Postprawda w żyznej bańce wyrasta
valeriy osipov CC BY 2.0

12 minut czytania

/ Media

Postprawda w żyznej bańce wyrasta

Jarosław Kopeć

Po co sprawdzać, czy coś jest prawdziwe, skoro według opisu na Facebooku jest i oglądają to miliony ludzi?

Jeszcze 3 minuty czytania

Pięć lat temu Eli Parisier, przedsiębiorca i aktywista internetowy, dolał potężną łyżkę dziegciu do dzbana entuzjastycznych opinii na temat zbawiennego wpływu nowych mediów cyfrowych. W swojej książce i pewnie jeszcze popularniejszym wystąpieniu na TEDzie przekonywał, że w internecie istnieją „bańki filtracyjne” (ang. filter bubbles) – zamknięte enklawy, w których ludzie o podobnych poglądach spędzają razem czas niemal zupełnie bez kontaktu z kimkolwiek z zewnątrz.

Bańki szczególnie mocno utrzymywane są przez wyszukiwarki internetowe i portale społecznościowe, czyli przez takie usługi, w których treść przekazywanych komunikatów jest algorytmicznie dopasowywana do odbiorcy. W wyszukiwarce internetowej może chodzić o wyniki na poszczególne zapytania czy podpowiadane hasła. Przykładowo mi Google Search do zapytania „rewolucja” proponuje dopiski „pizzeria”, „kraków”, „film” i „definicja”, a mojej żonie: „przemysłowa”, „francuska”, „UK”. Choć łączymy się z tego samego mieszkania. Od razu widać, co kogo bardziej interesuje.

Prawdziwym poligonem baniek filtracyjnych są jednak portale społecznościowe, które jednocześnie według wielu analiz (w tym badań Pew Research Center czy Reuters Institute na Uniwersytecie Oksfordzkim) są jednym z najważniejszych źródeł wiedzy na temat wydarzeń na świecie. Jeśli natomiast portale społecznościowe są naszym głównym źródłem wiedzy, a jednocześnie wiemy, że ich algorytmy, przy pomocy gromadzonych na nasz temat danych, wpychają nas usilnie w bańki filtracyjne, oznacza to, że dowiadujemy się o świecie przede wszystkim tego, czego chcemy się dowiadywać. A że preferujemy informacje, które potwierdzają nasze uprzednie przekonania (ze względu na błąd logiczny nazywany „błędem konfirmacji”, ang. confirmation bias), szybko trafiamy do baniek-mikrokosmosów, w których wszystko – ludzie i algorytmy – usilnie starają się utwierdzać nas w uprzednich zapatrywaniach.

Ten wniosek może stanowić przynajmniej częściową odpowiedź na pytanie o źródła radykalizacji polityki w ostatnim czasie. Jeśli bowiem bańki izolują nas od ideologicznych adwersarzy, możemy coraz słabiej widzieć mankamenty własnych rozumowań i utwierdzać się w przekonaniach o własnej nieomylności.

Dziś jednak, kiedy obserwujemy gwałtowne zmiany w polityce państw Europy i Ameryki Północnej, kiedy zawrotną karierę robi termin „postprawdy”, a o najwyższe miejsce na podium wrogów publicznych populistyczny demagog zdaje się rywalizować na równi z figurą fundamentalistycznego terrorysty, wydaje się, że skutki istnienia baniek sięgnęły jeszcze dalej. Że w niektórych zamkniętych bańkach rozwijają się nie tylko odmienne obiegi informacji, ale i odmienne sposoby myślenia, przede wszystkim zaś różne kultury prawdy. To, co jest wyznacznikiem prawdy w jednej bańce, w drugiej może być zupełnie nieistotne. Takie pęknięcia społeczeństwa mogą mieć konsekwencje, na przykład w postaci wybrania na prezydenta poważnego zachodniego państwa seryjnego kłamcy.

Paradygmat postprawdy

Gdyby współczesne narodziny postprawdy analizował Thomas Kuhn, amerykański fizyk oraz historyk i filozof nauki, pewnie powiedziałby, że mamy do czynienia z rewolucją w myśleniu potocznym.

Kuhn badał strukturę rewolucji naukowych. Zastanawiał się, jak działa mechanizm przechodzenia pomiędzy ogólnymi modelami myślenia o przyrodzie. Analizował m.in. przewrót kopernikański. Doszedł do wniosku, że społeczności naukowe potrzebują paradygmatów, czyli dość ogólnych przekonań dotyczących tego, w jaki sposób działa świat i jak można badać i wyjaśniać zjawiska naturalne. Kiedy jednak w historii przyrastała liczba zjawisk, których obowiązującym modelem wyjaśnić się nie udawało, dochodziło niekiedy do rewolucji. Wówczas stary paradygmat upadał, a z szumu kontrpropozycji wyłaniał się nowy. Niekoniecznie jednak wszyscy przedstawiciele danej dziedziny badawczej od razu aprobowali nowy paradygmat. Okazało się, że nauka może się rozgałęziać i całymi dekadami rozwijać się po równoległych wektorach. Albo i dłużej.

Nawet współcześnie nauki społeczne miewają zupełnie odmienne procedury ustalania, co jest prawdą. Socjolog ilościowy pracujący na wynikach badań sondażowych uzna za fakt coś innego niż antropolog kulturowy albo psycholog. Każda z tych dyscyplin posługuje się jakąś formą metody naukowej, ale bywa ona rozumiana odmiennie w zależności nie tylko od dziedziny wiedzy, ale i od podziałów wewnątrz tej dziedziny. Tyle że przywykliśmy do tego, że metodologiczne spory pomiędzy przedstawicielami odrębnych dyscyplin nie mają zastosowania, gdy mówimy o prostych faktach. Socjolog i psycholog, pomimo głębokich różnic pomiędzy metodami ich pracy, raczej nie pokłócą się o to, czy dany cytat z wypowiedzi polityka jest prawdziwy. Postprawda jest kryzysem na tym właśnie elementarnym poziomie.

Dobrze pokazuje to przykład pewnej wypowiedzi Hillary Clinton, którą „cytował” portal TheRightist.com: „Chętnie zobaczyłabym ludzi takich jak Donald Trump ubiegających się o urząd; są uczciwi i nie można ich kupić”. W ciągu tygodnia post linkujący do tekstu przytaczającego ten cytat zebrał prawie pół miliona udostępnień, reakcji i komentarzy. Tymczasem okazało się, że wówczas kandydatka na prezydentkę powiedziała coś innego. Podczas przemówienia na zaproszenie Goldman Sachs, do którego nawiązywali autorzy kłamliwego tekstu, Clinton mówiła, że byłaby zadowolona, gdyby więcej biznesmenów, którzy odnieśli sukces, wchodziło do polityki. Ani słowem nie wspomniała jednak o Trumpie. Ale cóż można na to poradzić, skoro treść zmodyfikowanego doniesienia skłoniła prawie pół miliona ludzi, by zareagowali na jego treść (albo chociaż nagłówek) na portalach społecznościowych i napędzili fałszywce popularności? Recepcja tego fałszywego artykułu wydaje się tym bardziej zaskakująca, że portal TheRightist.com sam przyznaje się w odpowiedniku rubryki „O nas”, że publikuje wieści „hybrydyczne” – częściowo prawdziwe, częściowo… satyryczne, a więc potencjalnie zmyślone. Wydaje się więc, że przynajmniej część przekazujących ten fałszywy nagłówek dalej wiedziała, że ma do czynienia z fałszywką.

Dziennikarze serwisu BuzzFeed odkryli, że jednym z głównych dostawców fałszywych newsów na rynek amerykański są przedsiębiorcy, którzy w macedońskim Veles prowadzą liczne portale internetowe adresowane do wyborców Donalda Trumpa. Wydawcy przyznali, że produkują treści rezonujące u tej części publiczności dla wymiernego zysku, który pozwala podreperować sytuację ekonomiczną w ubogim regionie Europy. Mówią, że próbowali działać podobnie po drugiej stronie politycznego spektrum USA, ale tam nie przynosiło to oczekiwanych rezultatów.

„The Guardian” przytacza serię innych fałszywek, które krążyły po Facebooku. Jedne mówiły o tym, że Trumpa poparł sam papież. Inne, że Hillary Clinton kupiła nielegalną broń wartą ponad sto milionów dolarów i, wraz z mężem, wart dwieście milionów dolarów dom na Malediwach.

Podobnych fałszywek nie brakowało też poza kontekstem amerykańskich wyborów. Stronnicy Brexitu w Wielkiej Brytanii rozpowszechniali informację, że wystąpienie z Unii Europejskiej zaoszczędzi państwu 350 milionów funtów. Z czego wycofali się zaraz po referendum.

Kiedy indziej 17–27 milionów ludzi oglądało na Facebooku filmiki opisywane jako przekazywane na żywo z amerykańskiej stacji kosmicznej. Okazało się, że jedno z nich było archiwalnym nagraniem, faktycznie przedstawiającym amerykańskich astronautów. Drugie też było prawdziwe, ale ponad dziesięć lat starsze i przedstawiało nie Amerykanów, lecz Rosjan. Użytkowników, gromadzących się milionami przed ekranami, by oglądać ten niesamowity przekaz „na żywo”, nie zniechęcały ani komentarze wykazujące, że to fałszywka, ani fakt, że na stronie NASA nie było żadnej wzmianki na temat tej transmisji. Bo po co sprawdzać, czy coś jest prawdziwe, skoro według opisu na Facebooku jest i oglądają to miliony ludzi?

Te i inne fałszywki, za sprawą baniek filtracyjnych, roznoszą się nierównomiernie. W jednych bąblach przyjmują się doskonale i zbierają kolejne kliknięcia, do innych albo nie docierają wcale, albo trafiają na mniej podatny grunt i szybko więdną. Część użytkowników powiela takie informacje, nie zadając sobie pytań o procedury weryfikowania informacji serwisu przytaczającego podobne fakty, inni zaś ignorują je, pewnie niekiedy rozpoznając po samym adresie URL, że nie warto poświęcać temu czy innemu nagłówkowi uwagi.

Podobnie bywa także w przypadkach innych baniek filtracyjnych, niekoniecznie bezpośrednio związanych z konkretnymi partiami politycznymi. Gdy w bańce zwolenników szczepienia dzieci przywołuje się wyniki badań prowadzonych zgodnie z regułami metody naukowej, wśród antyszczepionkowców (zwanych niekiedy przez swoich adwersarzy proepidemistami) dowód polegający na przytoczeniu metaanalizy opublikowanej w prestiżowym piśmie naukowym nie jest nic wart. O ile tego rodzaju argumentacja w ogóle dotrze do antyszczepionkowców, nie zatrzymując się po drodze na ścianie bąbla. Gdy chodziło będzie o bańki, w których zgodnie neguje się ludzki udział w globalnym ociepleniu czy fantazjuje na temat skali imigracji uchodźców wojennych z Syrii, pewnie będzie podobnie.

I tak obudziliśmy się w świecie, w którym ludzie żyją w informacyjnych bańkach, w których to bańkach rozwijają się nie tylko odmienne kompleksy wiedzy o świecie, ale i odmienne sposoby odsiewania prawdy od kłamstwa. W jednych dominuje zaufanie do ekspertów, w innych ekspertów albo nie słychać wcale, bo nie mają jak przebić się przez ściany baniek, albo nie należy im wierzyć. Czy to dlatego, że nie rozumie się ich wypowiedzi, czy dlatego, że są częścią skompromitowanego establishmentu.

Wracając na chwilę do Thomasa Kuhna, moglibyśmy wyobrazić sobie, że z perspektywy „postprawdystów”, wypowiedzi „prawdystów” mogą jawić się jak słowa skompromitowanych geocentrystów widzianych oczami tych, do których już dotarło, że Ziemia kręci się wokół Słońca, a nie na odwrót.

Tak daleko posuniętej konsekwencji funkcjonowania baniek informacyjnych chyba nie przewidywaliśmy.

Dać algorytmom władzę nad wiedzą

Obecna sytuacja jest o tyle bezprecedensowa, że kontrowersja prawdystyczno-postprawdystyczna rozgrywa się nie tylko za sprawą skonfliktowanych stronnictw, rywalizujących fantazmatów i głęboko zakorzenionych uprzedzeń, ale też za sprawą algorytmów i wykonujących je cyfrowych maszyn. Polegamy na komputerach, gdy chcemy czegoś posłuchać, ale nie wiemy czego dokładnie (Spotify, Tidal, Deezer), albo gdy chcemy coś obejrzeć (Netflix, YouTube). I także wtedy, gdy chcemy się czegoś dowiedzieć, ale nie chcemy sami odnajdować odpowiednich źródeł.

Zarządca najważniejszego, obok Google Search, gracza w algorytmicznej dystrybucji informacji, czyli Mark Zuckerberg, przyznał, że zależy mu na uporaniu się z fałszywkami rozpowszechnianymi za pomocą jego serwisu – Facebooka. John Naughton w swoim tekście dla „Guardiana” argumentuje, że Zuckerberg nie zajmie się tym na poważnie, a w każdym razie nie będzie się tym głośno chwalił, bo oznaczałoby to przyznanie, że Facebook jest wydawcą prasowym, a nie tylko neutralnym produktem technologicznym. W kolejnym kroku należałoby więc uznać, że ponosi jakąś wydawniczą odpowiedzialność za treści dystrybuowane na portalu. I, choć o tym już Naughton nie wspomina, że być może, objąwszy tę rolę, Facebook powinien dzielić się zyskami z tymi, których materiały „przedrukowuje”.

Bez wątpienia Facebook i inne media algorytmiczne stanowią ważny komponent współczesnej rzeczywistości. Teraz za ich pośrednictwem docierają do nas informacje między innymi na temat protestów wokół Sejmu, wydarzeń w syryjskim Aleppo i poczynań amerykańskiego prezydenta elekta. I jeśli chcemy, by społeczna debata na wszystkie te tematy była zdrowa, musimy też kontrolować poczynania informacyjnych gigantów z Doliny Krzemowej. Choć nie wiadomo, czy już wyrządzone szkody da się kiedyś naprawić.