Na uroczystość włożyłem rolki

15 minut czytania

/ Sztuka

Na uroczystość włożyłem rolki

Rozmowa z Robertem Koniecznym

Doszło do wielkiego skandalu, kiedy odbyły się pierwsze obchody i uczestnicy nie potrafili się ustawić, a wojsko nie umiało po pochyłym placu maszerować. Dziś już nie ma tego problemu. To miejsce żyje i tworzy się nowa historia – czarny protest w Szczecinie miał finał właśnie na placu Solidarności

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie, które pan projektował, niedawno zdobyło tytuł Najlepszego Budynku Świata 2016 w międzynarodowym konkursie World Architecture Festival. W uzasadnieniu jury napisało: Jest to projekt, który odnosi się do przeszłości w sposób optymistyczny, poetycki i pełen wyobraźni. Jednocześnie zaznaczyło, że przeszłość tego miejsca jest niezwykle skomplikowana.
ROBERT KONIECZNY: Plac Solidarności w Szczecinie to wyjątkowe ze względów historycznych miejsce. Przed II wojną światową stał tu kwartał kamienic, które zostały zburzone w wyniku bombardowań alianckich. Kiedy Szczecin po wojnie wszedł w granice Polski, nie odbudowano ich i powstała wyrwa w tkance miasta, przypadkowy plac. Przez lata szczecinianie zdążyli się do niego przyzwyczaić. W 1970 roku doszło tu do zamieszek, gdzie w walkach z milicją zginęło 16 osób. Od tego czasu plac Solidarności stał się miejscem pamięci tamtych wydarzeń. 

W jaki sposób historia placu wpłynęła na wasz projekt?
Postanowiliśmy w projekcie połączyć dwie sprzeczne tradycje tego miejsca, przedwojenny kwartał i powojenny plac. Konkurs na projekt pierwotnie nie obejmował całej przestrzeni placu Solidarności. Ale uznaliśmy, że mamy mocny pomysł, dzięki któremu to miejsce zostanie uporządkowane w sensie urbanistycznym. Dlatego warto było złamać założenia konkursowe. Na szczęście jury podzieliło nasz pogląd. W efekcie powstała hybryda urbanistyczna, która domyka przestrzeń niczym kwartał, zachowując jednocześnie walory otwartego placu miejskiego.

Muzeum powstało nieopodal filharmonii, budynku, który w 2015 otrzymał prestiżową architektoniczną nagrodę im. Miesa van der Rohe. Czy filharmonia okazała się trudnym sąsiadem?
Projektowanie obok takiego obiektu było wielkim wyzwaniem. Wiedzieliśmy, że będzie to wspaniały budynek hiszpańsko-włoskiego duetu architektonicznego – Fabrizio Barozzi i Alberto Veiga.  Już na etapie projektu widać było jego mocną formę. Spodziewaliśmy się, że może stać się ikoną miasta. Postanowiliśmy z nim nie walczyć i zejść z naszym projektem na drugi plan.

Robert Konieczny

ur. w 1969 w Katowicach, architekt, szef biura KWK Promes. W 2012 roku został niezależnym ekspertem Fundacji Miesa von der Rohe. Pracownia w 2006 roku otrzymała prestiżową nagrodę House of the Year (Dom Roku) za projekt Domu Atrialnego, zwyciężając w konkursie portalu World Architecture News na najlepszy dom mieszkalny na świecie. Konieczny był dziesięciokrotnie nominowany do Europejskiej Nagrody Fundacji Miesa van der Rohe. W 2016 roku Muzeum Narodowe – Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie zdobyło pierwszą nagrodę, uzyskując tytuł Najlepszej Przestrzeni Publicznej Europy w konkursie European Prize for Urban Public Space. Najnowszym wyróżnieniem dla projektanta jest nagroda za Najlepszy Budynek Świata 2016, jaką otrzymał ten sam projekt w międzynarodowym konkursie World Architecture Festival. Nagroda ta pierwszy raz w historii trafiła do Polski.

Trzeba pokory, żeby dać pole do popisu innemu architektowi, a samemu zejść na drugi plan.
Odsunięcie się w cień nigdy nie jest łatwe dla architekta, bo każdy chce pokazać pełnię swoich możliwości. Analiza tego miejsca doprowadziła nas jednak do wniosków, że przed wyrazistym budynkiem filharmonii i kościołem, który jest jedną ze starszych budowli w Szczecinie, potrzebne jest przedpole. Dlatego w tych miejscach postanowiliśmy pozostać na poziomie dawnego placu. Tam gdzie mogliśmy zaznaczyć dawny kwartał, plac łagodnie się wypiętrza i powstają dwa wzniesienia. Pod jednym jest ukryte muzeum, a drugie rozgranicza plac od ruchu ulicznego. Ekspozycja mieści się pod ziemią. Dzięki temu nasze muzeum nie zasłania filharmonii. Pamiętam, że na etapie projektowania umieściliśmy latarnie od strony filharmonii, ale przyjrzałem się temu i zauważyłem, że ściana światła przysłoni filharmonię od strony Centrum Dialogu Przełomy. Udało się naprawić ten błąd.

Umie pan przyznawać się do błędów?
Nie popełnia ich ten, kto nic nie robi. Przeniesienie oświetlenia na drugą stronę placu zajęło nam jednak kilka tygodni, napisaliśmy w tym czasie dziesiątki pism. Biurokracja w Polsce  jest przeolbrzymią machiną. To nie są wyłącznie moje doświadczenia. Architekci z Estudio Barozzi Veiga podczas którejś z rozmów powiedzieli nam, że to była ich pierwsza tak trudna inwestycja. Budowa filharmonii zatrzymała się na długie tygodnie, ponieważ w Polsce, jeśli w projekcie wpisany jest dany kolor, to potem niezwykle trudno to zmienić. W ten sposób można budować hale magazynowe czy sklepy wielkopowierzchniowe, ale nie obiekty, które mają być architektonicznymi wizytówkami. A Hiszpanie założyli, że będą mogli niektóre decyzje podejmować w trakcie realizacji filharmonii, pracując na konkretnym obiekcie. Toniemy w biurokracji na każdym kroku.  Architekt prowadzący budowę Przełomów prawie zrezygnował z pracy w połowie inwestycji. Zamiast projektować, pisał pisma, mieliśmy ich całą szafę.

Od kiedy istnieją Przełomy, plac Solidarności rozszerzył swoje przeznaczenie i stał się miejscem nie tylko oficjalnych uroczystości, ale też spotkań młodzieży oraz mieszkańców miasta.
Jak tylko powstała bryła budynku, zanim jeszcze wykończono wnętrze, zaczęli przychodzić tu ludzie na rolkach, na rowerach, zimą dzieciaki zjeżdżały na sankach. Takim formom aktywności sprzyja konstrukcja dachu muzeum, która jest jednocześnie pochyłym placem. My, architekci, nie mieliśmy nic przeciwko temu, ale miasto było przyzwyczajone, że to miejsce kultu i wydarzeń rocznicowych. W pewnym sensie był to dla nich cmentarz, ponieważ polegli tam ludzie. Można powiedzieć, że nasz projekt trochę odczarował to miejsce.

Plac Solidarności, przed i po wojnie. Zdjęcia archiwalne.Plac Solidarności, Szczecin, przed i po wojnie. Zdjęcia archiwalne/KWK Promes

Ale nie obyło się bez protestów i zarzutów o profanację miejsca pamięci.
Od początku się z tym nie zgadzaliśmy. Uważaliśmy, że plac powinien służyć każdemu; łączyć, a nie dzielić pokolenia i różne grupy społeczne. Argumentowaliśmy osobom, które uczestniczyły w tamtych tragicznych wydarzeniach, że skoro walczyli o wolność, to niech pozwolą cieszyć się nią dzieciom i wnukom. To nie były łatwe rozmowy. Największy problem był ze skejtami. Mediowaliśmy 2 lata, żeby mogli zjeżdżać z dachu na rolkach.

W lipcu Przełomy dostały nagrodę za najlepszą przestrzeń publiczną w Europie (European Prize for Urban Puublic Space 2016). Jury podkreślało, że mieszkańcy mogą poznawać tu trudną historię miasta, a jednocześnie jest to miejsce ich codziennej aktywności. Pomyślałem, że ta statuetka nie jest nam potrzebna w biurze. Postanowiliśmy podarować ją muzeum i szczecinianom. Marszałek wpadł na pomysł, żeby zrobić galę przekazania jej na placu muzealnym. Solidaryzując się z młodzieżą, na uroczystość włożyłem rolki. Przyjechałem tam noc wcześniej i żeby nie dać plamy, do 3 rano trenowałem zjeżdżanie po pochyłej powierzchni. Tego dnia marszałek ogłosił, że właśnie zmienił się regulamin i już legalnie można jeździć na rolkach. W którymś z wywiadów szef szczecińskiej Solidarności potwierdził, że jest dobrze i młodzi mogą korzystać z tego miejsca.  Dzieciaki chętnie spędzają tam czas, czasami rysują plac kredą. Podczas prezentacji na Światowym Festiwalu Architektury w Berlinie, gdzie dostaliśmy główną nagrodę, pokazaliśmy zdjęcie, kiedy deszcz spływając z placu zmywa to, co było i znowu robi się miejsce na nowe rysunki.

A potem okazało się, że podczas uroczystości pochyły plac nie jest łatwy w użytkowaniu.
Delikatnie mówiąc. W rzeczywistości doszło do wielkiego skandalu, kiedy odbyły się pierwsze uroczystości i uczestnicy nie potrafili się ustawić, a wojsko nie umiało po pochyłym placu maszerować. Musieliśmy tłumaczyć, że ta przestrzeń daje takie możliwości jak amfiteatr. Dziś już nie ma tego problemu. Odbywa się tu wiele imprez, np. koncerty, co kiedyś było nie do pomyślenia. To miejsce żyje i tworzy się nowa historia – czarny prostest miał finał właśnie na placu Solidarności.

Muzeum to nie tylko bryła, ale też ciekawy pomysł na zagospodarowanie wnętrza.
Wejścia do muzeum ukryte są za ruchomymi, wielkimi, obrotowymi ścianami. Po zamknięciu dają wrażenie monolitu. Zależało nam na tym, żeby była to czysta forma, wręcz doprowadzona do pewnego abstraktu architektonicznego. Kiedy wchodzi się do środka, to monolityczny charakter budynku kontynuują wnętrza, ponieważ płyty betonowe są użyte również w środku. Pomieszczenia ekspozycyjne w podziemiu są czarne, a czerń daje wrażenie nieskończoności. Obiekty na tym tle mają szansę zaistnieć. Znowu architektura schodzi na dalszy plan, oddając pole sztuce.

Plac Solidarności, Przełomy / KWK Promes

Skąd pomysł, żeby przestrzeń muzeum historycznego oddać artystom współczesnym?
Pracownia, która pierwotnie wygrała konkurs na ekspozycję, zaproponowała typową dla muzeów historycznych scenografię. W Polsce większość z nich jest upstrzonych eksponatami, które tylko udają przeszłość. Przy samym wejściu miały stać kukły dwóch żołnierzy – radzieckiego i niemieckiego w pełnym umundurowaniu. Kukiełki miały mrugać oczami i wodzić za publicznością wzrokiem. Poza tym zaplanowano wybuchy, dym, parę, słomę, zasieki i kiosk z epoki. To archaiczne myślenie o ekspozycji muzealnej nas architektów trochę przeraziło.
Postanowiłem coś z tym zrobić i poprosiłem projektantów oraz dyrekcję muzeum o spotkanie. Pojechaliśmy do Szczecina i tam doszło do burzy mózgów, w wyniku której odrzuciliśmy całą scenografię. Pojawił się pomysł, by zastąpić ją sztuką, która w niedosłowny sposób będzie dopowiadać historię.
Ostatecznie  połączyliśmy siły, zapraszając też do współpracy dodatkowe osoby.  Obecny  kształt ekspozycji  jest dużą zasługą Piotrka Wysockiego odpowiedzialnego za sprawy artystyczne i Romka Kaczmarczyka, który  zajmował się  informacją wizualną. Początkowo dyrekcja muzeum chciała, żeby koncepcję zaproszenia do współpracy artystów współczesnych pokazać na jakimś przykładzie muzeum historycznego, które już takie rozwiązania wprowadziło. Nie mogliśmy spełnić tej prośby, bo takiego muzeum na świecie nie ma. Przecieraliśmy szlaki, ze wszystkimi konsekwencjami tej decyzji. W końcu dyrekcja nam zaufała i dała wolną rękę. Piotrek Wysocki zaprosił do współpracy artystów, którzy opowiadają o tamtych czasach w sposób niezwykle ciekawy. Znalazły się tam m.in. prace: Tomasza Mroza, Roberta Kuśmirowskiego, Kobasa Laksy, Huberta Czerepoka. Ale pojawiły się tam również dzieła znakomitych polskich artystów tworzących w okresach, które są już historią i tym czasom są dedykowane. Muzeum łączy dwa pozornie osobne światy: historii i sztuki, co moim zdaniem zwiększa krąg odbiorców.
Myślę, że sukces tego miejsca polega na tym, że udało nam się stworzyć świetny zespół nie tylko architektów, ale też kuratorów, artystów i projektantów. Nie była to sytuacja, w której swoje zadanie kończą architekci, a wtedy wchodzą projektanci ekspozycji i kuratorzy. Praca polegała na ciągłej współpracy całego zespołu, do samego końca, ponieważ bryła i ekspozycja to spójna całość. Ten system pracy nie wynikał z obowiązujących zasad, ale ze złamania tych zasad. Poszliśmy pod prąd i dało to świetne wyniki. Dlatego podkreślam, że to nasz wspólny sukces. Nagrody najlepszego budynku kultury i najlepszego budynku na świecie 2016, a wcześniej najlepszej przestrzeni publicznej w Europie  potwierdzają, że poszliśmy w dobrym kierunku.

Plac Solidarności w Szczecinie to najbardziej utytułowane miejsce w Polsce, jeśli chodzi o nagrody architektoniczne.
Co więcej, Szczecin stał się wyjątkowym miejscem w skali świata. Mam nadzieję, że zadziała tzw. efekt Bilbao, kiedy architektura napędza całe miasto, bo rozwija się turystyka, a co za tym idzie gastronomia i generalnie lokalny biznes.  Kosztowało to nas wszystkich wiele determinacji, ale dziś nasza rola się kończy, wszystko leży w rękach władz miasta, od nich zależy, na ile ten potencjał wykorzystają.

Przełomy, Plac Solidarności, Szczecin / KWK PromesPrzełomy, Plac Solidarności, Szczecin / KWK Promes

Nagroda za najlepszy budynek na świecie powędrowała do kraju, który jest dość chaotyczny architektonicznie.  Czy to nie paradoks?
Nagrody to nie wynik tego, że w Polsce dbamy o przestrzeń, mamy dobre procedury przetargów czy nadzór architektoniczny. Przeciwnie, tylko nasza olbrzymia determinacja spowodowała, że to wszystko się udało. Generalnie mamy piękny kraj zniszczony złą architekturą i urbanistyką. Polska rzeczywistość to chaos przestrzenny i dużo bardzo słabej architektury. A przecież błędów, które dziś popełniamy, nie da się szybko wytrzeć gumką, będziemy musieli żyć z nimi całe dziesięciolecia.

Jakie są przyczyny tej sytuacji?
Moim zdaniem to konsekwencja braku edukacji i świadomości społecznej. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że przestrzeń publiczna jest ważna, że przekłada się na jakość życia, sprawne działanie, przemieszczanie się, relaks; że może wyglądać lepiej, być bardziej przyjazna i komfortowa. Mówienie o ładzie przestrzennym w Polsce to praca u podstaw. Podjął się jej m.in. Filip Springer. Ale jeden, nawet świetny pisarz, to za mało. Potrzebna jest edukacja na większą skalę. Powinniśmy o architekturze i urbanistyce mówić w mediach i szkołach. Jeśli w społeczeństwie obudzi się świadomość urbanistyczna, zacznie dopominać się dobrych rozwiązań.

Może potrzebne są też odpowiednie regulacje prawne?
Żeby wprowadzać rozwiązania prawne musimy mieć zaplecze ludzi, którzy wiedzą, czym jest dobra urbanistyka i architektura. W Polsce wciąż wygrywają projekty najtańsze, a nie najlepsze. Często ceny schodzą poniżej rozsądnego minimum. Kończy się na tym, że powstają byle jakie budynki, z byle czego. O przestrzeni trzeba dyskutować i patrzeć na nią realnie, a nie zza urzędniczego biurka. Samymi przepisami nie rozwiążemy problemów. Potrzeba nam świadomości społecznej i zdrowego rozsądku. 

Bunkier Sztuki, Kraków, projekt przebudowy KWK Promoes

Teraz pracuje pan nad kolejnym ważnym dla kultury budynkiem – przebudową Bunkra Sztuki w Krakowie. Jak się zmieni, po waszej ingerencji?
Tym razem pracujemy na budynku, który już istnieje, to stwarza pewne ograniczenia, a z drugiej strony daje wiele punktów zaczepienia. Gmach Bunkra traktujemy jak zabytek. Chcemy działać delikatnie i z dużym namysłem. Pomysł polega na tym, żeby nadbudowę zrobić pod ziemią, nie ingerując za bardzo w samą bryłę obiektu. Klatka schodowa będzie łączyła wszystkie kondygnacje. Nowa część stanie się jakby mechanicznym pudłem do robienia sztuki. Ruchome stropy i otwierany dach dadzą nowe perspektywy na ekspozycję sztuki współczesnej.  Myślę, że jeśli damy artystom nowe możliwości, to oni wykorzystają je w sposób genialny.

Znowu jest to projekt trudny społecznie. Kontrowersje wzbudziły informacje o likwidacji kawiarni.
Bunkier Cafe nie zostanie zlikwidowany. Wiemy, że krakowianie są do niego przywiązani. Kawiarnię przeniesiemy do środka, a w ciepłe dni będzie działała przed budynkiem. Zakładamy, że sztuka jest ważna, ale chcemy też zachować ducha galerii. Bardzo ostrożnie podchodzimy do tego miejsca. Przestrzeń nade wszystko.

Często powtarza pan, że najważniejszą rzeczą w projektowaniu jest myślenie o przestrzeni.
Czasami powtarzam też, że ważniejsze jest to, co między ścianami niż same ściany. Przestrzeń nie jest tylko architekturą, ale też historią, która się wydarza poza murami.