Akwarium

4 minuty czytania

/ Film

Akwarium

Jakub Socha

Łagodni i rozmarzeni bohaterowie Marczaka zdają się żyć w wielkim akwarium, poza społeczeństwem i polityką, zainteresowani tylko sobą i swoim prywatnym Sturm und Drang

Jeszcze 1 minuta czytania

Gdzieś w drugiej połowie „Wszystkich nieprzespanych nocy” Michała Marczaka jedna z pojawiających się na ekranie dziewczyn mówi: „tyle się miało wydarzyć, a nic się nie wydarza”. Sam bym lepiej tego nie ujął. Film, który miał być wydarzeniem, to tylko ocean nudy. Obserwujemy dwóch młodych chłopaków, którzy snują się po mieście. Warszawscy flanerzy, jeden z nich ubrany nawet w biały golf. Ich noce są piękniejsze od naszych dni, ale nie chciałbym się z nimi zamienić. Bary, dziewczyny, domówki. Same ulotne chwile. Każda inna i każda wyjątkowa. Kreski, noszenie na barana i bawienie się szlauchem. Spacery o bladym świcie, papierosy na mrozie. I dyskusje, niekończące się dyskusje o emocjach. Na pełnym gazie: smutek, miłość aż po grób, definicje przyjaźni, potrzeba empatii. Nikt tu nie gada o przeczytanych książkach, przesłuchanych płytach, nawet nikt nie plotkuje. Bohaterowie są nieciekawi świata, wyabstrahowani z niego prawie jak hrabiowie, o hrabiostwie zresztą lubią fantazjować – lubią też mówić „dzień dobry” robotnikom, którzy zamiatają ulice, gdy oni wracają z imprez.

W prawdopodobnie najzabawniejszej scenie „Wszystkich nieprzespanych nocy” widzimy jednego z bohaterów, Krzysztofa, idącego otwarcie na zderzenie czołowe z tłumem, który zakorkował ulicę. To prawdopodobnie 1 sierpnia, warszawiacy oddają cześć ofiarom powstania. Krzysztof wbija się w nich jak lodołamacz, jest sobą, jest buntownikiem. Jak już przebije się przez Polskę, to pewnie wyjdzie na balkon i będzie z tego balkonu patrzył z zasnutym mgłą wzrokiem na to, co u jego stóp. Takich scen jest tu więcej niż kilka. Marczak uwielbia celebrować refleksyjne stany swoich bohaterów. Lubi też chyba to, co mówią – a to, co mówią, to prawdziwa miazga. Poza nielicznymi momentami, gdy wypowiadają jeden czy drugi żart, mielą językami tak, jak się zwyczajowo mieli, gdy się za dużo wypije. Z tej piany nie przeziera nic więcej niż piana. Nie przeszkadzałoby to aż tak bardzo, gdyby nie podstawowe złamanie, które rozsadza film od środka.

„Nieprzespanych nocach”„Nieprzespane noce”, reż. Michał Marczak. Polska, Wielka Brytania 2016, w kinach od 4 listopada 2016To nie nagroda w Sundance sprawiła, że wokół filmu Marczaka zrobiło się głośno – o „Nieprzespanych nocach” było głośno już wcześniej za sprawą sposobu realizacji, który wybrał autor „Fuck for Forest”. Marczak po prostu wbijał się ze swoją ekipą na warszawskie imprezy i tam rejestrował większość materiału. Towarzyszyli mu Krzysztof Bagiński i Michał Huszcza, młodzi artyści, którzy grają tu siebie. No właśnie, grają i nie grają. Film balansuje między fabułą i dokumentem, co wydaje się być jego największym przekleństwem. Sztucznie zainscenizowane sytuacje nie potrafią się przegryźć z podpatrzonymi kamerą obrazkami z nocnego życia miasta; podchwycone bełkotliwe pijacko-narkotyczne gadki i literackie monologi wygłaszane zza kamery pasują do siebie jak wół do karety, z jednym zastrzeżeniem – ta kareta, czyli literackie monologi jak ze złego wiersza, to co najwyżej furmanka.

Marczak próbuje równocześnie dać portret pewnej zbiorowości i opowiedzieć o końcu pewnej przyjaźni. W zbiorowość wejść jednak nie może, bo cały czas chce mieć na pierwszym planie swoich bohaterów, ale i tak traci z oczu jednego z nich. Michał, choć tworzy ciekawy kontrapunkt dla bardziej sentymentalnego Krzysztofa, nie wiedzieć czemu w pewnym momencie znika. Reżyser niby próbuje łatać tę dziurę, ale stać go jedynie na to, żeby ją zagadać. Zagaduje się tu zresztą większość luk. Bohaterowie, rzekomo tak emocjonalnie otwarci, w scenie smutku mówią po prostu: teraz jestem smutny. Albo: teraz ci powiem, jak bardzo jestem zakochany. Nawet w słuchowiskach radiowych trzeba czegoś więcej, żeby te stany jakoś zobrazować. Marczak, widząc, że materiał rozpada mu się w dłoniach, próbuje film ratować – tu wrzuci planszę z terminem psychologicznym, żeby nas naprowadzić na temat, tam wstawi chłopca w przebraniu króliczka, jednym okiem mrugając do fanów „Gummo” Korine'a, drugim do tych, którzy lubią pluszaki. Najgorsze jednak, że te wszystkie wygibasy brutalnie formatują bohaterów do kilku powtarzanych raz za razem gestów i słów. Musi w nich być coś więcej.