Z czego zrobione są dziewczynki
fot. Krzysztof Bieliński

6 minut czytania

/ Teatr

Z czego zrobione są dziewczynki

Anka Herbut

Dziewczynki w spektaklu Wdowik są super. Też wtedy, kiedy szepczą sobie nawzajem do ucha jakieś tajemnice i przy uśmieszkach badawczo skanują widownię. No wiadomo, że gadają o nas

Jeszcze 2 minuty czytania

Na scenę wchodzi przypakowany mężczyzna. Cisza. Pojawia się konsternacja, bo to przecież spektakl o dziewczynkach. Ale kobiecy głos z offu wyjaśnia, że w teatrze powinien być jakiś dramat, jakiś konflikt, napięcie. To głos narratorki (Dominiki Biernat), która za pomocą tekstu Weroniki Murek czasem nadawać będzie perspektywę oglądanym scenom, czasem sprowokuje dziewczynki do działania, innym razem te działania skomentuje lub skontruje. A napięcie też będzie, ale nie w tradycyjnie teatralnym tego słowa rozumieniu. Napięcie realizuje się bowiem w „Dziewczynkach” na poziomie ciała: poprzez sposoby jego prezentowania i reprezentowania, kształtowania, używania oraz ujarzmiania. I poprzez jego niesubordynację czy niepewność. Mężczyzna zaczyna wnosić dziewczynki na scenę jedna po drugiej. Ustawia je plecami do widowni, prostuje i wychodzi. Występuje więc w funkcji lewarka. Powiedziałabym, że to dość uprzedmiotawiająca funkcja, ale ciała, które wnosi jego ciało, rozpatrywane są z tej samej – fizycznej – perspektywy.

Wszystkie dziewczynki wyglądają na pierwszy rzut oka tak samo, wszystkie mają rozpuszczone długie włosy, wszystkie są jednocześnie i w spodniach, i w spódniczkach. Zawieszone w stanie pomiędzy płciami: ani kobiety, ani mężczyźni. W zasadzie też: ani już dorosłe, ani jeszcze dzieci. Słychać „Hey Boy Hey Girl” Chemical Brothers i ustawione w jednej linii dziewczynki stopniowo zaczynają się poruszać. Trząść się, skakać, wymachiwać rękami i nogami, potrząsać głową. Każda w inny sposób. Każda w innym rytmie. Wspaniałe są momenty, kiedy spodziewamy się synchronu, a oglądamy wolną amerykankę, bo nie da się tych ciał wpakować w oparty na precyzji wykonania układ ruchowy. Odpowiedzialna za choreografię Marta Ziółek szuka takich właśnie momentów, w których krystalizuje się język cielesny każdej z dziewczynek. Będzie ich więcej. Na przykład wtedy, gdy wykonują figury z dużą aktywnością bioder, pojawiające się dzisiaj w co drugim klipie, a robią je jednak trochę po swojemu. Albo kiedy dwie z nich prowadzą ruchowy dialog, balansujący pomiędzy signature moves i tym, co zostaje mimowolnie albo w pocie czoła przyswojone z kultury popularnej.

fot. Krzysztof Bieliński

Dziewczynki są super. Wszystkie. Milena Klimczak, Wiktoria Kobiałka, Pola Pańczyk, Stefania Sural i Jagoda Szymkiewicz. Są super same w sobie. Są super performatywnie. Ale też i wtedy, kiedy stojąc na scenie, zderzają się z kontekstami typu „daj buzi dziadziusiowi za babcię” czy „zaśpiewaj piosenkę” oraz „naciesz nas czymś”. Ich naturalność, specyficzna pół-prywatna kondycja i zawstydzenie są czymś, co profesjonalnemu aktorowi nie tak łatwo osiągnąć. Są super kiedy szepczą sobie nawzajem do ucha jakieś tajemnice i przy uśmieszkach badawczo skanują widownię. No wiadomo, że gadają o nas. I w improwizowanej sekwencji, w której za każdym razem inaczej wykańczają frazy: „ktoś patrzy na...” i „wszyscy patrzą na...”, odnosząc się do swoich ciał. W tych momentach wydaje się, że zyskujemy dostęp do czegoś wyjątkowo intymnego i kruchego. Te właśnie sceny działają. Trochę inaczej jest z dynamiką ich wzajemnych relacji i spajającą je strukturą, które powodują, że w pewnym momencie spektakl zaczyna się oglądać jak serię powarsztatowych scenek, zespolonych wspólnym tematem. I choć wiele jest w „Dziewczynkach” bardzo ciekawych strategii reżyserskich i dramaturgicznych (Joanna Ostrowska), zręcznie pomyślanych sytuacji i rozczulających momentów, to jakby brakowało w nich jednej mocnej decyzji, która nadałaby całości zdecydowany rys czy kierunek. Dalekie krzyki zza sceny na sam koniec niestety tego nie załatwiają.

Małgorzata Wdowik, „Dziewczynki”„Dziewczynki”, reż. Małgorzata Wdowik. Teatr Studio, premiera 20 kwietnia Dominującym elementem scenografii Dominiki Olszowy jest wielka, przyklejona do jednej ze ścian, jasnoróżowa i błyszcząca jama. Kształtem przypomina pierś, ale spływają z niej długie języki zakończone źrenicami. Można się w niej schować, żeby się poczuć bezpiecznie. Można też tam znaleźć kobietę, która kiedyś na pewno była dziewczynką. Ta kobieta będzie teraz Kobietą-medium (Ewelina Żak). Nie ma już porysowanej długopisem jak dziewczynki skóry, tylko pomalowane na czerwono paznokcie u stóp i u rąk. Dziewczynki wyciągają ją z jamy, zaczynają animować jej ciało, delikatnie je głaszczą, masują, podnoszą do góry – później powtórzą to jeszcze w swojej własnej grupie. Rozpoczyna się jakiś dziwny rytuał, w ramach którego szepczą jej do ucha coś, co wybrzmieć głośno i przejść może chyba tylko przez jej usta, więc wypowiada to na głos. Nie wszystko i nie zawsze chce powtórzyć. Właściwie szkoda, bo przecież jako medium działa ubezpieczająco i mogłaby umożliwić dziewczynkom powiedzenie wszystkiego, co im się tylko podoba. Bez cenzury. Kiedy później sama szepcze im na ucho, przekazywane jak w głuchym telefonie zdanie zniekształca się i zmienia znaczenie. A kiedy głuchy telefon kończy się inaczej niż się zaczął, Kobieta demaskuje pierwotną wersję zdania. I znowu szkoda. Mogła to być przecież ich tajemnica.

Ale jest w „Dziewczynkach” jeszcze coś. Coś, co powoduje, że się je ogląda jakby się chciało wypatrzeć to, czego się już w sobie nie ma. To próba uchwycenia fenomenu dziewczyńskości w ultradelikatnym momencie jego kiełkowania i przekształcania. Momentu, w którym wszyscy i wszystko odciska na dziewczynce swój ślad. Chęć dotarcia do czegoś bardzo efemerycznego, tymczasowego i na dobre jeszcze nieukonstytuowanego. „Dziewczynki” są jak snapshot z procesu przemiany – ze stadium przejściowego między dzieckiem i kobietą. Co jakiś czas przestrzeń sceny rozświetla światło lampy błyskowej. Jakby w celu zarejestrowania tego, co za chwilę będzie miało już dorosłą jakość.

W spektaklu Wdowik nie ma fabuły czy klasycznie rozumianej narracji. Poszczególne sceny oscylują wokół cielesnej ekspresji i reprezentacji, wokół wpisywania w ciało znaczeń oraz różnego rodzaju prób wyrażenia się, wygadania, wykrzyczenia. Od niemego głosu, przez nieśmiałe szepty, językowe i cielesne kody czy improwizowane kawałki aż po pełnowymiarowy dziewczyński pisk. Jest głośny, ale w perspektywie całego spektaklu jakoś nie w pełni wybrzmiewa.