Podwójne okulary
Wyjazd Żydów z Warszawy do Palestyny, 1937 / Narodowe Archiwum Cyfrowe

27 minut czytania

/ Obyczaje

Podwójne okulary

Rozmowa z Moniką Sznajderman

Mogłam nakreślić dzieje obu moich rodzin w niezależny sposób: opisać rodzinę ojca i Zagładę oraz patriotyczne zaangażowanie przodków mamy. Ale moje dwie rodziny żyły obok siebie, na tej samej ziemi. Z jakiejś jednak przyczyny jedną dotknęła Zagłada, druga zaś w całości przeżyła – mówi autorka „Fałszerzy pieprzu”

Jeszcze 7 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: W książce „Fałszerze pieprzu”, która opowiada o twojej rodzinie, piszesz, że o przeszłości ojca w waszym domu się nie rozmawiało. Kiedy dowiedziałaś się, że stracił wszystkich bliskich w Holocauście?
MONIKA SZNAJDERMAN: Nie pamiętam kiedy, u nas w domu się o tym nie mówiło. Od zawsze wiedziałam, że mój tata jest Żydem, tego nikt przede mną nie ukrywał, ale nikt mi też nie mówił, co to właściwie znaczy. Coś jednak wisiało w powietrzu i już jako dziecko to czułam. Mój tata w ogóle niewiele się odzywał, nie był zbyt obecny w naszym codziennym, domowym życiu. Gdy wracał z pracy – z kliniki profesora Dymitra Aleksandrowa w szpitalu Dzieciątka Jezus przy ulicy Oczki – nie miał właściwie żadnych domowych obowiązków. To moja mama, która też była lekarzem i naukowcem, brała się za odrabianie ze mną lekcji i załatwianie miliona domowych spraw, a tata drzemał, po czym wstawał i wychodził do „pana Włodka”, czyli profesora Włodzimierza Januszewicza, żeby razem z nim pisać książki. Moje życie toczyło się wśród kobiet, mieszkaliśmy bowiem z moją babką Marią, mamą mojej mamy. Była to skomplikowana rodzinna koronka emocji, którą jako dziecko wyczuwałam. W domu dominowała babcia – bardzo silna osobowość. Nie pamiętam posiłku, który nie kończyłby się kłótnią.

Kto się z kim kłócił?
Babcia z moim ojcem. Nie były to kłótnie na jakieś poważne tematy, zwykle rozgrywało się to tak, że babka pouczała ojca, żeby nie trzymał łokci na stole, nie siorbał lub coś podobnego. Była prawdziwą damą, do tego niesłychanie apodyktyczną, a mój ojciec jest człowiekiem upartym, w związku z tym każdy wspólny posiłek kończył się awanturą. Na zaczepki ojciec reagował krótkimi wybuchami gniewu albo po prostu wychodził, moja mama próbowała łagodzić sytuację, ale koniec końców brała stronę ojca, na co z kolei obrażała się babcia. Ja korzystałam z tego zamieszania, bo byłam niejadkiem i cieszyłam się, że mogę czasem nie kończyć obiadu.

Z dzieciństwa pamiętam, że tata był milczący, teraz myślę, że niemówienie o przeszłości pochłaniało tyle jego energii, że nie miał już siły uczestniczyć w zwykłych codziennych rozmowach. Albo że nie czułby się uczciwie, zagadując to swoje wielkie milczenie rozmowami na błahe tematy. Mimo utarczek z teściową wpasował się w rodzinę żony i znalazł w niej swoje miejsce. W dużej polskiej rodzinie, którą zyskał po ślubie, czuł się bezpiecznie i był akceptowany. Prym wiodło w niej starsze pokolenie, czyli babka Maria i jej rodzeństwo, bracia – każdy z innej parafii politycznej i osobowościowej – Zygmunt, Bohdan i Czesław, oraz najmłodsza siostra Anna. To oni dbali o życie rodzinne i starali się, aby wszyscy trzymali się razem. Gdy ich zabrakło, a także po tym, gdy umarła moja mama, więzy rodzinne się rozluźniły. Dorastałam jednak otoczona klanem Lachertów.

Który składał się z wielu wyrazistych i niebanalnych osobowości.
Tak było. Braci babci nazywałam dziadkami, bo swoich prawdziwych dziadków nie miałam – jeden z nich był Żydem i zginął w Holocauście, a drugiego słabo znałam, bo moja babka rozwiodła się z nim jeszcze przed wojną i jakoś nikomu specjalnie nie zależało, żebym poznała go lepiej, choć mieszkał cały czas w Lublinie i zmarł dopiero w 1971 roku. W pamięci rodzinnej istniał przede wszystkim drugi mąż babci, jej wielka miłość Kazimierz „Kizio” Rojowski, który zginął w powstaniu warszawskim. Tak więc moimi dziadkami byli bracia babci, których bardzo lubiłam i z którymi byłam zżyta. O każdym z nich jest w tej książce trochę. Najbliższy mojej babci Zygmunt, o którym napisałam najwięcej, przed wojną zarządzał rodzinnym majątkiem w Ciechankach, sympatyzował z endekami, potem sam został prominentnym działaczem Stronnictwa Narodowego, a po wojnie siedział w więzieniu z wyrokiem dożywocia. Bohdan był lewicowcem, ukrywał Żydów, po wojnie należał do partii i jako znany architekt odbudowywał Warszawę. Czesław był rodzinnym enfant terrible – lubił balować, miał jakieś romanse, porzucił żonę i w Szczecinie założył drugą rodzinę, co starannie ukrywano. Był uroczy, ale nieporadny, stąd też był nieustannym obiektem troski mojej babci. On jeden w rodzinie nie miał ambicji politycznych ani naukowych, tylko – jak mi się teraz wydaje – po prostu korzystał z życia. Uwielbiał stare motocykle i samochody.

Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”. Wydawnictwo Czarne, 288 stron, w księgarniach od listopada 2016Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”. Wydawnictwo Czarne, 288 stron, w księgarniach od listopada 2016Kiedy poczułaś pustkę po swojej żydowskiej rodzinie?
To przyszło z wiekiem. W dzieciństwie mój kontakt z żydowskim światem ograniczał się do spotkań z dalszymi krewnymi ojca z Australii, którzy wyemigrowali w latach dwudziestych, i przyjaciółmi rodziców z kliniki, z których większość wyjechała w ’68 roku. Dorastałam szczęśliwie wśród polskich krewnych i bardzo długo nie odczuwałam żadnego braku czy pustki. Mój introwertyczny, nieśmiały ojciec niknął w cieniu krewnych mojej mamy, ja zaś byłam przez nich wychowywana i żyłam ich życiem. Potem jako młoda kobieta byłam zajęta swoimi sprawami. Kiedy w 1988 umierała moja mama, oboje z tatą byliśmy przy jej łóżku w szpitalu na Banacha. Nie zawsze była przytomna, ale w pewnej chwili, już umierając, powiedziała do mnie: opiekuj się tatą. Spojrzeliśmy wtedy z ojcem na siebie i uświadomiliśmy sobie, że do tej pory rozmawialiśmy wyłącznie za pośrednictwem mamy albo babci, a teraz zostaniemy we dwójkę i będziemy musieli znaleźć wspólny język. To był trudny moment dla nas obojga. Zbliżyliśmy się, a potem znowu oddaliliśmy – wyjechałam w Beskidy, a tata tego nie pochwalał i choć – jak to on – starał się nie dawać mi tego odczuć, nasze stosunki się rozluźniły. Zajmowałam się trójką dzieci, budowałam dom, tworzyłam wydawnictwo, sprawy związane z przeszłością musiały zaczekać. W pewnej chwili zrozumiałam, że to ostatnia chwila, aby się tym zająć, bo mój ojciec jest już starym człowiekiem, a ja też nie jestem wieczna. Bardzo długo wszyscy – najpierw ja, a potem i moje dzieci – obawialiśmy się pytać ojca o przeszłość, aby go naszymi pytaniami nie zranić. Wzajemnie uniemożliwialiśmy sobie rozmowę – my baliśmy się jątrzyć stare rany, a tata uważał, że to jego historia, którą nie powinien nas obarczać. W końcu przyszła ta chwila, w której wszyscy zrozumieliśmy, że nie jest to tylko jego pamięć, ale także nasza.

Pomogła wam niespodziewana przesyłka z Ameryki.
Tak, przełomem okazał się moment, w którym niespodziewanie dostaliśmy zdjęcia i listy z Ameryki. W międzywojniu moja babka Amelia – mama mojego taty – często pisała do swoich kuzynek: Rózi w Australii i Frani w Kalifornii. Tuż po wojnie obie kuzynki próbowały namówić ojca, aby do nich przyjechał, ale on nigdy nie chciał wyjeżdżać z Polski. Po śmierci Frani ktoś nam te listy i zdjęcia odesłał. Babcia opisywała w nich życie swoje i rodziny w podwarszawskim Miedzeszynie, często dołączając fotografie, aby te opowieści zilustrować. Jej listy są pełne zabawnych anegdot i komentarzy, ale i smutku, bo miała skłonność do depresji i często skarżyła się kuzynce na melancholię. Wraz z listami nagle z kompletnej pustki wyłoniły się twarze, nazwiska, daty, historie, miejsca – odsłoniło się przed nami życie naszej zamordowanej i owianej milczeniem rodziny. I okazało się, że było to życie ciekawe i szczęśliwe. U mojego ojca, który dobiegał wtedy osiemdziesiątki, ta niespodziewana przesyłka wywołała ogromne poruszenie. Mogłam zacząć zagadywać go o konkretne osoby czy zdarzenia, a on zaczął opowiadać. Już nie było milczenia o śmierci, tylko rozmowa o życiu.

Drugim przełomowym krokiem było odkrycie krewnych z Radomia i historii rodziny ojca mojego taty, Ignacego Sznajdermana. Izaak Sznajderman, zwany w domu Ickiem, wyjechał z Radomia do Warszawy studiować medycynę i stał się Ignacym. Wyraźnie ciążył ku asymilacji, a przynajmniej chciał zerwać więzi z tradycją i życiem, jakie prowadziła jego rodzina. Wszystko to sprawiło, że – teraz to widzę – na początku musiał być w tej Warszawie ogromnie samotny. Potem przez chwilę żył otoczony dużą rodziną żony, ale po rozwodzie z Amelią zapewne znowu pojawiła się wokół niego pustka. Mój ojciec nigdy nie poznał radomskich krewnych, nie znał nawet imion swoich dziadków.

Dopiero ty odkryłaś, jak się nazywali: Izrael Moszek Sznajderman i Fajga Flamenbaum. Izrael był krawcem, mieli siedmioro dzieci. Czego się jeszcze o nich dowiedziałaś? I jak się czułaś, szukając żydowskich śladów w dzisiejszym Radomiu?
Dowiedziałam się, że była to wielka rodzina, po której – ponieważ byli tzw. prostymi ludźmi – nie pozostał niemal żaden ślad. Dowiedziałam się, że niemal wszyscy zginęli w Holokauście. Piszę „niemal”, bo ocalał mój stryj, Eliasz. Po wojnie wrócił do Radomia, odnalazł swoją żonę, ale wskutek pogromowego zajścia w sierpniu 1945 roku, w którym zginął nasz powinowaty, oboje wyjechali i nigdy już nie wrócili. Opisuję to w książce. Historia ich ucieczki mogłaby stanowić osobną opowieść – przez zieloną granicę do Czechosłowacji, a potem, udając niemieckich Żydów, do Niemiec i stamtąd do Stanów. I dlatego właśnie po latach zupełnie przypadkowo okazało się, że mamy w tych Stanach całkiem dużą rodzinę. Mój ojciec do lat osiemdziesiątych nie miał pojęcia, że jego kuzyn żyje! Dowiedział się o tym przypadkiem – w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie odbyła się wystawa poświęcona ocalałym z Zagłady radomiakom, przyjaciel ojca, także radomiak, Amek Birenbaum spotkał tam Eliasa Snydera, zaczęli rozmawiać i okazało się, że Elias to w istocie Eliasz, a Snyder to Sznajderman – nasz bliski krewny. Po tym odkryciu doszło między naszymi rodzinami do euforycznej wymiany listów, niestety Elias szybko zachorował na alzheimera i kontakt z nim stał się niemożliwy. Mój tata nigdy go nie spotkał. Ale stryj zostawił po sobie troje dzieci i dużą rodzinę. Gdy pracowałam nad książką, dostałam od nich nagranie ze wspomnieniami ich ojca. Bardzo dużo mi dały. Pozwoliły poczuć atmosferę przedwojennego radomskiego życia oraz, o czym wówczas niewiele wiedziałam, grozę powojennego.

Pytasz, jak się czułam, szukając radomskich śladów… Kiedy szukałam ich materialnie, chodząc trochę na oślep po Radomiu i mając w ręku tylko kilka przedwojennych adresów, wciąż natrafiałam na ślady pustki. Dlatego tak mnie wzruszył mały, niebieski, kryty papą domek przy ulicy Prostej 31, w którym najprawdopodobniej mieszkali od ślubu w 1877 roku moi pradziadkowie. Jedyny namacalny ślad.

Kiedy zdecydowałaś, że chcesz opowiedzieć rodzinną historię innym?
Nie pamiętam. Na początku po prostu z tatą rozmawialiśmy nad tymi odzyskanymi fotografiami, a ja co jakiś czas robiłam notatki, potem zaczęłam bardziej szczegółowe poszukiwania, ale i tak do pisania siadałam rzadko. Myślenie o książce długo mnie onieśmielało, w końcu od lat wydaję, a nie piszę książki. Przez parę lat przy okazji pewnej konferencji antropologicznej, w której uczestniczę, powstawały zalążki późniejszych rozdziałów. Intensywną pracę nad „Fałszerzami pieprzu” zaczęłam w styczniu tego roku i pisałam do lipca. Wcześniej długo biłam się z myślami i szukałam właściwej formuły dla tej opowieści, zamęczałam wszystkich wokół, to był trudny okres. Najpierw napisałam część poświęconą mojej rodzinie żydowskiej, ale przyjaciele, którym dałam ją do przeczytania, powiedzieli, że ta historia nie będzie pełna, jeśli nie napiszę też o przodkach polskich. I pojawił się problem, okazało się bowiem, że to jeszcze trudniejsze zadanie.

Dlaczego?
Nie jestem historykiem, badaczem dziejów ziemiaństwa czy polskiego antysemityzmu, a moja historia dotyczy historii Polski, historii Zagłady i polsko-żydowskich relacji. Oczywiście mnóstwo czytałam, rozmawiałam też z wieloma osobami zajmującymi się tymi tematami. Czułam, że wątek polski rzeczywiście jest w książce potrzebny, ale długo nie wiedziałam, jak to wszystko opowiedzieć, jak sprawić, aby moja polska rodzina znów nie usunęła w cień dopiero co odzyskanej rodziny żydowskiej. W końcu mąż zniecierpliwiony moim hamletyzowaniem i zaniepokojony rozpaczą powiedział: „Zawsze są słabsi i silniejsi. Ci słabsi zginęli i nie mają nikogo, kto za nich przemówi, ty musisz więc pisać w ich imieniu, w imieniu tych, których już nie ma”. Ta rada dużo mi dała. Potem, gdy wciąż pełna wątpliwości wysłałam książkę do przeczytania paru osobom: Martinowi Pollackowi, Pawłowi Smoleńskiemu, Henrykowi Grynbergowi i Barbarze Engelking, i nie zostałam przez nich odsądzona od czci i wiary, poczułam, że może sobie poradziłam. Zawsze będę im wdzięczna za to, co mi wtedy powiedzieli i napisali.

Czytając, odniosłam wrażenie, że polska rodzina jest w książce przede wszystkim znakiem nieobecności rodziny żydowskiej. Piszesz, że nie ciekawią cię patriotyczne czyny twoich krewnych, bo one zostały już opowiedziane, interesuje cię to, czego Lachertowie nie zrobili i nie widzieli.
Zauważ, że to taki zabieg stylistyczny, bo jednak piszę o tym, co zrobili. Zabieg, który był mi potrzebny, żeby oddać im sprawiedliwość i uwypuklić złożoność ich postaw. Bo przecież nie da się odmówić Lachertom patriotyzmu, bohaterstwa, autentycznych społecznikowskich postaw. Walczyli z okupantem, ukrywali potrzebujących, działali w ruchu oporu, przyczynili się do odbudowy Polski i ja o tym wszystkim wiem i to wspominam. Ale tych wątków nie rozwijam. Skupiam się na tym, czego nie widzieli, interesuje mnie to, czego nie zrobili. Oni i miliony innych Polaków. Polska obojętność – to jest dla mnie wielki, nieopisany temat.

Rozdział o Lachertach, Ciświckich i Rojowskich zatytułowałaś „Myśmy uratowali się wszyscy, oni wszyscy zginęli”. To cytat z dziennika Zygmunta Lacherta, który poruszony opisał w nim zagładę Żydów zamieszkujących wioski obok rodzinnego majątku.
Dziadek Zygmunt należał do Stronnictwa Narodowego, więc nie mam złudzeń, jakie wyznawał poglądy. Jednocześnie obserwując zagładę Żydów z sąsiedniego miasteczka, był szczerze wstrząśnięty, czego ślad został w dziennikach. Płakał nad Żydem Leibem Zilbersteinem, z którym był w zażyłych stosunkach przed wojną, i nad rodziną Erlichów, która u niego pracowała, ale nie żałował losu Żydów jako zbiorowości. W jego postaci dobrze objawia się pewna dwoistość – splot, jak to nazwał Aleksander Hertz, pańskiej pogardy i paternalizmu z niekłamaną serdecznością w stosunku do wybranych osób. Polskie ziemiaństwo często łączyło w sobie te sprzeczności – płakano nad „naszymi Żydami” i jednocześnie wyznawano poglądy nacjonalistyczne. Obawiam się, że to, co działo się w sąsiedztwie majątku, obchodziło moich przodków i ich sąsiadów tylko dlatego, że zniknięcie Żydów oznaczało rozpad ich świata i gorsze funkcjonowanie gospodarstwa. Boleli nad Zilbersteinem, bo był miłym, kulturalnym, przywiązanym do nich Żydem i pewnie łatwo było go poznać i polubić. Bohdan i jego żona Irena, którzy ukrywali przyjaciół Żydów, byli w tym środowisku wyjątkami. Pozostali uważali, że pomagają, dając pracę, która pozwoli przeżyć kolejne pół roku we względnym spokoju. Nie czuli się odpowiedzialni za to, co się potem stanie z ich żydowskimi pracownikami. Póki mogli, żyli na co dzień tak, jakby wojny nie było, grali w brydża, jeździli na pikniki, wydawali obiady.

Monika Sznajderman

Antropolog kultury, stopień doktora nauk humanistycznych otrzymała w Instytucie Sztuki PAN w Warszawie. Autorka książek „Zaraza. Mitologia dżumy, cholery i AIDS”, „Współczesna Biblia Pauperum. Szkice o wideo i kulturze popularnej” oraz „Błazen. Maski i metafory”. Od 1996 roku prowadzi Wydawnictwo Czarne. Urodzona w Warszawie, mieszka w Beskidzie Niskim. Żona, matka, babka.

Wstrząsające są fragmenty książki, w których zestawiasz losy żydowskich i polskich krewnych – jedni ginęli w getcie i w pogromach, drudzy w tym samym czasie emocjonowali się zmianami na froncie i wystawiali konie w wyścigach.
Gdy trafiłam na informację o wyścigach organizowanych w czasie wojny w Lublinie, to oniemiałam. Najpierw, zupełnie przypadkiem, w dokumentach rodzinnych znalazłam list sekundantów drugiego męża mojej babki, który z nieznanych mi powodów 18 sierpnia 1941 roku wyzwał na pojedynek niejakiego Brunona Nettera. Z nieznanych, choć wiedziałam, że poszło o jakiś zatarg na wyścigach konnych. Do pojedynku nie doszło. Panowie sekundanci napisali, że wyzwany nosi nazwisko niemieckie, więc władze mogłyby pomyśleć, że zatarg ma podłoże polityczne (mimo że Netter był Polakiem), a ponadto jest to sprawa prywatna, a w czasach, gdy tak wielkie rzeczy dzieją się na niwie państwowej, nie należy załatwiać prywaty. List kończył się stwierdzeniem, że satysfakcję będzie można uzyskać po wojnie, ponieważ sprawy honoru nie ulegają przedawnieniu i są rzeczą najważniejszą. Po przeczytaniu listu zaczęłam szperać, aby dowiedzieć się, jakież to wydarzenie mogło być przyczyną odroczonego pojedynku, o jakie konne wyścigi chodzi.

Konkretnej przyczyny pojedynku nie wykryłam, jednak informacji o wyścigach na lubelskim Wrotkowie, odbywających się przez całą niemal okupację, od 1940 do 1944 roku, znalazłam zaskakująco dużo. Zainteresowało mnie, czy brali w nich udział – jako uczestnicy i widzowie – też Polacy, i jeśli tak, to czy odbywało się to pod przymusem, czy dobrowolnie. Wszystko wskazuje niestety na to drugie. Zastanowiło mnie, jak to możliwe, że w czasie, gdy jedni umierają z głodu i są mordowani, drudzy – polscy panowie – tuż obok organizują wyścigi, wystawiają swoje konie i dżokejów i wyzywają się na pojedynki. Skądinąd z opowieści rodzinnych pamiętałam, że oni pojedynkowali się z byle powodu – ktoś źle podał sałatę, opowiedziała mi kiedyś ciotka, i już powód do pojedynku był gotowy. Aby zrozumieć, jak to było możliwe, że polscy ziemianie urządzali wyścigi konne wspólnie z Niemcami, zadzwoniłam między innymi do profesora Tomasza Szaroty. O wyścigach w Lublinie akurat nie wiedział, ale wcale go ta wiadomość nie zdziwiła. Wyjaśnił mi, że Polskie Państwo Podziemne nie skodyfikowało wszystkich obszarów ówczesnego życia, a nawet jeśli odpowiednie przepisy istniały, to były czasem łamane i obchodzone. Do takich sytuacji należała zapewne ta historia. Przywiązanie do lokalnej tradycji i form przedwojennego życia okazało się ważniejsze od bieżącej sytuacji historycznej. Z lubelskich i warszawskich gadzinówek można dowiedzieć się, kto wygrał, jakie konie biegły i pod jakimi dżokejami. Trybuny dla Polaków i Niemców były osobne, co jednak nie przeszkadzało chyba we wspólnej zabawie.

W książce wiele razy zastanawiasz się nad powodem obojętności swej rodziny wobec losu ginących, otwarcie piszesz, że razem z tobą są odpowiedzialni za losy wszystkich zgładzonych w Polsce Żydów. Jak myślisz, jak książkę odbiorą twoi krewni?
Wydaje mi się, że perspektywa, którą w niej przyjęłam, będzie dla nich całkowicie nowa, bo nigdy w ten sposób nie patrzyli na przeszłość. Oczywiście, historię wojny w Polsce można napisać na rozmaite sposoby. Ja też mogłam nakreślić dzieje obu moich rodzin w zupełnie niezależny sposób – z jednej strony opisać rodzinę ojca i Zagładę, z drugiej zaś, bez związku z tą pierwszą – patriotyczne zaangażowanie przodków mamy. Bo, jak już wspominałam, nasza polska rodzina ma przecież mnóstwo chwalebnych kart w swojej przeszłości. Moi krewni walczyli w I wojnie światowej i w wojnie polsko-bolszewickiej, wyzwalali, a potem odbudowywali niepodległą Polskę. W czasie II wojny walczyli w AK (należeli do grupy „Uprawa”, która gromadziła ziemian i zaopatrywała partyzantów w prowiant) i powstaniu warszawskim, odbudowywali zniszczoną Warszawę, wychowali mnie w szczęściu i dostatku, na jaki było ich stać w PRL. Tak, mogłam opowiedzieć takie równoległe historie, ale co by z tego wynikało? Chyba tylko wrażenie, że toczyły się one w dwóch różnych krajach – w jednym z nich dokonała się zagłada Żydów, a w drugim, na jakiejś zupełnie innej planecie, bohaterscy ludzie walczyli o wolność i pracowali dla dobra ojczyzny. Wszyscy wiemy, że nie jest to prawdziwy obraz naszej historii. Moje dwie rodziny żyły obok siebie, na tej samej ziemi, ale z jakiejś przyczyny jedną dotknęła Zagłada, druga zaś w całości przeżyła.

Monika Sznajderman / fot. Radek PolakMonika Sznajderman / fot. Radek Polak

Pokazujesz, że były dwie różne okupacje, że Polacy i Żydzi, jak pisał Singer: „żyli razem osiemset lat, ale się nie zżyli” i nie dzielą losu ani pamięci.
Tak jest. W pewnym momencie zastanawiam się, czy gdzieś, na przykład przy drodze z Lublina do Warszawy, mogli się spotkać polski dziedzic, mój dziadek Zygmunt, i dwóch małych przerażonych żydowskich chłopców, czyli mój ojciec i jego młodszy brat, po śmierci matki w pogromie na dzisiejszej Ukrainie wracający do warszawskiego getta, w którym był ich ojciec. Nie mam jednak złudzeń i myślę, że nawet jeśliby się gdzieś minęli, toby się nie dostrzegli. Przeszliby koło siebie obojętnie, tak jak żyli obojętnie obok siebie przed wojną. To były osobne, nieprzenikające się światy. Żydzi byli dla moich polskich przodków obcym, egzotycznym narodem. Dla nich liczył się przede wszystkim ich ginący świat, ich krzywdy wojenne i powojenne. Bo w świecie ziemian też dokonała się katastrofa – wojna zmiotła dawne życie, ukochane majątki zostały znacjonalizowane i przepadły. Jakiś czas temu objechałam przedwojenne włości Lachertów, Ciświckich i Rojowskich – i rzeczywiście nic z nich dziś nie zostało, to ruiny, które we władanie wzięła przyroda, istne Macondo. Po wojnie dawni panowie i panie zostali upchnięci w małych blokowych klitkach, w których wieszali portrety przodków i szable na ścianach i przy stolikach do brydża wspominali dawne czasy. Można się z tego podśmiewać, ale niewątpliwie los polskiego ziemiaństwa to fascynująca historia, zasługująca na epicką opowieść. Ten temat wciąż czeka, aż ktoś się nim zajmie. Jednak trudno porównywać obie te zagłady: Żydów wymordowano, polscy panowie zaś co prawda stracili wiele w sferze tak materialnej, jak symbolicznej, ale, przynajmniej w przypadku moich krewnych, przeżyli. To wielka, wielka różnica.

Patrzenie w przeszłość przez podwójne okulary nie było łatwe i dużo mnie kosztowało. To, co odkryłam i co przemyślałam, godzi również w mój świat, w moje dzieciństwo, w osoby, które kocham. Starałam się nie uderzać w książce w ton oskarżycielski, choć pewnie się tego nie ustrzegłam. Raczej stawiam pytania, próbuję zrozumieć, próbuję wczuć się w atmosferę tamtych lat i myślenie polskich krewnych, choć ich niektóre poglądy są dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Staram się zrozumieć polską historię i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy byli w stanie zachować się inaczej. Przezwyciężyć niechęć, obojętność, przedwojenne polityczne poglądy… Zobaczyć Żydów jako ludzi cierpiących i potrzebujących pomocy, ludzi, którym należy okazać solidarność.

Czego się spodziewasz po tej książce?
Napisałam ją dla mojego ojca. Najważniejsze więc już się wydarzyło – rozmawiamy o przeszłości, którą ożywiłam na tyle, na ile potrafiłam i na ile było to możliwe, a mój ojciec jest szczęśliwy. Dziś ma już prawie dziewięćdziesiąt lat, ale wciąż jest w świetnej kondycji. Być może dlatego – śmiejemy się często – że od zawsze hołduje dwóm zasadom Winstona Churchilla: no sportsanytime is whisky time. Jako kardiolog zapewne wie, co mówi. Więc tak, zdążyłam. Mam nadzieję, że udało mi się w pewnym sensie odczarować to, że opowieść o jego rodzinie składała się dotąd tylko z faktów o kolejnych okrutnych śmierciach. W książce staram się przywołać żywych ludzi, przypomnieć mu jego bliskich, pokazać, że był dla nich ważny, i choć w taki sposób oddać mu tamten zniszczony świat. W czasie pisania sama szczególnie polubiłam moją babkę Amelię, kobietę o wielkim temperamencie, fantazji i sile charakteru, podobną – wydaje mi się – do mojej polskiej babki Marii. Obie miały dwoje dzieci i obie rozwiodły się z ich ojcami, co przed wojną nie było takie znowu powszechne, obie były eleganckie i utalentowane, obie miały kochające się duże rodziny i były silnymi osobowościami.

Książka urywa się w momencie, w którym na studiach medycznych poznają się twoi rodzice. W zakończeniu piszesz, że cichą, najważniejszą bohaterką tej historii jest twoja mama Małgorzata. Jej postaci nieco w książce brakuje, a przecież – jak piszesz – to dzięki niej połączyły się dwa obce światy i ta historia nie skończyła się źle.
Tak, mamy jest w książce mało i jest to mój świadomy zabieg. Jest jej mało, ale zajmuje w niej ważne miejsce. Książka obejmuje lata 1859–1959, jej ramy wyznacza rok, w którym urodzili się moi żydowscy pradziadkowie, oraz – sto lat później – rok mojego urodzenia. Nie chciałam pisać o relacji rodziców, bo to już inna historia, o której zresztą nie wiem zbyt wiele. Moment, w którym się spotkali, wydawał mi się dobry na zakończenie tej opowieści.

Nie możemy zmienić relacji polsko-żydowskich, ale możemy ocalać od zapomnienia historie, które mają szczęśliwe zakończenia. A za taką chciałabym uważać naszą. W którymś momencie wspominam, jak mój tata, wzruszony, zauważa, że w maju '45 roku był sam jak palec, a teraz odbudował rodzinę. Ma troje wnuków, troje prawnuków… czy to nie jest happy end? I stało się to dzięki mojej mamie. Czy nie jest małym cudem to, że mój ojciec Żyd leczył narodowe serce Zygmunta, kiedy ten wrócił schorowany z więzienia? I że babcia Maria – pod pewnymi względami w zabawny sposób przedwojenna rasistka – żyła pod jednym dachem z ocalałym Żydem? Babci na pewno na początku nie było z małżeństwem moich rodziców łatwo, ale je zaakceptowała i nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek robiła jakieś uwagi o pochodzeniu ojca. Pamiętam tylko to wieczne obsztorcowywanie go przy stole, ale taka już po prostu była.

Dlaczego zatytułowaś książkę „Fałszerze pieprzu”?
W 1942 roku, podczas trwania Wielkiej Akcji, w gadzinówkach umieszczano różne artykuły, które miały odwrócić uwagę warszawiaków od tego, co się dzieje za murami getta. W oficjalnej „Gazecie Żydowskiej” pisano m.in. o reglamentacji kitu, opiece nad dziećmi w getcie, życiu religijnym i o tym, jak walczyć z bezsennością. Wśród tych tekstów znalazłam między innymi ogłoszenie firmy Saturn, aby uważać na grasujących w mieście fałszerzy pieprzu, którzy sprzedają mielony sporek polny jako pieprz i firmują swój produkt właśnie ich marką. Gdy trafiłam na tę notkę, uświadomiłam sobie, że ta historia niezwykle pasuje do książki, bo pokazuje, w jaki sposób funkcjonowały dwie alternatywne rzeczywistości. Trwa Wielka Akcja, ale w gazetach ostrzega się przed zjedzeniem fałszywego pieprzu i tym samym narażeniem na straty materialne firmy Saturn. Fałszowanie pieprzu miało być dla warszawiaków ważniejsze niż wywożeni na Umschlagplatz Żydzi, miało przysłonić rozgrywającą się obok żydowską tragedię. Była okupacja i było ciężko, ale życie toczyło się dalej, tylko gdzieś obok mordowano Żydów. Fałszowanie pieprzu okazało się trafną metaforą.