Jeszcze 4 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Przygody w Vellano

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Bywa, że zbudzony własnym krzykiem leżę nieruchomo i zdaje mi się, że z głębi swojego dziadostwa przyzywam ową cudowną krainę. W zaciszu małego mieszkanka, pośród coraz chłodniejszych dni leżę zadumany, a przed oczami przesuwają mi się spowite słońcem widoki

Ktoś powiedział, gdy mu zdałem relację z ostatniej podróży, że moje jedyne w swoim rodzaju opisy urody Toskanii zrobiły na nim wielkie wrażenie i nigdy się z czymś podobnym nie zetknął. Odparłem, że przede mną było wielu, zwłaszcza XIX-wiecznych podróżników, ale ta pochwała zrobiła mi wielką przyjemność.

…Tuż po przybyciu do Vellano, z głębi doliny, gdzie leżało urocze miasteczko, usłyszałem chóralny śpiew, jakby cerkiewny, któremu towarzyszyły melodyjne pokrzykiwania. Moja gospodyni, koleżanka z czasów szkolnych objaśniła, że raz w roku odbywa się tu festiwal, podczas którego chłopcy biorą się pod ręce i unosząc wysoko nogi odziane w buty z cholewami, tanecznym szpalerem przemierzają rynek. Z naprzeciwka, w takt jedynej w swoim rodzaju i nieznanej poza regionem Vellano muzyki, idą im na spotkanie dziewczęta niosące kosze pełne owoców, również wykonując coś w rodzaju kankana. Chciałem natychmiast to obejrzeć, ale najpierw trzeba było złożyć daninę ploteczek krajowych, a potem rozpakować bagaże, więc pozostały mi marzenia i domysły. Zobaczyłem siebie, jak rozcinam piersią niekończące się, roztańczone i rozśpiewane korowody. Być może noc spędziłbym u przygodnie poznanych ludzi, siedząc po turecku w izbie, z wieńcem na ramionach i odurzony zapachem nieznanych ziół. Miejscowa piękność zaprowadziłaby mnie do pomieszczenia, gdzie poddawany byłbym oszałamiającym i niezrozumiałym rytuałom. Na końcu okazałoby się, że skradziono mi portfel.

Rano, gdy zeszliśmy do restauracji, słynnej na całą okolicę z wyjątkowej pizzy, po śpiewach i tańcach nie było śladu. Ponieważ mieszkańcy Vellano nie są szczególnie bogaci, właściciel trattorii wpadł na pomysł, że przyjmie do siebie emigrantów, a państwo będzie mu za to płacić. Odtąd na ławce przed domem oraz wewnątrz restauracji siedzą Murzyni i grają w piłkarzyki, rozmawiają przez telefon, palą papierosy lub patrzą na gości. Jeśli dobrze zrozumiałem, dostają pizzę tylko raz w tygodniu, poza tym jedzą inne potrawy, prawdopodobnie tańsze. Z ich spojrzeń domyśliłem się, że bardzo lubią pizzę. Zauważyłem przy okazji, że pod czyimś nieustępliwym i skierowanym na wprost wzrokiem bardzo trudno się je. Powziąłem nieprzyjemne przypuszczenie, że patrząc tak uporczywie, mają ochotę na mój kawałek. Nawet zacząłem się zastanawiać, czy któryś nie podejdzie, a byli to wyłącznie rośli mężczyźni w wieku lat około trzydziestu, nie wyrwie mi pizzy i nie zje na moich oczach, a następnie nie zrobi tego samego z winem. Podobno mieszkańcy Vellano również czują się skrępowani i przestali odwiedzać trattorię. Z tego powodu córka właściciela, a zarazem kelnerka, nabawiła się depresji.

Następnie koleżanka oprowadziła mnie po okolicy, w miarę potrzeby udzielając krótkich wyjaśnień. Krajobrazy toskańskie dostarczają niesłychanie licznych i silnych wrażeń. Co i rusz bezwiednie zachwycałem się jakimś zakątkiem, na przykład tarasikiem na szczycie wzgórza otoczonym pergolą lub małym sadem, pozornie niechlujnie rzuconym wśród pól. Przyroda, którą znamy i z którą zżyliśmy się od dzieciństwa nie może się równać z włoską. Na każdą naszą trawkę przypada tutaj kilkadziesiąt źdźbeł, niesłychanie bujnych i soczystych, jakby Stwórca utarł je w moździerzu. Polskie żywopłoty, choć bardzo mocne, mają się nijak do dwumetrowych zdrewniałych przez setki lat i wzajemnie przerośniętych żywopłotów włoskich, które nie ustępują prawie kamiennym murom. Specyficzna, pozbawiona chemii kultura rolna prawie całkowicie wyrugowała rośliny niepożądane, w tym pokrzywy. Słyszałem co prawda, że od niedawna, zwłaszcza na południu, znów zaczynają się wysiewać.

Do czasu nie odczuwałem żadnych oznak zmęczenia. Ale organizm, nieprzyzwyczajony do przepychu w żadnej dziedzinie, upomniał się o swoje prawa i zbyt powszechne piękno zaczęło mi ciążyć. Jest pewien gruczoł w ciele ssaków morskich, który odpowiada za nawigację. Podobnie my odziedziczyliśmy zmysł służący do orientacji w ubogim i bezładnym środowisku Europy Środkowowschodniej. Ten wirujący na diamentowych prętach balans widocznie rozchwiał się w cudownym toskańskim powietrzu, bo i ja zacząłem się zachwiewać. Wstrząsany rytmicznymi zachwytami, zlany potem, do czego przyczynił się i upał, zostałem wreszcie odprowadzony do domu.

Przy okazji wspomnę, że nie trzeba wielkich pieniędzy i dalekich podróży, aby zakosztować folkloru i specyficznej, co prawda, egzotyki. Ostatnio zanotowałem w tramwaju rozmowę, którą prowadziło dwóch, mniej więcej sześćdziesięcioletnich mężczyzn. „Danka kupiła mielone z indyka. A tam zmielili te pióra, te kostki. Się wkurwiła, mówi, że drugi raz nie kupi. Mówię, że papieru toaletowego nie będzie trzeba, bo te piórka będą smerały”.

Pewnego dnia zdrzemnąłem się na leżaku i miałem sen, który, miałem nadzieję, zwiastował ciekawe wydarzenia. Śniło mi się, że jechałem w windzie, obok mnie stała kobieta. Nie widziałem jej twarzy, bo była niższa, sięgała mi mniej więcej do ramienia. Wtem winda przyspieszyła i zaczęła opadać z wielką szybkością w dół. Bez słowa podtrzymałem kobietę za łokieć.

Zupełnie podobną przygodę przeżyłem, tym razem na jawie, mniej więcej dwadzieścia lat temu, podczas podróży pociągiem. Do przedziału weszła około pięćdziesięcioletnia gruba baba z tobołami, po czym usiadła naprzeciw mnie. Następnie zzuła buty i bezceremonialnie oparła stopy, przyobleczone w beżowe rajstopy, o moje siedzenie. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, ale nie patrząc, zacząłem ją głaskać po nogach. Brzmi to fantastycznie, ale kobieta nie zareagowała i jak gdyby nigdy nic wyglądała przez okno. Wreszcie przestałem głaskać, a po godzinie, nie odezwawszy się słowem, wysiadła. Los płata czasem dziwne figle…

Ze snu wyrwał mnie szczebiot dzieci gospodyni, które przybiegły, aby podzielić się radosną wiadomością. Postanowiłem dać im kilka porad życiowych i tym samym odwdzięczyć się za gościnę. Jest włoskie powiedzenie, że codziennie wypadają nam włosy i nie zwracamy na to uwagi, ale gdyby na starość zebrać je w jednym miejscu, powstałby gigantyczny kłąb. Inaczej mówiąc, drobne sprawy mają potencjał rzeczy wielkich. Wyjąłem z kieszeni niemiłosiernie podarty notesik i podsunąłem go dzieciom. Wyobrażałem sobie, że widząc tak zniszczony, zapisany prawie do ostatniej kartki notesik nauczą się szacunku i powściągliwości w gospodarowaniu przedmiotami. Notesik znudził dzieci, siedziałem więc z niebudzącym zainteresowania notesikiem i zastanawiałem się, co dalej począć. Zamarzyłem, aby być sam, a gdy to się nie stało, wskazałem na rybki w stawie. Jedna opuściła stado i podpłynęła szczególnie blisko, jakby za czymś węsząc, podczas gdy jej towarzysze podążali zgodnie za przewodnikiem, dość dużym, jak na ten gatunek, samcem. Głośno wyraziłem swój podziw słowami „Ta rybka daleko zajdzie”. Podkreśliłem z naciskiem, że umiejętność samodzielnego i pozbawionego uprzedzeń myślenia przydaje się w życiu, podobnie jak baczne obserwowanie tego, co nas otacza. Na przykład to, czy ktoś jest prawo, czy leworęczny łatwo zgadnąć po samym tylko uśmiechu, leworęczny zawsze ma bardziej białe zęby z prawej strony, bo tak mu wygodniej szczotkować. Było to już nadto dla dzieci, które nieprzyzwyczajone do dalekosiężnych rad i pouczeń puszczały je mimo uszu. Wreszcie zrezygnowałem z nich na rzecz prostych przykładów przeplatanych elementami zabawy. Zobaczyłem na dnie basenu pesteczkę. Wyłowiłem ją, a po wyjściu z basenu wyłuszczyłem motywy, które mną kierowały. Pesteczka wymykała się, brakowało mi tchu, ale powtarzałem sobie, że nie wypłynę na powierzchnię, dopóki jej nie wyłowię. Niby to śmieszne, takie założenie, ale tylko na pozór. Ktoś, kto ponawia próby zdobycia pożądanej rzeczy, nawet za cenę doraźnego dyskomfortu, jest człowiekiem wielkiego charakteru, zaś ten, kto jej zaniecha, gnuśny. A wiadomo, jak odmiennie kształtują się losy ludzi gnuśnych i wytrwałych.

Później jedno z dzieci topiło się w basenie, bądź udawało, że się topi i wyciągając je, poczułem, że coś strzeliło mi w plecach. Rozbolał mnie „szynsil”, jak to się w pewnym moim śnie określało kręgosłup. Swoją drogą, trudno się nie uśmiechnąć na wspomnienie niektórych zbitek słownych, jakie podsuwają sny, niedawno obudziłem się ze zdaniem „rozmowa między panem, wójtem a nurkiem”.

Odtąd chodziłem, powłócząc nogami, albo siedziałem przed domem na ławeczce. Na szczęście wpadłem na pomysł, który oddalił ode mnie przymus wymyślania zbyt forsownych zabaw. Jedno z dzieci często wspominało swojego kota Rademenesa oraz mniej lubianego kota swojej siostry Pomarańczkę, więc zagadnąłem:

– Jaki jest twój ulubiony kot?
– Rademenes.
– A ulubiony kot twojej siostry?
– Pomarańczka.
– To ładnie go nazwałaś: Rademenes. Czyli lubisz to imię?
– Tak.
– A Rademenes jest mądry?
– Bardzo mądry.

Nastąpiła krótkotrwała cisza, po czym zadałem następne, dość podobne pytanie:

– Słuchaj, bo zapomniałem, jak się nazywa twój ulubiony kot?
– Rademenes.
– A Twojej siostry?
– Pomarańczka.

Z czasem urozmaiciłem naszą rozmowę i wprowadziłem nowe elementy:

– A twoim zdaniem, jaki jest najgłupszy kot na świecie?
– Pomarańczka.
– A wolisz Rademenesa czy Pomarańczkę?
– Rademenesa.

Gdy milczenie znów zaczynało nam doskwierać, pytałem:

– A bawisz się czasem z Rademenesem?
– Bardzo często.
– Czyli Rademenes lubi się z tobą bawić?
– Tak.
– A co by było, gdyby…

...i tu nie przychodziło mi do głowy nic, co można by dokleić poza „gdyby Rademenes zachorował” – …gdyby Rademenes i Pomarańczka mieszkały razem… w domku… miały taki swój mały domek… – bełkotałem.

Dziecko nieomylnie wyczuło, że nie ma sensu odpowiadać na to pytanie. Napiłem się trochę wody.

– Czyli ten twój kot nazywa się Rademenes, bo drugi, o ile pamiętam, nazywa się Pomarańczka?
– Mhm.

Prosta zabawa, polegająca na powtarzaniu w kółko takich samych pytań przyucza do skupienia uwagi na konkretnym zagadnieniu i sumienności, jak obracany w rękach niepozorny kamyk lub drewniane szwedzkie klocki. Poniewczasie przyszło mi do głowy, że mógłbym niby to niechcący przekręcić „Pomarańczka” na „Kapuśniaczek”, co dałoby asumpt do sprostowania i dalszej rozmowy, a także wiele nowych pytań, między innymi: „A co by się stało, gdyby Rademenes i Pomarańczka się zgubiły, kogo szukałabyś najpierw?” lub „Czy Rademenes lubi, kiedy się go głaszcze?” i w ostateczności „Czy Rademenes lubi pić wodę?”. Mimochodem wpadłem na pomysł dodatkowego odcinka serialu „Siedem życzeń”, z którego wywodzi się imię kota dziewczynki, Rademenesa. Wymyśliłem, że pierwotnie serial miał się nazywać „Osiem życzeń”, ale ostatni już nakręcony odcinek wycofano. Otóż w serialu kot Rademenes spełnia życzenia, ale czar działa przez tylko jeden dzień. Ponieważ ojciec chłopca palił bardzo dużo papierosów, wymyśliłem, że ojciec umiera na zawał, a chłopiec prosi kota, aby spełnił jeszcze jedno, ostatnie życzenie. Chłopiec budzi się rano, a ojciec jak gdyby nigdy nic myje zęby, krząta się w kuchni i tak dalej. Myślę, że nie tylko dla mnie wzruszająca byłaby świadomość, że chłopiec może się cieszyć jego obecnością zaledwie do zmroku, po czym ojciec wróci do grobu.

Ktoś się może dziwić, że jestem tak biegły w rzemiośle powtarzania w kółko tych samych pytań. Otóż mam kolegę, który mnie w ogóle nie słucha i tylko czeka, aż skończę, aby sam mógł mówić. Ja także go nie słucham. Znaleźliśmy wszakże poletko, gdzie on i ja słuchamy siebie nawzajem. Ponieważ lubimy drzemać w ramionach rzeczy znanych i sprawdzonych, roztrząsamy najbardziej podstawowe i osobiste zagadnienia. Na przykład zadaję pytanie: „Kto jest twoim najlepszym przyjacielem?”, a gdy pada szczera odpowiedź, że nie ja, tylko ktoś inny, staram się delikatnie dopytać, na którym jestem miejscu. Zwykle pada odpowiedź, że na mniej więcej trzecim lub czwartym. Wtedy, aby osłodzić sobie to dość niskie miejsce, pytam pospiesznie: „A co u nich słychać?”, mając na myśli tych lepszych przyjaciół. Wówczas pada odpowiedź, że nic szczególnego. Następnie pytam: „A który z naszych znajomych jest, twoim zdaniem, najgłupszy?”. Po dłuższym zastanowieniu pada nazwisko najgłupszego. Wtedy tonem łagodnym, aby nie zrazić dobrodusznego znajomego pytam: „A nie uważasz, że taki to a taki jest mimo wszystko głupszy?”. Kolega zamyśla się, po czym przyznaje mi rację lub mówi, że ten jest wprawdzie głupi, ale tamten, którego wymienił najpierw, jest głupszy. Natychmiast rozwijam pytanie: „A chciałbyś znaleźć się z nim na bezludnej wyspie?”. Kolega, otrząsając się z mimowolnej, ale i w zaciszu przytulnego mieszkania przyjemnej zgrozy, woła: „Czego ty mi życzysz? To byłoby straszne!”. Później śmiejemy się z tych kieszonkowych demonów. Przyznaję, że koledze z początku niezbyt podobała się ta monotonna formuła, przede wszystkim z racji dobrego wychowania, ale i pięćdziesiątki na karku, przed tak jawnym szafowaniem uczuciami, i zbyt częstym odpowiadaniem na pytanie, kto jest jego najlepszym przyjacielem. Ale wreszcie pojął, że te „orgie zwierzeń” oddalają nas od poważniejszych zagadnień, których roztrząsanie mogłoby być przykre.

Tymczasem siedziałem przed domem i czułem, że w tym pięknym miejscu budzą się we mnie dobre instynkty. Stopniowo zacząłem nabierać ogłady, która cechuje ludzi zamożnych i z dobrych domów. Miałem na sobie lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami i jasne spodnie, na udzie położyłem słomkowy kapelusz, a usta okalał mi wiśniowy ślad po lekkim miejscowym winie. Bałem się tylko, że skóra, dość delikatna, wystawiona na słońce dozna uszczerbku. „A więc tak to się kończy – powiedziałem do koleżanki – ja, człowiek niebogaty i z prowincji, siedzę obecnie w miejscu, którego wielu mogłoby mi pozazdrościć. Widocznie dobre idzie ku dobremu i jeśli jest się przyzwoitym, a na dodatek nie próżniakiem, w końcu zawsze nas czeka nagroda”. Obserwując moje zachowanie i zachwyty, jakich nie szczędziłem osobom z dobrych domów, powiedziała, że lepiej powstrzymywać się od uogólnień, bo niektóre sądy wydają się słuszne, a kryją wiele omyłek. Tak samo własny nos w lustrze wydaje się gładki i bez skaz. Ale gdybyśmy zalali go gipsem i uzyskaną w ten sposób foremkę oderwali, ujrzymy wewnątrz włoski, grube i zaskakująco długie. Wysokie urodzenie nie daje gwarancji nienagannej postawy, między innymi nie chroni przed małostkowością. W warunkach powojennych ludzie bardzo się przemieszali. Instynkty nabyte przez pokolenia starannego wychowania i selekcji są powoli wypłukiwane. Niektórzy próbują powstrzymać tę fosylizację poprzez liczne zajęcia dodatkowe, naukę języków i tańca, ale przeważnie nadaremnie. Wysoko urodzone koleżanki mojej gospodyni, poprzez przebywanie pośród najpierw ambitnego, a później zawiedzionego w nadziejach motłochu przejęły niektóre jego cechy. Zamiast cieszyć się jej sukcesami, które odniosła na niwie zawodowej, pielęgnowały w sobie skrywaną zazdrość, o co nikt by tych subtelnych umysłów nie podejrzewał. Wreszcie pod pretekstem obowiązków rodzinnych odsunęły się od niej. Poradziłem, aby nie zwracała na to uwagi i w dalszym ciągu starała się okazywać ludziom dobro, a ono z pewnością do niej wróci. Pamiętam, ta powszechnie znana reguła była nawet powodem zerwania mojej znajomości z kolegą, który był niezwykle dobrym, a jednocześnie niebogatym człowiekiem i obawiałem się, że będę musiał odpłacać mu dobrem, i to z nawiązką.

…Minęło już sporo czasu i po pięknej, słonecznej Toskanii zostało ledwie wspomnienie. Bywa, że zbudzony własnym krzykiem leżę nieruchomo i zdaje mi się, że z głębi swojego dziadostwa przyzywam ową cudowną krainę. W zaciszu małego mieszkanka, pośród coraz chłodniejszych dni i szybko zapadającego zmierzchu leżę zadumany, a przed oczami przesuwają mi się spowite słońcem widoki.