WIEŚ: Folklor wchodzi do śródmieścia

14 minut czytania

/ Sztuka

WIEŚ: Folklor wchodzi do śródmieścia

Rozmowa z Błażejem Brzostkiem

Miasto próbowało wypreparować z kultury wiejskiej atrakcyjne wzory – temu służyła Cepelia i zespoły folklorystyczne. A władza potrzebowała ornamentu ludowego dla swej legitymizacji

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Na ile powojenne zainteresowanie rzemiosłem było próbą zachowania zanikającej kultury ludowej?
BŁAŻEJ BRZOSTEK: Było nie tyle próbą jej zachowania, ile adaptacji czy stylizacji. Miało to swoją tradycję. W XIX wieku wykształciło się „ludoznawstwo”, zwane potem etnografią, z celem poznania i opisania społeczności wsi. Uznawano ją zarazem za „narodową”, stanowiącą możliwe podłoże integracji narodu polskiego, który przecież nie miał państwa. Z upływem dziesięcioleci zdawano sobie jednak sprawę, że chodzi o rzeczywistość zagrożoną czy odchodzącą. Tworzono dokumentację przedmiotów, architektury, rytuałów, języka. Z drugiej strony ta realnie istniejąca wieś żyła w trudnych warunkach, często po prostu w nędzy. Na początku XX wieku przedstawiciele elit, czyli arystokraci i burżua, tworzyli szkoły rzemiosła wiejskiego, by aktywizować mieszkańców wsi, otwierać dla nich rynek miejski. Tu pojawiała się wizja „autentycznej sztuki ludowej”, która ozdabiałaby inteligenckie mieszkania. Cepelia była kontynuacją podobnych dążeń po II wojnie światowej. Wtedy już jednak wieś nie potrzebowała na ogół takich form aktywizacji. 

Wieś nadal była biedna. Co sprawiło, że tradycyjne rzemiosło straciło na znaczeniu?
Symbolicznie nie straciło, przynajmniej z punktu widzenia elit. Ale przestało być tak istotne, bo ze wsi łatwo się było wydostać. W PRL-u „przemysł ludowy” przestał być nadzieją na godne życie. Wieś się wyludniała w rytm centralnie sterowanej rozbudowy przemysłu. W latach 60. jeszcze połowa ludności pracowała w rolnictwie, ale z roku na rok ten odsetek spadał. Młodzi oglądali się na miasto, w którym mogli łatwiej realizować potrzebę stałego dochodu, ubezpieczenia społecznego, dostępu do służby zdrowia. Rozziew między warunkami życia na wsi i w mieście był bardzo widoczny. Wielkie migracje trwały do lat 70., słabnąc wraz z pogłębiającym się kryzysem końca dekady i całych lat 80.

Błażej Brzostek

Adiunkt w Instytucie Historycznym UW. Zajmuje się historią społeczną Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Autor książek „Robotnicy Warszawy. Konflikty codzienne (1950–1954)” (TRIO, Warszawa 2002), „Za progiem. Codzienność w przestrzeni publicznej Warszawy lat 1955–1970” (TRIO, Warszawa 2007), „PRL na widelcu” (Baobab, Warszawa 2010), „Paryże innej Europy. Bukareszt i Warszawa, XIX i XX wiek” (WAB, Warszawa 2015). Członek redakcji miesięcznika historycznego „Mówią Wieki”.

Zmiany cywilizacyjne na wsi zachodziły jednak powoli.
To względne; zachodziły zapewne szybciej niż przed wojną. Prawdą jest jednak, że widać było ogromne dysproporcje. Na fotografiach Zofii Rydet z lat 70. można oglądać klepiska, gliniane piece i wycinanki na ścianach w izbach staruszków. Ale w sąsiednich domach pokoje młodzieży są obwieszone plakatami modnych zespołów muzycznych. Ci w coraz mniejszym stopniu interesowali się tradycją swoich rodziców i dziadków. Rzemiosło tradycyjne na wsi nie miało szans się utrzymać. Entuzjaści sztuki ludowej, czyli inteligencja miejska, starali się ją ocalić i wprowadzić do głównego nurtu. Jednym z takich pomysłów była Cepelia, która prowadziła kilkaset spółdzielni rzemieślniczych po wsiach i miastach.

I dyktowała wsi, co jest ludowe.
Tak, ponieważ pielęgnowała folkloryzm, czyli stylizowaną „sztukę ludową”, tworzoną pod nadzorem fachowców z artystycznym wykształceniem. Ci wybierali pewne lokalne wzory i transponowali je na potrzeby rynku miejskiego. Tkaczki z Sokółki na Podlasiu wykonywały dywany tradycyjną metodą, ale według projektów wykształconej w Paryżu Eleonory Plutyńskiej. Specjalne komisje ustalały, co „ludowe” jest, a co nie. Prawdziwe tradycyjne rzemiosło bywało wciąż dostępne na jarmarkach, ale gdzieś od lat 60. XX wieku, i tam sprzedawano już wyroby inspirowane gustem drobnomieszczańskim. Cepelia miała ten gust zwalczać, chroniąc rzemiosło przed „kiczem”, za jaki uważano wzory małomiasteczkowe.

Wieś

Nowy jesienny cykl tekstów i wywiadów w dwutygodnik.com. Jaka jest współczesna polska wieś? Jaka jest jej historia i kultura? W ostatnich latach rozmowa o polskiej kulturze zdaje się traktować ją coraz poważniej. Czy tak daleko z miasta do wsi? A co jeśli przenikają się one znacznie bardziej, niż chcielibyśmy sądzić?

Cepelia była pomysłem miasta na to, jak ma wyglądać wieś?
Raczej pomysłem na to, co „ze wsi” ma być zaoferowane miastu. Zresztą ta relacja zawsze była niesymetryczna. Miasto miało pomysły na wieś, ale raczej nie vice versa. Wieś wiedziała, że do miasta można wyjechać, żeby poprawić swój byt, ale też miasta się obawiała jako siedliska występku i rozwiązłości. To miasto przekształcało wieś, chciało wprowadzać tam „higienę”, brać pod opiekę „przemysł ludowy”, a w latach stalinizmu „kolektywizować rolnictwo”, co oznaczało już po prostu niszczenie dotychczasowych struktur. Zarazem miasto próbowało wypreparować z kultury wiejskiej atrakcyjne wzory – temu służyła Cepelia i „zespoły folklorystyczne”. Wreszcie władza, czyli znowu miasto, potrzebowała ornamentu ludowego dla swej legitymizacji. Dożynki organizowane w stolicy były reżyserowane z rozmachem. Rolników zwożono autokarami, godzinami czekali na rozpoczęcie występów. Byli poprzebierani w stroje, których na wsi już przecież nikt nie nosił. Potem zwiedzali w tych strojach Stare Miasto, robiono zdjęcia, a następnie odwożono zmęczonych ludzi do domów.

1. Zespoł pieśni i tańca założony przy społdzielni Kamionka w Łysej Gorze podczas tournee, Egipt, lata 60.  2. Pierwsza cepeliada pod Pałacem Kultury i Nauki, Warszawa, 1972. 

Tradycja chłopska była traktowana instrumentalnie. Jak mieszkańcy wsi przyjmowali te zmiany?
Przede wszystkim spontanicznie uczestniczyli w modernizacji. Starali się kupować wyroby przemysłowe, począwszy od lamp naftowych poprzez fabrycznie szyte ubrania aż po, od lat 60., odbiorniki telewizyjne, lodówki i skutery. Młode pokolenie na ogół nie miało jakiegoś abstrakcyjnego czy ideowego wyobrażenia o „wiejskości”, typowego dla inteligencji. Chociaż lubiło pola szerokie, powietrze i wodę, składające się na rodzimy pejzaż, to jednak atrakcje miasta przeważnie zwyciężały, a w PRL-u migracje stały się łatwe.

Folklor wchodzi do śródmieścia” – cytuje pan w tekście do książki towarzyszącej wystawie „Polska – kraj folkloru?”. 
To fraza z lat 70., inspirowana słynnym wierszem Adama Ważyka z okresu stalinizmu. „Lud wejdzie do śródmieścia” – ogłaszał Ważyk. Oto zaczyna się nowy etap w historii Polski, „lud” zyskuje czołowe miejsce w życiu społecznym. W jakiejś mierze było to prawdą. Przecież dotychczasowe elity uległy degradacji. Znikł dawny porządek społeczny, czyli, słowami Andrzeja Ledera, uniwersum, które porządkowało rzeczywistość. To nie znaczy, że ludu w mieście przed wojną nie było. Ludność napływała do miast szerokim strumieniem przez cały XIX wiek. Ówczesna Warszawa nazywana bywała „miastem koszarowym”, jak Berlin. Była rozbudowywana jako skupisko domów czynszowych. Od frontu mieszkała klasa średnia: adwokaci, dziennikarze, sędziowie, w oficynach ludność robotnicza, dopiero w pierwszym pokoleniu mieszkająca w mieście. Tył domu mówił innym językiem niż front. Dzieci tych od frontu nie powinny były się bawić z dziećmi z podwórka. Warszawa była przesiąknięta ludnością napływową. Jednak po II wojnie światowej lud miał „wejść do śródmieścia” od frontu. Ale też miał się przekształcać, nabierać cech „nowego człowieka” z totalitarnej utopii.

Okładka „Polski” z okazji Światowego Festiwalu Młodzieży w Warszawie, 1955, nr 1 (2)Okładka „Polski” z okazji Światowego Festiwalu Młodzieży w Warszawie, 1955, nr 1 (2)

Z jakich elementów władza preparowała „nowego człowieka”?
Preparowała raczej wizerunek niż rzeczywistość. Ale wizerunek był ważny. Należał do utopijnej harmonii przyszłości. Zatrzeć się miały podziały społeczne, zanikać „sprzeczności” właściwe dawniejszej kulturze. Głoszono „sojusz robotniczo-chłopski”. Jak w filmie „Przygoda na Mariensztacie”: Hanka Ruczajówna przyjeżdża ze wsi na występy folklorystyczne do stolicy; chodzi po Warszawie w stroju opoczyńskim, zachwyca się odbudową, pragnie przyłączyć się do dzieła. Spotyka murarza Szarlińskiego, zakochuje się, po różnych perypetiach zostają małżeństwem, aby iść ku szczęśliwej przyszłości. Oczywiście, oboje mówili na ekranie literacką polszczyzną, bez żadnych gwar i dialektów. Taki też był ideał integracyjny: z ludowego podglebia wyrasta kulturalny obywatel. Pojawiał się tu, oczywiście, problem obcości tego wzoru, wykorzenienia, jakie się z nim wiązało. A w tle – obcości całego systemu jako narzuconego z zewnątrz. Stale szukał on legitymizacji.

Jaka była w tym rola folkloru?
Folklor był „narodowy”, tutejszy, swojski. Stawał się ornamentem, mającym usuwać przekonanie, że wszystko w PRL-u jest importem z Moskwy. Ważny był aspekt integracyjny: tworzył wizję symbolicznej jedności. Dawał złudzenie ciągłości; robotnik pochodzenia wiejskiego miałby w nim widzieć potwierdzenie wartości swojego rodowodu.Rita Walter-Łomnicka, Odwiedź Polskę, 1956, plakat, dzięki uprzejmości Muzeum Niepodległości w WarszawieRita Walter-Łomnicka, Odwiedź Polskę, 1956, plakat, dzięki uprzejmości Muzeum Niepodległości w Warszawie

Sztuka ludowa służyła propagandzie?
Była ornamentem życia oficjalnego. Występowała stale jako dopełnienie zasadniczego przesłania: przebudować, zmienić, unowocześnić. Folklor zaś oznaczać miał jakąś trwałość, zakorzenienie. W latach Gomułki, gdy coraz wyraźniejszy był nurt nacjonalistyczny w aparacie władzy, ta ludowość stanowiła też podkreślenie swojskości kontrastowanej z obcością. Obcy byli przede wszystkim Niemcy, ale też „kosmopolici” i „syjoniści”. Ornament ludowy przecież nie mógł być kosmopolityczny. W czasach Gierka z kolei na czoło wysunęła się idea wielkiej modernizacji, „drugiej Polski”, ale wtedy właśnie organizowano Cepeliady, ogromne przeglądy „twórczości ludowej”. To tworzyło spójną propagandową całość: idziemy ku nowoczesności, ale wyrastamy z bogatej tradycji.

Piotr Korduba w „Ludowości na sprzedaż” podkreśla, że folklor rodem z Cepelii miał też wyraźny aspekt komercyjny.
O tak, zwłaszcza po 1956 roku, gdy PRL otworzyła się bardziej na świat. Wyroby cepeliowskie miały rozchodzić się na rodzimym rynku, ale stały się też poważną częścią eksportu. A to dawało dewizy, których gospodarka PRL-u ogromnie potrzebowała. Jednocześnie służyło budowaniu więzów z Polonią w USA, Wielkiej Brytanii czy Francji. Organizowano zagraniczne występy polskich zespołów, sprzedaż wyrobów. To miało także znaczenie polityczne, budowało obraz reżimu PRL-owskiego jako otwartego, pielęgnującego polskie tradycje.

„Polska — kraj folkloru?”, widoki ekspozycji, Zachęta / fot. Marek Krzyżanek

Tradycja miała łączyć się z nowoczesnością, internacjonalizmem, z patriotyzmem. W rzeczywistości pojawiły się głębokie pęknięcia, a może nierozwiązywalne sprzeczności, choć propaganda rezerwowała je dla kapitalizmu” – pisze pan w swoim tekście. Na czym polegały owe pęknięcia?
Po pierwsze wynikały z nieautentyczności całego projektu. Był on uwikłany w polityczne zakłamania, właściwe dla PRL-u i jego propagandowego obrazu świata. Tak zwana „nowa kultura”, w tym jej folklorystyczna warstwa, miała być przecież wyrazem spontanicznych dążeń społecznych, zapału twórców ludowych itd. Tymczasem była odgórnie organizowana, zarządzana i wykorzystywana. Po drugie, co równie ważne, wielka industrializacja niszczyła tradycyjne życie wiejskie w przyspieszonym tempie. Kraj ogarnęły migracje, waliły się lub były burzone stare domy. Decorum, jakie chciano ocalić, było więc coraz bardziej odległe od autentycznego życia, a nawet stawało się symbolem sztuczności, fałszu oficjalnego świata.  Wreszcie po trzecie, wielkim mitem był w społeczeństwie PRL-owskim Zachód, z którego szła nowoczesność. Łaknęli jej też tzw. twórcy kultury. „Chcemy być nowocześni” – to było jedno z haseł odwilży połowy lat 50. To dążenie tylko w szczególnych wypadkach mogło się spotkać z odwołaniami do twórczości ludowej.

„Polska – kraj folkloru?”

Kuratorka: Joanna Kordjak, Zachęta, Warszawa,  do 15 stycznia 2017.  

Dziś jest moda na dizajn z czasów PRL-u. Czy również wyroby Cepelii mają szansę zostać na nowo odkryte?
Jak wszystko. Pewne konwencje się zużywają, a potem są odnajdywane, mają swoich entuzjastów, wchodzą w sferę atrakcyjności. Jesteśmy zmęczeni ilością łatwo dostępnych towarów, szukamy rzeczy unikatowych. Po okresie wyrzucania i niszczenia przejmujemy się ocalałymi neonami, krzesełkami, meblościankami. Także i wyroby cepeliowskie wpisują się w trendy ekologiczne na zasadzie: nie kupujemy nowych, przywracamy do użytku stare. Młode pokolenie odkrywa na nowo estetykę PRL-u i zaczyna ją anektować. Docenia ciekawy dizajn z tamtych czasów, czasem zresztą na zasadzie zabawy tandetą i kiczem.

Coraz częściej organizowane są targi rzemiosła tradycyjnego. O sztuce ludowej znowu się dyskutuje. Czy można mówić o jej powrocie?
Nie ma ludu, więc nie ma już sztuki ludowej. Nie wróci. W jakiejś mierze zastąpiła ją tzw. sztuka naiwna, a – w sferze masowej – kultura popularna. Istnieje też specyficzna dyscyplina archeologii, która polega na odtwarzaniu pewnych form rękodzielnictwa w warunkach najbardziej zbliżonych do dawnych, żeby sprawdzić, jak funkcjonowały. Podobne rzeczy robią etnografowie. To są rekonstrukcje. Z drugiej strony moda na przedmioty hand made powoduje, że rękodzielnictwo wraca do łask. Ale to rękodzielnictwo jest na ogół drogie, niszowe, elitarne. Podobnie jak odrodzenie się dizajnu z połowy XX stulecia, to już nie może być projekt na wielką skalę.