Karl Ove obchodzi Barbórkę
Paweł Sokołowski, „Barbórka”

8 minut czytania

/ Sztuka

Karl Ove obchodzi Barbórkę

Bartosz Sadulski

Barbórka z węglowych bachanaliów zmienia się w inhumację, a starzy górnicy w uniwersalne symbole przemijania i narodowej dumy, która każe Polakom udawać, że zgliszcza pod ich stopami to zielona trawa raju, jakim jest ich kraj

Jeszcze 2 minuty czytania

„Nie żal mi kopalń, bo praca była ponad siły.
Żal mi ludzi”
Idzi G.

Węgiel, czyli skała osadowa powstała w wyniku gromadzenia się i późniejszego przeobrażenia szczątków roślinnych, pozostaje w krajach Europy Środkowej najważniejszym materiałem opałowym, co znaczy, że nadal w wielu gospodarstwach domowych w piecach pali się węglem. Do krajów tych zalicza się Polska, której prezydent, będący też naczelnikiem sił zbrojnych, powiedział twarzą w twarz górnikom, że węgiel jest kluczowym surowcem energetycznym i nie zastąpi go inna energia. Węgiel właściwie pozyskuje się w kopalniach; większość z nich powstała na terenie Górnego Śląska, zaopatrującego niegdyś w, jak mówią, „czarne złoto” niemiecką Rzeszę, po wojnie zaś oczka w głowie komunistycznych władz Polski, kraju między Rosją a Niemcami. Wiele kopalni zdążyło powstać i upaść także na terenie Dolnośląskiego Zagłębia Węglowego, kształtem przypominającego wielkie boisko piłkarskie o długości 60 km i szerokości do 33, a położonego w okolicach Wałbrzycha.

„Barbórka” to tradycyjne święto górnicze obchodzone co roku 4 grudnia w dniu Świętej Barbary – patronki dobrej śmierci i trudnej pracy. Co prawda praca górnika nie jest tak wymagająca jak praca pisarza, ale nie tylko od święta należy pochylić czoła przed mężczyznami wydobywającymi spod ziemi w nieludzkich warunkach węgiel, którym możemy opalać nasze mieszkania i domy – zwłaszcza jeśli nie są podłączone do miejskiej sieci ciepłowniczej, jak to się często zdarza w nieco opóźnionej względem Skandynawii Polsce – aby cieszyć się, jak to się mówi, ciepłem rodzinnego ogniska. Za ciepłe mieszkania Polacy płacą wysoką cenę, powietrze bowiem w tym pięknym kraju między Niemcami a Rosją należy do najbardziej zanieczyszczonych w Europie.

Numer 200

Z okazji 200. numeru postanowiliśmy nieco zamieszać: w tym wydaniu krytycy filmowi piszą o teatrze, a teatralni – o literaturze, autorzy związani z literaturą zajmują się sztuką, krytycy artystyczni – muzyką, a krytycy muzyczni – filmem. Czas na interdyscyplinarne odświeżenie!

Węgiel sam w sobie nie interesuje mnie wcale, nie zastanawiałem się nad nim nigdy, po prostu czasem paliłem nim w niewielkim piecyku w mojej pracowni. O wiele bardziej pociąga mnie niszczenie i upadek, to, co ukryte i tajemnicze, dlatego z zainteresowaniem pochyliłem się nad niewielką wystawą zdjęć Pawła Sokołowskiego „Barbórka”, eksponowaną w Muzeum Współczesnym we Wrocławiu, mieście niemieckim, któremu się wydaje, że jest Berlinem, a w Berlinie mieszka co najwyżej artysta, którego zdjęcia oglądałem. Zdjęcia, w przeciwieństwie do Thomasa Bernharda, lubię bardzo, od dziecka byłem fotogeniczny, a moją fotogeniczność spotęgowały lata intelektualnych dociekań, nadające mojej twarzy charakterystycznej dla Skandynawów surowości, ale też intelektualnej tajemniczości. Fotogeniczność starych górników jest jednak fotogenicznością nabytą poprzez lata ciężkiej pracy pod ziemią, przez lata wysiłku i strapień. Ich twarze są surowe i dumne, oni sami pozują w odświętnych mundurach czarnych jak węgiel, który wydobywają, żeby ich dzieci miały co jeść, a ich rodacy mieli ciepło w domach; o guzikach lśniących jak zęby ich żon, kiedy po szychcie wracają, jak to się mówi, cali i zdrowi do domów, familoków właściwie; o czapach wysokich jak kominy śląskich hut, w których przez lata palono wydobytym przez nich materiałem. Na tych fotografiach widzę ludzi dumnych i – mimo zamknięcia kopalń, na tle których pozują – niezłomnych, wiedzących podobnie jak ja, że na przyjemność trzeba zasłużyć pracą, i dających temu świadectwo w krótkich wypowiedziach towarzyszących zdjęciom. Ktoś pracował siedem lat w biedaszybach, ale nie narzekał. Dobrze pamiętam twarze mężczyzn, którzy wczesną jesienią zajeżdżali wysłużonym zielonym jak wiosna pod Tromso żukiem pod dom mojego ojca, oferując węgiel z tych, jak to się mówi, biedaszybów. Węgiel czasem okupiony śmiercią, zatem węgiel wyjątkowo cenny, i mój ojciec nigdy nie odmawiał zakupu tego węgla, chociaż jeszcze nie potrafił przecież przewidzieć, ile będzie trwała zima, chociaż zawsze trwała zbyt długo.

Paweł Sokołowski, „Barbórka”

Na czarno-białych fotografiach za stojącymi dumnie, niemal wrastającymi w ziemię mężczyznami, rozciągają się postindustrialne krajobrazy, wyglądające jak zbombardowane miasta, pośród których żyją ci ludzie ze zbombardowanymi marzeniami; krajobrazy i ludzie jednakowo są świadectwem upadku i niezbitym dowodem na przemijalność rzeczy. Bo wszystko, nawet węgiel, który czekał na górników o imionach takich, jak Idzi, Józef czy Kazimierz, miliony lat pod ziemią, się kończy, i kończy się wówczas jego wydobycie, a zatem też praca górników się kończy. Miewało to miejsce zupełnie nagle, z dnia na dzień ludzie tracili pracę, ich rodziny pewność dnia jutrzejszego, a oni sens życia, bo przecież podstawą życia każdego człowieka jest praca, a dopiero później przyjemność, co bynajmniej nie oznacza, że na ich twarzach maluje się zadowolenie. To umiłowanie pracy, postawienie jej na piedestale, kultywowanie wysiłku, łączy tych odważnych ludzi z nami, Skandynawami, którzy po zjedzeniu słodkiego jabłka jedzą też kosz, w którym leżały.

„Barbórka” to opowieść o końcu pewnego świata – świata, w którym męska solidarność i wzajemny szacunek równoważyły grozę codziennego wydobycia. Świat niebezpieczny, ale harmonijny, o klarownych strukturach, w którym smarkacz na dzień dobry nie mówił do wszystkich z grubej rury na ty, a w sztygarówce przesiadywało się dopiero po przepracowaniu 15 lat, jak się na tobie poznali; świat, w którym kopalnie patronowały domom kultury i klubom sportowym, a ten, kto otrzymał honorowy dyplom zasłużonego dla karczmy piwnej, czyli imprezy Barbórkowej o świeckim charakterze, jak na przykład Kazimierz Mirota, który w roli komika wystąpił po raz pierwszy w 1968 roku ze skeczem „Anatomiczna budowa człowieka a przydatność w górnictwie”, dożywotnio może wejść na każdą imprezę tego typu.

Paweł Sokołowski, „Barbórka”

Kurator: Bartek Lis, Muzeum Współczesne we Wrocławiu, do 30 stycznia 2017

Ten przednowoczesny świat był zorganizowany wedle zrozumiałych reguł, i tak, jak górnicy wydobywali węgiel na światło dzienne, tak samo za pomocą światła i magicznego procesu fotografowania Sokołowski wydobywa ich lęki, daje twarz i głos rozpaczy, wyciąga rękę w geście zaproszenia na wałbrzyskie pustostany, aby przyjrzeć się ostatecznej likwidacji XIX wieku. Wiemy, że gdzieś za granicami industrialnych terenów toczy się inne życie, na powierzchni ziemi ludzie wbijają zęby w miękkie skórki jabłek i przesiadują w kawiarniach na miękkich sofach, dzieląc się z przyjaciółmi swoimi strapieniami, tymczasem wałbrzyscy górnicy są zatrzymani w czasie, dosłownie i w przenośni, są zapomniani i niepotrzebni, ale rozpalają w sercu nadzieję, że nawet w obliczu katastrofy można zachować honor i dumę. Sama Barbórka ze święta radosnego, z węglowych bachanaliów, zmienia się jednak w inhumację, a starzy górnicy w uniwersalne symbole przemijania i narodowej dumy, która każe Polakom udawać, że zgliszcza pod ich stopami to zielona trawa raju, jakim jest ich kraj.

To wszystko jest piękne w sposób dużo głębszy niż czysto wizualny, bo ziemia pod stopami górników pachnie zgnilizną i ciemnością, jest pełna biegających chrząszczy i wijących się w konwulsjach robaków, łodygi kwiatów wyrosłych na terenach pokopalnianych są soczyste, korony wypełnione po brzegi zapachami, a powietrze, zimne i ostre, ciepłe i wilgotne, prześwietlone promieniami słonecznymi lub przesiąknięte deszczem, otula przywykłą do życia pod dachem skórę kompresem obecności.