Morawski. Demolka
Teatr Polski w podziemiu

Morawski. Demolka

Paweł Soszyński

Energia wrocławskiego Teatru Polskiego ulega rozproszeniu. Cezary Morawski zlikwidował właśnie punkty węzłowe, które na przestrzeni lat stwarzały ten zespół i mogłyby, mimo wszystko, utrzymać jego energię

Jeszcze 2 minuty czytania

W zeszłym tygodniu we wrocławskim Teatrze Polskim Cezary Morawski z dnia na dzień usunął z afisza aż siedem tytułów. Nie zobaczymy już „Poczekalni.0” Krystiana Lupy, „Tęczowej trybuny” Strzępki i Demirskiego, „Blanche i Marie” Cezarego Ibera, „Szosy Wołokołamskiej” Barbary Wysockiej, „Kronosu” Krzysztofa Garbaczewskiego, „Kliniken” Łukasza Twarkowskiego i „Mitologii” Pawła Świątka. Nowy dyrektor tłumaczy, że widzowie tych spektakli oglądać już nie chcieli albo że nie ma w magazynach teatru miejsca na ich dekoracje, bo przecież zbliża się w Polskim wysyp nowych premier.

Naturalną rzeczą w teatrze jest to, że z czasem niektóre przedstawienia przestają działać. Powody są różne: albo wyczerpuje się temat spektaklu, albo gdzie indziej już znajdują się – intelektualnie, warsztatowo, twórczo – aktorzy. To ostatnie jest bardzo ważne, bo aktor to w teatrze ten artysta, który jest najintensywniej zaangażowany w sam proces – i dobry teatr powinien ten fakt brać pod uwagę. Czasem też – zawsze lepiej za wcześnie niż za późno – z tytułem ma potrzebę pożegnać się reżyser. Spektakl żyje, jeśli wciąż stoją przed nim wyzwania, kiedy wciąż nie pada w nim ostatnie słowo lub gdy sytuacja społeczna, w której funkcjonuje, jest na tyle dynamiczna, że jego narracja uwalnia nowe sensy. Tak wciąż działały co najmniej trzy ze zdjętych spektakli: Lupy, Strzępki i Demirskiego oraz Twarkowskiego i Herbut. To spektakle kluczowe w dorobku tych artystów, ale także kluczowe dla mnie – widza. A skoro dyrektor Morawski, wbrew dobremu zwyczajowi, nie pozwolił mi się z nimi pożegnać na widowni, pozostaje mi tylko zrobić to tutaj.

„Poczekalnia.0” to z pewnością najdziwniejszy z teatralnych gestów, z jakimi mieliśmy do czynienia w polskim teatrze XXI wieku – newralgiczny dla poszukiwań teatralnych Krystiana Lupy spektakl, który zapoczątkował zwrot stylistyczny w twórczości reżysera. Szczytowym osiągnięciem tego zwrotu była oczywiście druga wersja „Miasta snu”, ale to w „Poczekalni.0”, a nie na przykład w „Factory”, pojawiło się zwątpienie reżysera w zasadnicze mechanizmy jego maszyny teatralnej. W 2011 roku właśnie tym spektaklem Lupa rozpoczął fazę „autoimmunologiczną” swojego teatru – przewrotny, ożywczy atak na własne automatyzmy inscenizacyjne i pozycję mistrza polskiego teatru. Nagle mistrz powiedział „stop”: ogołocił do cna własne teatralne imaginarium, pozbył się wypracowanych przez lata kostiumów, rozbił wielkie narracje, z którymi dotychczas się kojarzył, zrezygnował z wielkich protagonistów i ich filozoficznych wzlotów. Zaczął od tytułowego „0” – do zera sprowadził sceniczną sytuację, co dla wielu okazało się nieznośne, ale w laboratoryjnym sensie było gestem koniecznym i wizjonerskim. Jak od nowa, w poczuciu wszechogarniającego zwątpienia i poczucia frustracji, rozpocząć, w wieku prawie 70 lat, przygodę z teatrem? Na to stać było chyba tylko tego reżysera. To dzięki „Poczekalni.0” Lupa jest dla mnie wciąż „najmłodszym” twórcą polskiego teatru. Dlatego jest to przedstawienie o historycznym znaczeniu. I lekcja, którą przepracowywałem w swoim myśleniu o teatrze przez następne lata. Bez „Poczekalni.0” nie byłbym jako krytyk w miejscu, w którym się teraz znajduję.

Czasem wychodzi się z teatru w stanie serotoninowej nadwyżki – bo wiadomo, że stało się coś. „Tęczowa trybuna” Strzępki i Demirskiego była pierwszym tak mocnym głosem w mojej sprawie, nie tylko w teatrze. Spektakl z przenikliwością uchwycił moje prywatne lęki i zaniedbania. Zresztą nie tylko dla społeczności LGBT+ jest to przedstawienie kultowe. Bo nie jest „Tęczowa trybuna” tylko o gejach, ale o każdej mniejszości, która zbyt pochopnie akceptuje swoją niemoc. Demirski mówi w nim o tym, jak łatwo usprawiedliwiamy brak uporu w walce o swoje – bo przecież walka z władzą, z prezydentem miasta na przykład, z dyrektorem teatru na przykład, to walka skazana na przegraną. W Teatrze Polskim ta walka wciąż trwa, nic więc dziwnego, że mimo nadkompletów na widowni – widowni wściekłej i zbuntowanej w sposób bezprecedensowy – jest to spektakl niemile widziany. Decyzja o jego zdjęciu jest gestem politycznego tchórzostwa obecnego dyrektora. Aktem wewnętrznej cenzury.

Łukasz Twarkowski i jego „Kliniken. Miłość jest zimniejsza niż śmierć”, z dopisaną terrorystyczną „Traumgruppe” Anki Herbut. Na scenie Szczyszczaj i Rasiakówna, Porczyk i Zięba. Obłędny zespół. I pierwsza scena, której montaż zostaje na długo w głowie: nagle, jak w kinie 3D, odsłaniają się przed widzem wielkie zazębione trójwymiarowo plany. Zespołem aktorskim Polskiego zachwyciłem się właśnie po tym spektaklu. Twarkowski ma to do siebie, że potrafi z uwagą podążać za swoimi aktorami, co widać na scenie. Jeśli miałbym wskazać wyjątkowy walor tego przedstawienia – byłoby nim performatywne pozostawanie w procesie. Dlatego rozumiem, że aktorzy wciąż chcą „Kliniken” grać – bo wciąż mogą w tym spektaklu ewoluować, także jako symbiotyczna grupa artystów. Dzięki tej symbiozie, organicznej grze zespołu, Porczyk tworzy w „Kliniken” swoją najciekawszą rolę – znajduje się tu w przestrzeni niepewności, czymś, co potrzebne jest temu aktorowi jak tlen. Porczyk jest doskonały, kiedy ktoś jego pozycję aktorską zaburza, podkopuje. Mickiewicz bez skrótów mu nie służy.

Tych spektakli już nie zobaczymy. Musiałem je wypunktować, choćby dla siebie, żeby zdać sobie sprawę, co decyzja Morawskiego tak naprawdę oznacza. Pierwszy z nich jest kamieniem milowym w dorobku najwybitniejszego europejskiego reżysera, który stał się wrogiem numer jeden nowego dyrektora. Drugi odzyskał w sposób niebezpieczny swoją aktualność. Wreszcie trzeci scalił aktorski zespół, z którym Morawski chciałby się jak najszybciej pożegnać.

Nie chodzi tu nawet o partykularne interesy i zaszłości. Te trzy tytuły to przede wszystkim historia tej sceny, część historii polskiego teatru. Ujawniała się w nich też najintensywniej szczególna siła zespołu Polskiego. Wcale nie cieszy mnie, że Rasiakówna, Pempuś, Porczyk, Szeremeta, Skibińska będą teraz występowali w Warszawie. Od dziesięciu lat jeżdżę do Wrocławia i chcę jeszcze.

Energia Polskiego ulega rozproszeniu. Morawski zlikwidował właśnie punkty węzłowe, które na przestrzeni lat stwarzały ten zespół i mogłyby, mimo wszystko, utrzymać jego energię. Wyjątkowo konsekwentna i przemyślana demolka jak na kogoś, kto przecież chce dobrze, ale nie ma wyboru.