Sala tortur

6 minut czytania

/ Film

Sala tortur

Darek Arest

„Plac zabaw” przypomina „Słonia” Van Santa, zainspirowanego masakrą w Columbine. Oba filmy rozsiewają domysły i sugestie, ale robią to głównie po to, żeby skompromitować stojącą za nimi myślową łatwiznę

Jeszcze 2 minuty czytania

Popularna mądrość przypisywana często i najprawdopodobniej błędnie Albertowi Einsteinowi głosi, że jeśli nie potrafisz czegoś prosto wyjaśnić, to znaczy, że nie rozumiesz tego dostatecznie dobrze. „Plac zabaw”, debiutancki film Bartosza M. Kowalskiego, jest próbą odwrócenia tej zasady – zrozumienia zdarzeń poprzez proste, klinicznie czyste opowiedzenie historii. Twórcy dzielą ją starannie na krótkie rozdziały, pojedynczo i z jednakową uwagą wprowadzają na scenę bohaterów, wyraźnie zarysowują tło. Kończy się szkoła, dla trójki trzynastolatków będzie to oznaczać zmiany większe niż dla rówieśników. Nieśmiała Gabrysia pragnie przed wakacjami wyznać miłość Szymkowi. Przewrażliwiony na swoim punkcie Szymek boi się obciachu. Po rozdaniu świadectw chce jak najszybciej skoczyć do galerii handlowej na partyjkę gier wideo z kumplem Czarkiem. Czarek zamierza robić cokolwiek, byle nie wracać za szybko do ciasnego mieszkania, w którym musi dzielić pokój z wiecznie płaczącym młodszym bratem. Banał skończy się brutalną, absurdalną zbrodnią, o której mówić będą wszyscy, a sensownie wytłumaczyć nie będzie potrafił nikt. Scenariusz zainspirowała lakoniczna prasowa notka, na którą przypadkiem natknął się kiedyś reżyser. I chociaż jego film (może zbyt pochopnie) rozwija tą upiorną historyjkę do rozmiaru pełnego metrażu, to wydaje się, że jednocześnie tę niepokojącą lakoniczność pogłębia. Im dłużej się przyglądamy, tym mniej rozumiemy, słabiej wierzymy w istnienie wiedzy, która przynosi ulgę.

Jeszcze parę lat temu nie przyszłoby mi do głowy, że będę grymasił na tak zrealizowany polski film. Bo „Plac zabaw” jest zrealizowany świetnie. Kapitalnie zagrany przez dziecięcych aktorów, inteligentnie i świadomie korzystający z inspiracji współczesnym światowym kinem, a przy tym nieodlatujący na jakąś „nibylandzką orbitę”. Akcja jest mocno osadzona w realiach współczesnej Polski, a nie jakiegoś modnego wyobrażenia na jej temat. Inspiracje rumuńską nową falą, Michaelem Hanekem czy Gusem Van Santem nie sprowadzają się do bezmyślnych kalek estetycznych, strojenia się w modne festiwalowe stylistyki. Debiutujący reżyser Bartosz M. Kowalski dobrze rozumie działanie mechanizmów, z których korzysta. Zwodzi widza, prowadzi go przez historię i świadomie trochę się nad nim znęca. Oznacza to, że jego film nie jest ani przesadnie oryginalny, ani do końca konsekwentny, bo naprzemiennie korzysta z różnych strategii, ale jest też imponująco skuteczny w uzyskiwaniu zamierzonego efektu. Polskość nie jest tu może kluczowa, jako że temat filmu wymyka się naszemu tu i teraz, ale rzadko kiedy w polskim kinie towarzyszy mi tak silne wrażenie wyglądania przez okno. Doskonale udało się w „Placu zabaw” uchwycić rzeczywistość średniego polskiego miasta – jego mieszkań, ulic i prostej struktury. Dziecięcy bohaterowie pochodzą z trzech wyraźnie zarysowanych klas społecznych, których ścieżki przecinają się w publicznej szkole i w centrum handlowym. Ale kto na najważniejsze pytanie będzie szukał odpowiedzi w społecznych i ekonomicznych uwarunkowaniach, najprawdopodobniej bardzo się zawiedzie.

 „Plac zabaw”, reż. Bartosz M. Kowalski „Plac zabaw”, reż. Bartosz M. Kowalski. Polska 2016, w kinach od 25 listopada 2016Po tym względem „Plac zabaw” bardzo przypomina „Słonia” Van Santa, zainspirowanego masakrą dokonaną przez dwójkę amerykańskich nastolatków w szkole w Columbine. Oba filmy w podobny sposób rozrzucają na prawo i lewo tropy, snują domysły i podsuwają sugestie, ale robią to głównie po to, żeby skompromitować stojącą za nimi myślową łatwiznę. A więc oprawca lubił gry wideo? Nie dogadywał się z bratem? Ciężko przechodził rozstanie rodziców? Zakochał się bez wzajemności? Czuł się poniżany przez rówieśników? Kiedy w absurdalny sposób leje się krew, chwytamy się absurdalnych, najgłupszych wytłumaczeń, by ukoić bezradność. Zawsze w pobliżu są też wtedy media gotowe ich dostarczyć, dowiedzieć się, jaki film oglądał zabójca dzień wcześniej i co jadł przed wyjściem z domu, próbując pseudoinformacjami zamaskować nieprzewidywalną naturę psychopatii i dziecięcych zaburzeń zachowań. Reżyser „Placu zabaw” wyśmiewa wytrych społecznej „patologii”, nie stroi swoich bohaterów w łaszki dziecięcych demonów i w ogóle zręcznie omija wiele pułapek. Przedstawia nam sympatyczne dzieciaki potrafiące okazywać troskę tak samo, jak bezinteresowne okrucieństwo, może trochę zbyt znudzone oczekiwaniem, aż zdarzy się coś, co można by nagrać komórką. Pod pozorami przeciętności kryją się jednak trochę inaczej działające emocje.

Kulminacją bezradności jest głośna scena finałowa, która znaczną część widzów prowokuje do przedwczesnego opuszczenia sali kinowej, a o której pisać byłoby recenzencką zbrodnią. Jest ona zamierzoną torturą, ale także wykonaniem wyroku, naturalną konsekwencją podjętych wcześniej artystycznych decyzji. Jest mocna, jak zresztą cały film, i działa jak działać powinna, ale trudno uciec od pytania, czemu ta moc służy? Mogę szczerze wychwalać zalety „Placu zabaw” przez cały dzień i jednocześnie ani przez chwilę nie polecać go nikomu, kto wierzy, że kino powinno coś widzowi dawać. Nie zawsze może to być katharsis. Czasem chodzi o prostą kinematograficzną przyjemność opowiadania i zanurzenia się w świecie, czasem o nieprzyjemność – jakiś nowy niepokój czy wątpliwość. Michael Haneke, który także lubi znęcać się nad widzem i manipulować nim, często odsłania przy okazji mechanizm tej manipulacji, oferując mu uodporniającą szczepionkę. „Plac zabaw” zostawia go jedynie z bólem żołądka.