Kompromitująca normalność
Joshua Tabti / CC BY 2.0

22 minuty czytania

/ Literatura

Kompromitująca normalność

Rozmowa z Joanną Roszak

Wierzę w opiekuńcze, interwencyjne siły sztuki i najwyraźniej różne instytucje pomagające uchodźcom także w nie wierzą 

Jeszcze 6 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: W książce „Miejsce i imię. Poeci niemieckojęzyczni pochodzenia żydowskiego” przytaczasz wiersz W.H. Audena w przekładzie Stanisława Barańczaka, zatytułowany „Blues uchodźców”. Powstał w 1930 roku, a brzmi niemal tak, jakby był napisany wczoraj.
JOANNA ROSZAK: Masz rację. To wiersz-piosenka, którą wyśpiewuje ukochanej niemiecki Żyd. Śpiewa o tym, że są obcy we własnym kraju, zazdrości drzewom i zwierzętom, że mają bezpieczne miejsce. Auden poświęcił ten utwór doświadczeniu niemieckich Żydów, ale opowiada o losie wszelkich wygnańców. Dzisiejsi uchodźcy nie znają pewnie tekstu Audena, ale mówią jego słowami – zazdroszczą wolności ptakom, ciepłego kąta kotu czy psu. Widziałam setki wywiadów, w których powracały te frazy.

Drażni mnie, gdy zewsząd słyszę o kryzysie uchodźczym czy migracyjnym, bo wydaje mi się, że to krzywdzące wobec ludzi, którzy uciekają. Takie sformułowanie buduje obraz świata, w którym uchodźcy ponoszą winę za własną sytuację. Powinno się mówić raczej o kryzysie postaw obywatelskich wśród nas, Europejczyków. „Poeci to ostatni strażnicy wszelkich samotności” – pisał Paul Celan. Wierzę, że tak właśnie jest, że także poezja ma coś w tej sytuacji do zrobienia. Z Piotrem Matywieckim, Jerzym Kronholdem, Wojciechem Bonowiczem i Krystyną Dąbrowską „Wiersze dla Aleppo” napisaliśmy również dla siebie samych, aby kiedyś w odpowiedzi na pytanie o to, co zrobiliśmy, gdy zabijano niewinnych ludzi, móc powiedzieć, że protestowaliśmy też w ten sposób, że upominaliśmy się o ginących.

Wierzysz, że coś jednak zdarza się za sprawą poezji?
Tak. Nie bez powodu UNHCR za swój sztandarowy tekst uznał wiersz „What They Took With Them – a List” autorstwa Jenifer Toksvig. Brytyjska poetka, pisząc go, inspirowała się świadectwami ludzi zmuszonych do opuszczenia domów. Na stronie UNHCR można obejrzeć film, w którym jej rytmiczny, oparty na enumeracji wiersz czytają znani aktorzy, m.in. Cate Blanchett i Keira Knightley. Odczytują listę rzeczy, które wzięli ze sobą ludzie uciekający przed śmiercią. Są na niej na przykład klucze, zdjęcie matki, pielucha lub szczepionka dla dziecka, ładowarka do telefonu. Aktorzy, którzy ciałem potrafią wyrazić ogrom emocji, nie robią w tym nagraniu nic poza odczytaniem prostej wyliczanki i ma to wielką siłę rażenia, o wiele większą niż opowiadanki ekspertów w telewizji czy teksty informacyjne. Należy więc docenić poezję. Słynne zdanie Audena „Poetry makes nothing happen”, do którego nawiązałaś w pytaniu, zawiera powątpiewanie w jej zdolność do zmieniania rzeczywistości. Ale przecież można odczytać je ironicznie. Wierzę w opiekuńcze i interwencyjne siły sztuki i najwyraźniej różne instytucje pomagające uchodźcom także w nie wierzą.


W utworze dla mieszkańców Aleppo piszesz, że „kompromitujemy się normalnością”. Przypomina mi to wiersz Bertolda Brechta, w którym pisał (a przełożył Jakub Ekier): „Cóż to za czasy, kiedy / rozmowa o drzewach jest prawie przestępstwem / bo tyle w niej milczenia o nieludzkich czynach”.
Na co dzień się nad tym nie zastanawiamy, ale przecież przy nieszczęśliwym obrocie spraw każdy z nas z dnia na dzień mógłby stać się uchodźcą. W dzisiejszych niespokojnych czasach najzwyklejsze czynności nabierają więc nowego znaczenia. A przy popijaniu kawy z filiżanki i spędzaniu kilku minut na dumaniu rano przed szafą z ubraniami można się ocknąć, gdy przypomnimy sobie, że sześć lat temu mieszkańcy Aleppo robili to samo. Doznajemy znanego z antycznych tragedii uczucia litości i trwogi, uświadamiając sobie, że w momencie, gdy kładziemy się do ciepłego łóżka we własnym domu, na granicach na gołej ziemi koczują całe rodziny. Jak u Josifa Brodskiego:

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino –
ludzie giną.

Coś wisi w powietrzu, a poezja potrafi to oddać. Niedawno w Poznaniu na ścianie jednej z kamienic powstał mural z wierszem Stanisława Barańczaka „Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka”, wiersz ten kończy się słowami:

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

Wobec dzisiejszej sytuacji na świecie ten tekst silnie się aktualizuje. Okazuje się, że fraza „czuć się jak u siebie w domu” istnieje właściwie tylko w języku, bo dziś mało kto czuje się bezpiecznie, nawet my, w niezagrożonej konfliktem Polsce, czujemy się czasem obco i niespokojnie.

Kiedy zdecydowałaś, że chcesz napisać coś dla mieszkańców Aleppo?
Ta chęć kiełkowała we mnie od czasu, gdy głębiej zainteresowałam się tym, co dzieje się w Syrii. Ta rzeczywistość zasysa, ten świat wdziera się w codzienność, która zaczyna się nam wymykać. Stoimy obok i intensywnie patrzymy w stronę oblężonego miasta, w którym brakuje wszystkiego, w którym pachnie prochem, w którym ludzie codziennie żegnają kogoś bliskiego, a wielu nie ma już nikogo, kto mógłby potwierdzić ich tożsamość.

Niedawno wraz z grupą przyjaciół zorganizowaliśmy w Poznaniu manifestację antywojenną. Inicjator naszych działań, Bartek Rajewski, inżynier, założył w internecie stronę „Humans of Aleppo”, gdzie opisuje historie ludzi mieszkających w tym mieście. Ja, poza pracą w instytucie, na co dzień uczę w szkole, więc zaprosiłam go na lekcję z moją klasą, z ludźmi wrażliwymi, ale niepewnymi, którym mediom dać wiarę. Rozmawialiśmy o sytuacji w Syrii. Dziś wiemy już za dużo, aby siedzieć bezczynnie, więc każdy robi, to co może i potrafi. Szczególnie że mieszkańcy tego piekła na ziemi mają poczucie, że świat się zmówił, że giną samotnie. Przez ostatnie lata zajmuję się tematami żydowskimi i przeraża mnie, jak wiele zbieżności widać dziś między losami Żydów w latach przedwojennych i w czasie drugiej wojny światowej a sytuacją współczesnych uchodźców.

W swojej twórczości krytycznej interesujesz się geopoetyką, czyli kreśleniem i badaniem poetyckich map. Dlaczego uważasz, że śledzenie związków między literaturą a geografią jest ciekawe?
We wspomnianej książce o twórczości poetów niemieckojęzycznych pochodzenia żydowskiego rzeczywiście badałam relacje między przestrzeniami geograficznymi a ich artystycznymi reprezentacjami. Interesowało mnie to, jak poeci, którzy po wojnie mieszkali w różnych zakątkach świata, wpisywali przestrzeń w wiersz, jak sam wiersz czynili domem, jak zabierali na wygnanie język. Okazuje się, że najczęściej nie wracają oni w utworach do krajobrazów niemieckich, nie opisują też przestrzeni krajów, w których się osiedlili, ale sięgają po pewne wspólne słowa klucze i podobne metafory związane często z wodą i powietrzem.

Pytanie o geopoetykę i geokrytykę zdaje się ciekawe w kontekście tego, o czym rozmawiamy, bo takie wygnańcze poetyckie mapy powstają też teraz. W swoich książkach (których przekłady pojawiły się ostatnio w Polsce) rysują je na przykład Libijczyk Ashur Etwebi i pochodzący z RPA Breyten Breytenbach. Kategorie, którymi posługuje się geopoetyka, możemy więc pewnie uznać za podstawowe dla wszelkiej poezji uchodźczej. Każdy twórca zabiera na wygnanie język i może traktować napisane w nim teksty jako schronienie. W wypadku niemieckojęzycznych poetów żydowskich – m.in. Paula Celana, Nelly Sachs, Ericha Frieda, Else Lasker-Schüler, Hilde Domin, Loli Landau – było to utrudnione, bo język, który ze sobą nieśli i w którym tworzyli na emigracji, był językiem ich matek, ale również mową ich prześladowców i morderców. Mimo wszystko ich poezja pisana na obczyźnie pozostawała dla nich często najprawdziwszym domem i azylem.

Wraz z Tomaszem Kostrzewą i Anną Muus założyłaś niedawno fundację, której celem jest działanie na rzecz pokoju. Jej patronem jest Józef Rotblat, polski fizyk i noblista pochodzenia żydowskiego. Wstyd się przyznać, ale nigdy o nim nie słyszałam.
Rotblat to ważna postać w kontekście tematu naszej rozmowy, bo to on w dużej mierze nauczył mnie, jak należy się angażować, i natchnął do działania. Może pocieszy cię, że ja też dwa lata temu nie wiedziałam o jego istnieniu. To szalenie ciekawa postać, jednocześnie współtwórca bomby atomowej i laureat pokojowej Nagrody Nobla, którą otrzymał w 1995 roku. Przez większość życia mieszkał w Wielkiej Brytanii, mawiał o sobie, że jest Polakiem z brytyjskim paszportem. Gdy pojawił się pomysł napisania o nim książki, w pierwszej chwili przestraszyłam się. Ja o fizyku? Ale temat mnie prawdziwie pochłonął i w biografii-reportażu stawiam już niebawem ostatnią kropkę. W lutym założyliśmy Fundację Józefa Rotblata. Przez ostatni rok zajmuję się głównie nim, stałam się archeolożką jego rodzinnych losów, nieoczekiwanie wiele czasu spędziłam w zapiskach z warszawskiego getta i wojennego Lublina.

Joanna Roszak

Ur. 1981 roku w Poznaniu. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Slawistyki PAN. Poetka („lele”, „wewe”, „ladino”, „tego dnia”) i inicjatorka wielu akcji literackich dla młodzieży szkolnej. Ostatnio wydała książki: „Miejsce i imię. Poeci niemieckojęzyczni żydowskiego pochodzenia” oraz „Słyszysz? Synagoga. Wychodząc spod poznańskiej synagogi przy Wronieckiej”. Redaktorka książek poświęconych m.in. F. Pessoi, I. Bachmann, P. Matywieckiemu, M. Świetlickiemu. Współfundatorka i wiceprezeska Fundacji Józefa Rotblata.

Jakie były losy Rotblata?
Urodził sie w 1908 roku w Warszawie przy Nowolipkach, a zatem tej samej ulicy, na której wcześniej mieszkała Maria Skłodowska-Curie. Ona nie mogła się swobodnie uczyć, bo była kobietą, on zaś dlatego, że był Żydem. Kształcił się w Wolnej Wszechnicy Polskiej, arcyciekawej uczelni założonej w 1918 roku, do której uczęszczało wielu Żydów i niemało kobiet. Doktoryzował się z fizyki na Uniwersytecie Warszawskim już jako ceniony młody badacz. W 1939 roku zaproponowano mu wyjazd na roczne stypendium w Paryżu lub Liverpoolu, wybrał to drugie. Tam bowiem jego mentorem miał zostać James Chadwick, czyli odkrywca neutronów, części atomu, o której wszyscy uczymy się na lekcjach fizyki. Ponadto był to ośrodek, w którym posiadano cyklotron. Wyjazd na stypendium okazał się jednocześnie szczęśliwym i nieszczęśliwym zdarzeniem. W Warszawie Rotblat zostawił żonę Tolę (z domu Gryn), ponieważ razem nie byliby w stanie utrzymać się za granicą. Współpraca z Chadwickiem układała się jednak znakomicie i stypendium podwojono. W sierpniu 1939 roku Rotblat przyjechał po Tolę do Warszawy, zamierzali załatwić niezbędne sprawy i już razem wyjechać do Wielkiej Brytanii. Nieszczęśliwie Tola dostała zapalenia wyrostka, umówili się więc, że on pojedzie pierwszy, a ona dołączy do niego, gdy poczuje się lepiej po operacji. Nigdy więcej się nie spotkali, Tola zginęła w Bełżcu, mimo rozpaczliwych wysiłków męża, który próbował zorganizować dla niej ratunek i wydostać ją jeszcze z Warszawy. Rzadko mówił o prywatnej tragedii, nigdy nie pojechał do Bełżca i nigdy powtórnie się nie ożenił. Do Anglii udało mu się sprowadzić matkę, rodzinę siostry i dwóch braci.

Naukowe badania Rotblata dotyczyły bomby atomowej i promieniowania. Jak to się stało, że jeden z konstruktorów śmiercionośnej broni dostał po latach Pokojową Nagrodę Nobla?
To historia niemal jak z filmu szpiegowskiego. Rotblata zaproszono do udziału w projekcie Manhattan, w ramach którego podczas II wojny światowej konstruowano w Stanach pierwszą bombę atomową, ścigając się w tym z nazistowskimi Niemcami. Od początku miał jednak wątpliwości, czy służy dobrej sprawie. W 1944 roku wycofał się z programu. Twierdził, że praca nad bronią miała sens w obliczu realnego zagrożenia wojennego, ale gdy stało się jasne, że Niemcy bomby nie skonstruują, nie chciał przykładać do niej ręki. Jako pierwszy wycofał się z programu z powodu wątpliwości natury moralnej i zrobił to na wiele miesięcy przed zrzuceniem bomby na Hiroszimę. Podejrzewany przez amerykańskie służby o szpiegostwo na rzecz ZSRR, wrócił do Liverpoolu. Wrócił właściwie w pustkę, bo większość jego dawnego zespołu wciąż pracowała z Amerykanami. 6 sierpnia 1945, gdy słuchał radia BBC, widział w wyobraźni tych, którzy biegli nad Otę. Schodziła z nich skóra, a w ranach lęgły się robaki, widział dzieci umierające na rękach rodziców, rodziców – na rękach dzieci. Każde słowo usłyszane w radio podsycało grozę, zapętlało jego myśli i zdawało się antycypować kolejne katastrofy.

Dalej pracował jako fizyk?
Chciał zostać lekarzem, ale zdecydował, że więcej może zdziałać jako fizyk. Aż do emerytury pracował w Szpitalu Świętego Bartłomieja w Londynie, gdzie zajmował się wykorzystywaniem promieniowania przez medycynę. Szefował też Pugwash – ruchowi na rzecz rozbrojenia i pokoju, który powołał do życia w 1957 roku razem z Bertrandem Russellem. Mottem życiowym uczynił przeformułowaną antyczną sentencję „Si vis pacem, para bellum” („Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny”), w jego wersji brzmiała ona: „Si vis pacem, para pacem”. Kojarzony jest też z ostatnim zdaniem nawołującego do rozbrojenia „Manifestu Russella-Einsteina”, który podpisał w 1955 roku (jednym z jego 11 sygnatariuszy był też inny polski uczony, Leopold Infeld). Manifest kończy się słowami: „Pamiętajcie o swoim człowieczeństwie, reszta nie ma znaczenia”. To zdanie Rotblat powtórzył w mowie noblowskiej w 1995 roku. Całe dorosłe życie poświęcił działaniu na rzecz światowego pokoju. Tej siły, jaką dysponował Pugwash – zaufania między politykami i bogatych kontaktów prywatnych – nie można przecenić, rozważając znaczenie ruchu w zakończeniu zimnej wojny.

Rotblat chodził zawsze szybkim krokiem. Łatwo daje się wyobrazić jako dziewięćdziesięciolatek na kolorowej stacji metra Tottenham Court Road, gdy prosi studentów o zrobienie mu miejsca, by mógł szybciej przejść. Często spotykał się z młodzieżą, potrafił wsiąść do samolotu i polecieć do innego kraju, aby podziękować starszemu człowiekowi, który przekazał majątek na rzecz działań Pugwash. To ciekawe, ale jak się słuchało Baracka Obamy, pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który pojechał do Hiroszimy, to można było odnieść wrażenie, że cytuje on Józefa Rotblata, że zna jego myśli na temat zbrojeń nuklearnych i tragedii miasta.

Kiedy zdecydowałam się współorganizować wspomnianą demonstrację w Poznaniu, pomyślałam, że Rotblat byłby zadowolony. Stojąc w Poznaniu na placu Mickiewicza, myślałam o tym, że w roku 2000 przebrany w odzież więzienną Józef Rotblat zamknął się w prowizorycznej celi-izolatce przed ambasadą Izraela w Londynie. Podczas zaangażowanego happeningu demonstrował solidarność z Mordechajem Vanunu. A 3 października 2004 o piątej po południu na Trafalgar Square Rotblat jako najstarszy manifestujący ramię w ramię z Hawkingiem sprzeciwiał się wojnie w Iraku.

Joanna Roszak / fot. Maciej JarzębińskiJoanna Roszak / fot. Maciej JarzębińskiFundacja współorganizuje właśnie seminarium poświęcone twórczości poetki Nelly Sachs. Sachs to niemiecka Żydówka, która cudem uniknęła śmierci w Zagładzie, bo w 1940 roku, dzięki pomocy przyjaciół, wyjechała z Berlina do Sztokholmu. Kolejna noblistka, podobnie jak Rotblat, niemal nieznana w Polsce.
Zetknęłam się z nią przez Paula Celana, z którym Sachs się przyjaźniła. Jednym z moich ulubionych jego wierszy jest utwór zatytułowany „Zürich, Zum Storchen” jej dedykowany i napisany po ich spotkaniu w Szwajcarii w 1960 roku. Relacja autora „Fugi śmierci” i starszej od niego o niemal trzydzieści lat poetki okazała się zażyła, a ich korespondencja przynosi wiele tropów ważnych przy interpretacji ich twórczości. W listach wymienianych z Sachs, inaczej niż w tych pisanych do żony czy Ingeborg Bachmann, brak podtekstu erotycznego, damsko-męskiej gry, jest za to wzajemne zrozumienie i przyjaźń. I to nie tylko na papierze – poeta drukował teksty Sachs, jeździł do niej do Sztokholmu, gdy przeżywała poważne załamanie nerwowe i przebywała w klinikach psychiatrycznych, starał się podnosić ją na duchu i próbował ratować od otaczającej ją czerni, w którą sam coraz głębiej się zanurzał. Oboje umarli w tym samym roku, w odstępie zaledwie kilku tygodni, powinowactw losu jest między nimi bardzo wiele.

O czym do siebie pisali?
W listach często dzielą się obawami, Sachs zwierza się na przykład z lęków związanych z podróżą do Niemiec, gdzie ma odebrać literackie wyróżnienie, nie chce spać na niemieckiej ziemi, wymyśla więc karkołomny plan podróży, aby tego uniknąć. Oboje piszą o tym, jak bardzo traumatyczne jest dla nich słuchanie języka niemieckiego, oboje popadają w psychozy i czują się prześladowani. W jednym z listów Sachs tak pisze o ich relacji: „Między Paryżem a Sztokholmem przebiega południk bólu i pociechy”. Ciekawe, że widzi w Celanie poetyckiego spadkobiercę tradycji Hölderlina i Heinego, czyli twórców wysokiego tonu w poezji niemieckiej. Słyszy w jego twórczości to, co nam dźwięczy raczej w jej własnej poezji. Początkowo mniej interesowałam się poezją Sachs, nie wydawała mi się tak pociągająca jak twórczość Celana. Zmieniłam zdanie.

Dlaczego?
Przez niezwykłą aktualność jej wierszy. Dokładnie pół wieku temu, w 1966 roku, jako pierwsza Żydówka i pierwsza autorka niemieckojęzyczna (wspólnie z izraelskim pisarzem Szmuelem Josefem Agnonem), otrzymała literackiego Nobla za twórczość, „która z ujmującą siłą mówi o losie Izraela”. Zwykle myśli się więc o niej jako o poetce poholokaustowej, która starała się mierzyć z traumą śmierci bliskich i własnego ocalenia. Dziś doceniam, jak głęboko pisała o kondycji każdego uchodźcy. Sachs dzieliła z innymi żydowskimi poetami wygnańczy los, w wieku ponad pięćdziesięciu lat nauczyła się szwedzkiego i w 1952 roku otrzymała szwedzkie obywatelstwo. To poetka, która podobnie jak Bruno Schulz (jeśli wierzyć anegdocie Ficowskiego zapisanej w „Regionach wielkiej herezji”) w chwilach lęku przywoływała obraz domu. Schulz podobno kreślił palcem w powietrzu kształt domu, a Sachs czyniła to w wierszach. W pierwszym wersie jednego z utworów pomieszczonych w zbiorze z 1957 roku pisała: „To jest uchodźców planetarna godzina. / To jest uchodźców rwąca ucieczka / w konwulsje, w śmierć!” (przeł. Ryszard Krynicki). Zastanawiam się, jak mogłam tego uniwersalnego tonu w jej poezji wcześniej nie słyszeć.

Jednak poza niemieckojęzycznym kręgiem kulturowym twórczość Sachs jest dziś raczej zapomniana. Może to wina formalnej archaiczności tej hermetycznej, przesiąkniętej żydowskim i chrześcijańskim mistycyzmem poezji?
Myślę, że formalny kształt jej utworów schodzi dziś na drugi plan. Gdyby ktoś zwrócił się do mnie z prośbą o przygotowanie antologii wierszy uchodźczych, to na pewno zawarłabym w niej utwory tej poetki. Jej niemczyzna maksymalnie oddala się od przemocy, inaczej niż niemczyzna Herty Müller czy Elfriede Jelinek. Sachs szukała w języku mocy ozdrowieńczych, uciekała od prostoty, popadała w ciągłą metaforę, bo prostota to dla niej język komend, świadomie nie używała słów, które kojarzyły jej się z nazistowską historią jej kraju. Popadając w chorobę psychiczną, w twórczości starała się uzdrawiać język niemiecki.

Inspiruje cię poetycko?
Ciekawi mnie chyba bardziej jej trajektoria biograficzna. Jej poezja jednak też gdzieś wokół mnie krąży. Jednym z moich ulubionych poetów jest Mariusz Grzebalski, autor trzywersowego tekstu „Z Nelly Sachs”, opartego na frazie poetki: „Mówić o miłości. / Dłuższe słowa / zna nawet morze”. Sachs pojawia się także na przykład w twórczości Adama Zagajewskiego (otworzył on wiersz adnotacją: „Pisząca w Sztokholmie Nelly Sachs pracowała w nocy przy zgaszonym świetle, by nie budzić chorej matki”). Okazuje się, że ta autorka w jakiś sposób promieniuje jednak na polską poezję, może więc wcale nie jest taka zapomniana. Zagajewski i Grzebalski to przecież różne bieguny poezji – i pokoleniowo, i jeśli idzie o dykcję. Nie jest więc chyba tak, że staramy się przywołać poetyckiego ducha na czas jednego seminarium. Mnie interesują przede wszystkim miejsca, w których Sachs opisuje doświadczenie wygnania. Mamy już tom przekładów jej poezji w tłumaczeniu Ryszarda Krynickiego, liczę na to, że po seminarium powstanie też książka poświęconych jej tekstów krytycznych. Nelly Sachs choć tyle się należy.

Pytasz o moje inspiracje poetyckie, tymczasem czytelniczo poezja zeszła u mnie ostatnio na dalszy plan. Przez wiele miesięcy czytałam głównie o tym, jak zbudowano bombę atomową, jak działa cyklotron, jak radzą sobie z traumą ludzie, którzy przeżyli Hiroszimę, uczyłam się składać origami, myślałam o książce poświęconej Rotblatowi. Pierwszy raz w życiu nie miałam czasu, aby czytać poezję, zaniedbałam nowości, a obok pisania wierszy, redagowałam też listy do FBI.

W jakiej sprawie?
Rotblata, ale w związku z Tolą. Tola Rotblat to dla mnie właściwie najważniejsza bohaterka książki, tak mało o niej wiemy. Nigdy nie dowiedziałabym się o jej istnieniu, gdyby nie ożenił się z nią Józef Rotblat. Fizyk miał pudło z papierami i pamiątkami rodzinnymi, które zabrał ze sobą do Stanów, gdy pojechał pracować przy projekcie Manhattan; planował wrócić stamtąd prosto do Warszawy. Potem ślad po tych dokumentach zaginął. Gdy odszedł z projektu, wszystkie pamiątki przepadły w archiwach amerykańskich służb, które przejęły jego walizkę. FBI przekazało różne dokumenty, jednak żadnych pamiątek związanych z Tolą. Nie zachowało się najpewniej ani jedno ich wspólne zdjęcie. Zachowała się za to audycja radia BBC przygotowana po tym, jak Rotblat otrzymał od księcia Karola tytuł szlachecki w 1998 roku. Opowieść przeplata się z prezentacją przez gościa jego ulubionych utworów muzycznych. Rotblat wybrał piękną, pacyfistyczną piosenkę „Last night I had the strangest dream” i utwory, które kojarzą się z czasem wojny, z Zagładą i zrzuceniem bomby na Hiroszimę. Powiedział, że ocalenie zawdzięcza żonie, która namawiała go, aby przyjął stypendium, a potem przekonywała, żeby na nią nie czekał. Był człowiekiem, który może służyć dziś za wzór postawy obywatelskiej. W fundacji mamy plany, aby zapoznać polskich uczniów i nauczycieli z jego biografią i szerzonymi przez niego ideami. Jestem przekonana, że powinniśmy pielęgnować postawę empatyczną i kształtować ją u młodzieży, bo jeśli ktoś będzie umiał przejąć się losem uchodźców, to nie przejdzie też obojętnie obok potrzebującego sąsiada, bezdomnego, koleżanki i kolegi czy bezdomnego psa.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej.
logo