Mężczyźni po przejściach, kobiety z przeszłością

6 minut czytania

/ Film

Mężczyźni po przejściach, kobiety z przeszłością

Jakub Socha

W kinach nowe filmy Ryszarda Bugajskiego i Jana Jakuba Kolskiego. Intrygujące i nieudane

Jeszcze 2 minuty czytania

„Wrócił” – głosiła w nagłówku gazetka festiwalowa na pierwszej stronie, w całości wypełnionej zdjęciem Krzysztofa Majchrzaka. Rzeczywiście, dawno go nie było, z dziesięć lat. Teraz wrócił i zagrał w najnowszym filmie Jana Jakuba Kolskiego. Ma tatuaż dookoła głowy, ubrany jest w stos łachmanów, przez ramię przewieszoną ma chustę, niesie w niej psa pozbawionego jednej kończyny. Towarzyszy mu mała dziewczynka, która uciekła w domu. Dziewczynka ma ze sobą mały różowy plecaczek, w którym, zupełnie nie wiem jak, zmieściła klarnet, będzie na nim później grała melodię z „Don Giovanniego”. Idą przez las, mieszkają w lesie, jedzą zupę z żołędzi. Kiedyś było inaczej. Mężczyzna o imieniu Forst miał wszystko: kasę, czarny motor, wywrotkę koksu, ale zderzył się ze światem i postanowił od niego uciec. Nie jest tajemnicą, że Kolski w „Lesie, 4 rano” odwołuje się bezpośrednio do tragedii rodzinnej, która niedawno go dotknęła. Reżyser sam zresztą mówi, że ten film jest swego rodzaju terapią. To widać. Cytaty z Pisma, które przedzielają kolejne rozdziały, zderzone tu zostają z zaklęciem: ten, kto umarł, zawsze będzie w twoim sercu. Trudno powiedzieć, żeby ono działało.

Coś się stało z wyobraźnią Kolskiego, tego „Chagalla z Popielaw”. Kiedyś w jego filmach ludzie grali na skrzypcach z talerza, konie słuchały tej muzyki, a ich łzy spadały na grzbiet pasikonika. Teraz – były biznesmen i dobra tirówka siedzą na kuble na śmieci i jedzą z tektury wielką pizzę. Teraz – były biznesmen i rezolutna dziewczynka wcinają przed szopą zbudowaną w lesie kit katy. Gdzieś w tle straszą jeszcze gangsterzy o wyglądzie gangsterów z polskiego kina z lat 90. Grube to wszystko i miejscami całkiem niepotrzebne.

Jan Jakub Kolski„Las, 4 rano”, reż. Jan Jakub Kolski, Polska 2016, w kinach od 2 grudnia 2016Film otwierają dwa nieme obrazy: Forst skacze z wściekłością, wzbijając kurz w podziemnym garażu, jakby co najmniej chciał roznieść beton, który ma pod stopami; Forst stoi nieruchomo w basenie na dachu jakiegoś wieżowca, cały świat wydaje się należeć do niego. Kolski, jakby nie wierząc do końca w inteligencję widza, wrzuca mu jeszcze trzy dociśnięte sceny z zupełnie innego rejestru, które dopowiadają to, czego wcale nie trzeba było dopowiadać. Oto Forst: wygłasza klasyczną korpogadkę o tym, że to on dysponuje czasem swoich pracowników; kopuluje beznamiętnie z długonogą blondynką, wciągając równocześnie biały proszek; śledzi na dwóch ekranach równocześnie transmisję z wyścigu samochodowego i galę wolnoamerykanki.

Gdyby ogołocić ten film z niepotrzebnych ornamentów, wtedy łatwiej byłoby dostrzec coś, co jest sednem „Lasu, 4 rano” – historię pognębionego faceta, który tak bardzo chce uciec od siebie, że co noc ryje sobie dół w ziemi, żeby w nim usnąć. Faceta, który jest trochę jak „konające zwierzę”. Z oczu i twarzy Majchrzaka przebija jakiś prawdziwy dramat. Kilka scen, w których jego bohater wykonuje wraz z dziewczynką podstawowe czynności: jedzą zupę, wiosłują, zastawiają wnyki – dobrze pokazuje ich samotność, ale też więź, która rodzi się między nimi. W tych prostych gestach jest czułość i troska – widać, że ta dwójka wraca z powrotem do świata. Dla Kolskiego to jednak za mało, dlatego mechanicznym gestem łączy historię dziewczynki z historią tirówki, podmienia w zasadzie jedną kobietę na drugą, tak żeby mu się zgodziło najprostsze równanie. A przecież w ogóle nie o to chodzi.


Pozbawiony wiary w inteligencję widza wydaje się też Ryszard Bugajski. Jego „Zaćma” – opowieść o Julii Brystygierowej, stalinowskiej zbrodniarce, nazywanej Krwawą Luną z powodu jej upodobania do sadystycznych tortur, którym poddawała przeciwników politycznych – powinna zostać opowiedziana oszczędnie. Bugajski tymczasem zalewa widza oceanem tanich, Ryszard Bugajski„Zaćma”, reż. Ryszard Bugajski, Polska 2016, w kinach od 14 listopada 2016łzawych dźwięków, które pojawiają się w tych najbardziej doniosłych momentach. A tych jest dużo, bo film koncentruje się na tym fragmencie biografii Brystygierowej, gdy zaczęła ona bywać w Laskach, spotykać się z duchownymi i wyraźnie szukać sensu w czymś innym niż komunizm – w chrześcijaństwie. Dużo jest w filmie filozoficznych dysput i kłótni, w których w roli amunicji występują Bóg i Szatan. Ograniczają się one jednak w zasadzie do fraz: „jest”, „nie ma”, „jest, a może nie ma – kto to wie”. To trochę mało, zważywszy, że prowadzi je kobieta, która posiadała doktorat z filozofii. Żeby trochę wzbogacić te dysputy, autor „Przesłuchania” idzie w czary. Co chwila zjawiają się wizje, w których Jezus, żyjący w Polsce w latach 40., więzień Krwawej Luny, przy użyciu psychokinezy odpala sobie papierosa, a potem roztrzaskuje o ścianę srebrną papierośnicę. Są to sceny naprawdę dość niepoważne.

„Zaćma” opiera się na rusztowaniu z trzech rozmów, które Brystygierowa odbywa z: niewidomym księdzem, zakonnicą – koleżanką z młodości, wreszcie samym prymasem Wyszyńskim. Pojawia się w nich tyle wątków, że z powodzeniem można by nimi obdzielić z tuzin filmów. Ogniskują się one zarówno wokół wyborów polskiej inteligencji, jak i dorastania do zbrodni; przemiany duchowej i psychopatologii; różnych form wiary i tego, czy coś takiego jak miłosierdzie jest w ogóle możliwe, czy nie są na nie gotowi nawet ci, którzy modlą się więcej niż raz dziennie. Bugajski od czasu do czasu daje sygnały, że całe te zapasy duchowe głównej bohaterki odbywają się tak naprawdę bez udziału osób postronnych, są jedynie projekcją. Ucieczka w sen paranoika jest oczywiście wygodna, ale świadczy o czymś istotnym. Oślepiony w trakcie tortur ksiądz, którego gra Janusz Gajos, mówi w pewnym momencie, że zabiegał o spotkanie z Krwawą Luną, bo chciał ją jakoś zrozumieć. Przyznaje równocześnie, że ciągle nic nie rozumie. Ta sama bezradność staje się sednem bombastycznie zainscenizowanego filmu Bugajskiego, który może i jest jakoś zafascynowany Brystygierową i jej przemianą, ale ostateczne ani ona, ani jej wybory życiowe zdają się nie mieścić w jego głowie.