Pyton i Schopenhauer

8 minut czytania

/ Film

Pyton i Schopenhauer

Jakub Socha

Ogląda człowiek „Pitbulla. Niebezpieczne kobiety” i oczom nie wierzy

Jeszcze 2 minuty czytania

Patryk Vega znalazł klucz do serc polskich widzów. Poprzednia część „Pitbulla”, czyli „Pitbull. Nowe porządki”, przyciągnęła przed duże ekrany ponad milion dusz, ta najnowsza – w podtytule: „Niebezpieczne kobiety” – sądząc po wyniku otwarcia, będzie jeszcze większym hitem. Obydwa filmy – łącznie prawie pięć godzin oglądania – Vega wprowadził do dystrybucji na przestrzeni jednego roku. Niezły wyczyn, ale nie tempo jest tu przecież najważniejsze, tylko właśnie ten klucz i idące za nim liczby.

Dużo się obecnie pisze o podnoszącej się z roku na rok jakości polskich filmów, która jakoby sprawiła, że rodacy znowu chętnie oglądają rodzime produkcje. I nagle pojawia się nowy „Pitbull” w dwóch odsłonach: film, który bije na głowę pod względem frekwencji praktycznie całą lokalną konkurencję i który nawet trudno nazwać kinem. To coś zupełnie osobnego. To estetyczne monstrum czerpie równocześnie z telenoweli dokumentalnej, Marcina Dańca, „Warsaw Shore”, „997” i YouTube'a. Vega miksuje swoje dzieło z akt sądowych, miejskich legend, biesiadnych żartów, szowinistycznych uprzedzeń, wszelakich resentymentów i bliżej niesprecyzowanych intelektualnych pretensji. Miliony chcą tego słuchać i nie są to z pewnością wyłącznie ci, którzy z literatury najbardziej lubią książki o Jarosławie Sokołowskim, pseudonim „Masa”.

Człowiek patrzy i oczom nie wierzy. W „Nowych porządkach” jest na przykład scena, w której grupa warszawskich gejów, ucharakteryzowanych na „słabeuszy i zboczeńców”, dokonuje samosądu nad innym gejem, ucharakteryzowanym na „pedofila”. Przygląda się temu z rozdziawionymi gębami i założonymi rękami banda rozbawionych policjantów. Figura dwulicowego geja, którego wyciąga z szafy jego żona (po wyciągnięciu sama zapisuje się do policji), powraca też w najnowszej odsłonie – z geja zawsze przecież miło się pośmiać. A wraz z nią wiele wypracowanych w drugiej części patentów i najbardziej lubianych bohaterów. Z jednej strony ogolony na łyso stary gliniarz z wydziału zabójstw, ksywa „Gebels” (Andrzej Grabowski), facet inteligentny, rozgoryczony, który wszystko widział i nie ma już żadnych złudzeń. Z drugiej – niejaki „Strachu” (Tomasz Oświeciński), też ogolony na łyso wielki jak lodówka gangster, który na rozum zamienił się z wiewiórką, niepotrafiący odróżnić kaczki od gołębia. Między nimi niezwykła para: Olka (Maja Ostaszewska) i „Majami” (Piotr Stramowski), uczciwy policjant z irokezem i wzorowym sześciopakiem oraz była dziewczyna gangstera z tatuażem komara na pośladku, który zrobiła sobie, bo, jak oznajmia, lubi się bzykać. Ta dwójka stała się już na tyle sławna, że oprócz filmów Vegi występuje w reklamie jednej z telefonii komórkowych. Co w nich jest tak fascynującego? Chyba ich nieudawana, organiczna głupota – u niej bardziej ekstrawertyczna, u niego zdecydowanie powolna. Niektórzy nazywają tę przypadłość inaczej: swojskość; radość życia. 


W poprzedniej części za zły charakter robił niejaki „Babcia”, grany przez samego Bogusława Lindę warszawski gangster, który swego czasu zabrał syna na mecz wyjazdowy Legii, przez co dziecko leży teraz przykute do łóżka. W nowej zastępuje go „Cukier” (Sebastian Fabijański) – ten to dopiero jest kozak. Nieustannie czyta „Świat jako wola i przedstawienie” Arthura Schopenhauera, jeździ na motorze, hoduje pytona i choruje na cukrzycę, przez co nieustannie wywraca oczami i zachowuje się prawie jak Jurodiwy. „Cukier” uwodzi dziewczyny jak Casanova, ale rozstaje się z nimi przez mamę, w drzwiach samochodu ma parasolkę, w ziemi schowane sto baniek. Gdy nie studiuje Schopenhauera, wodzi za nos całą mafię paliwową. Choć podtytuł nowego filmu Vegi sugeruje co innego, to on tak naprawdę jest tym niebezpiecznym.

„Pitbull. Niebezpieczne kobiety”, reż. Patryk Vega



Każdy gra w „Niebezpiecznych kobietach” w innym filmie. Grabowski udaje polskiego Marlowe'a, Ostaszewska bawi się postacią dresiary, Stramowski próbuje odgadnąć, w co Ostaszewska się bawi, Fabijański wygląda, jakby był na ostrych dragach, Oświeciński kreuje coś, czego nie potrafię odgadnąć. Jest jeszcze Artur Żmijewski, który bez przerwy podgryza pączki, Madga Cielecka, jakby prosto zdjęta z krzyża, i jeszcze cała fura innych aktorów, tych profesjonalnych i tych niezupełnie, którym widocznie cała ta filmowa przygoda sprawia radość.

Vega nie tylko aktorom daje dużo wolności, sam też z niej korzysta. Co chwilę porzuca główny wątek walki „Cukra” o władzę i skacze sobie w dygresje. W jednej „Strachu” uwodzi wytatuowaną koleżankę zza krat, w drugiej Olka idzie na zakupy w towarzystwie policyjnej ochrony, w trzeciej „Cukier” – uwaga – najpierw rzuca drągiem w ciężarówkę, potem ratuje pobitego psa, a na końcu przebiera się za Batmana i idzie do szpitala rozweselić chore dzieci. W założeniu zabawne i śmieszne scenki sąsiadują w „Pitbullu” z cytatami ze wspomnianego filozofa, wykładami na temat funkcjonowania mafii paliwowej i na temat skutecznych metod przeciwdziałania przestępczości, wdeptywaniem w rozkładającego się trupa, wkładaniem sobie pistoletu do ust, tłuczeniem po mordzie, strzelaniem z broni w kolano, oddawaniem moczu do płynu do ust, który należy do niemiłej koleżanki. Dla każdego coś miłego, rozmach większy niż u Balzaca.

Jeszcze nie tak dawno chwaliłem Vegę przy okazji „Służb specjalnych”, że potrafi połączyć popkulturową pulpę wypieczoną z pociesznych i groźnych nadwiślańskich teorii spiskowych o służbach, będących w filmie czymś na kształt UFO, z obrazkami z szarego życia, w których bohaterami były chociażby zepsute zęby naszych specagentów. W „Pitbullu” reżyser niby próbuje tego samego, łączy przesadę z codziennością, strategia ta nie jest już jednak tak niewinna. Cały dypytyk emanuje niezdrową energią. Jest wykwitem nie tyle myślenia magicznego, ile populistycznego, pożyczonego prosto z brukowca.

„Pitbull. Niebezpieczne kobiety”, reż. Patryk Vega„Pitbull. Niebezpieczne kobiety”, reż. Patryk Vega. Polska 2016, w kinach od 11 listopada 2016Matki, które tłuką głową dziecka o ścianę, bo nie mogą znieść jego płaczu, z drugiej – udręczone przez system matki, które żyły sobie wypruwają, żeby zapewnić opiekę autystycznemu dziecku, za co oczywiście trzeba srogo płacić. Ojcowie, których dzieci muszą przyglądać się, jak tatuś rozsmarowuje mamie czekoladę na twarzy albo – to już w innym domu – jak katuje małego kundelka, a potem wraca do picia. Tę subtelną panoramę społeczną uzupełniają godni pożałowania, skorumpowani urzędnicy i gangsterzy, którzy w odróżeniu od urzędników mają w sobie ułańską fantazję i męskość, dlatego patrzy się na nich niemalże z szacunkiem, jako na tych, którzy pierwsi rozpoznali, że świat to jednak jest piekło i w związku z tym nie ma na co czekać i z czymkolwiek się ograniczać. Źle opłacani policjanci działają w tym dzikim kraju wedle procedur, ale praktycznie nigdy zgodnie z prawem. Nie biją podejrzanych, wolą psiakać im gazem bojowym po oczach, bo wiedzą, że na obdukcji się tego nie zbada. Najpierw strzelają uciekającemu w plecy, dopiero później oddają strzał ostrzegawczy w powietrze, ewentualnie wywożą do lasu i każą kopać sobie dół. „Pitbull” to taki film, w którym pokazuje się jedynie patologie i syf, a równocześnie filmuje się śmierć gangstera-psychopaty wśród pachnącyh pól, jakby był on co najmniej głównym bohaterem „Gladiatora”. Nie bez znaczenia jest też to, że na tę śmierć wystawia gangstera policjantka, którą tenże gangster wygonił chwilę wcześniej z łóżka i która przez długi czas wierzyła, że to w sumie dobry chłopak.

Gdzieś nad tym dołem albo – jakby powiedział Vega, czytelnik Schopenhauera – piekłem, ograbionym z sensu i jakichkolwiek wartości, szybuje Olga i „Majami” – szczęśliwa para, choć po przejściach. Życie spędzają na zakupach w drogich butikach, robieniu prania i przymierzaniu bokserek. Najbardziej lubią wylegiwanie się na kanapie i kąpiele w pianie. Piekło i niebo. Patryk Vega. Polska. Pitbull.