Stankiewicz i Zbigniewa Dowgiałło. Nikomu nie zależało na dostrzeżeniu w tej sytuacji dialogu – zarówno krytykom z lewej, jak i tym z prawej strony.

I na tym polega zasadnicza różnica – w Lublinie nikt nie wziął w nawias dogmatów świata sztuki, tylko je wszył w założenia, wzmacniając i powielając. Dowodzi tego nie tylko kuratorski esej, ale i ubogi program towarzyszący – Maliborski z Mojsakiem nie próbują nawiązać dialogu z lokalnymi społecznościami, których w Lublinie jest przecież pod dostatkiem – od wspólnot ewangelickich i prawosławnych począwszy, przez różne środowiska na KUL-u, aż po centrum muzułmańskie. Właściwie, jeżeli nie liczyć tutaj ankiety Łukasza Surowca, który nas przepytuje pod kątem „grzechów polskich”, wystawa „Communis” stoi zwrócona plecami do publiczności.

Dla usprawiedliwienia kuratorów wypada jednak dodać, że nie jest to tylko ich problem. Pomijam już tutaj wpadki w rodzaju „In God We Trust” w Zachęcie. Po prostu polski świat sztuki naprawdę jest lewicowy – zwłaszcza na poziomie narracji i deklaracji. Mało który kurator potrafi wziąć to w nawias. Większość ma ewidentny problem z oswojeniem wszystkiego, co leży bardziej na prawo. To samo dotyczy postaw związanych z duchowością, religijnością albo egzystencją. Jak już się za to zabiera, wychodzi małpa w klatce.

O tym, że nie jest to nowa sytuacja świadczy historia „Skupu łez” (2014) Alicji Rogalskiej i Łukasza Surowca – bodaj najciekawszej pracy na lubelskiej wystawie i w ogóle jednego z najciekawszych projektów artystycznych, jakie powstały w ostatnich latach w Polsce. Pomimo częstych prezentacji w różnych instytucjach, jak również uwagi krajowych i międzynarodowych mediów, wciąż nie doczekała się ona poważniejszego tekstu krytycznego.

Dokładnie dlatego „Communis” to jedna z ważniejszych wystaw, jakie dziś mamy w Polsce. Podobnie jak „Nowa sztuka narodowa”, ukazuje ona nie tylko nieporadność artystycznej krytyki, ale i faktyczne nieprzygotowanie polskiego świata sztuki na autentyczny dialog z innymi niż własne, znane, dobrze oswojone, lewicowe praktyki i tożsamości.

Zupełnie też nie rozumiem kuratorskich przemilczeń – dlaczego pokazują lekko już zgraną „Adu”, a nie sięgnęli do projektów Kle Mens albo Toma Swobody, który od kilku lat konsekwentnie zajmuje się tematem.

Na całe szczęście w niczym to nie szkodzi pracom wystawianym. Pojawia się tylko pytanie: kiedy je zobaczymy wnikliwie opracowane, wyrwane z relatywizującej ich sens perspektywy – zestawione z pracami Jacka Adamasa, Roberta Rumasa, Teresy Murak, Zbigniewa Warpechowskiego czy Władysława Hasiora? Kiedy taką wystawę zrobi np. warszawska Zachęta albo CSW Zamek Ujazdowski? Póki co, ta pierwsza zajmuje się „bogactwem”, ten drugi przepisuje zachodniocentryczne dyskursy. Najwyraźniej w Polsce pilniejszych spraw nie mamy.