Powidoki
Jimmy Robert, Performans Descendances du nu (Schodzący akt), foto: O.H.Dancy, centre d'art contemporain - la synagogue de Delme, 2016

21 minut czytania

/ Sztuka

Powidoki

Stach Szabłowski

Z perspektywy drogi wiodącej przez miasto łódzkie Muzeum Sztuki jawi się jak twór z równoległego, kosmicznego wymiaru. To trochę jak ze Strzemińskim w filmie Wajdy, który spekuluje na temat „Teorii widzenia” i równolegle nie widzi, że nie ma co włożyć do garnka

Jeszcze 5 minut czytania

Nie ma to jednak jak dobre powidoki. Weźmy choćby „Powidoki” Andrzeja Wajdy. Dzięki „Powidokom” zobaczyłem w nowym świetle łódzkie Muzeum Sztuki.

Jest w tym grającym ostro na emocjach widza melodramacie scena, w której stalinowcy likwidują Salę Neoplastyczną. Scena naprawdę poruszająca; zrozumiałem dzięki niej trochę lepiej, dlaczego tyle osób tak się trzęsie nad tą salą, Strzemińskim, awangardą. Dlaczego Muzeum tak to dziedzictwo celebruje. Mnie te celebracje – podkreślanie w kółko, że Strzemiński, że Kobro, że rok 1931, że kolekcja a.r., itd. – trochę nużyły. Ile można odwoływać się do tych tradycji?

„Powidoki” otworzyły mi oczy o tyle, że zdałem sobie sprawę, jaka delikatna była cała ta spuścizna, na którą powołuje się łódzkie muzeum. Cała ta rewolucyjna awangarda: pokój w muzeum, który byle aparatczyk mógł kazać zamalować, prace, które można zesłać do magazynu i schorowany facet bez ręki, nogi i oka. Wajda dobrze pokazał, jak kruche i zarazem dla niektórych osób ważne to były rzeczy, te enklawy i symbole nowoczesnego, idealistycznego myślenia. Przy okazji pokazał też, choć film jest nie o tym, jak wyjątkowe jest Muzeum Sztuki.

*

Trzy wystawy w Muzeum Sztuki

„Notatki z podziemia. Sztuka i muzyka alternatywna w Europie Wschodniej 1968–1994”, kuratorzy: David Crowley i Daniel Muzyczuk, do 15 stycznia 2017.
„Muzeum Rytmu”, kuratorzy: Natasha Ginwala, Daniel Muzyczuk, do 5 marca 2017.
„Poruszone ciała. Choreografie nowoczesności”, kuratorka: Katarzyna Słoboda, do 12 lutego 2017.

Łzy wylane nad losem awangardy na seansie „Powidoków” zdążyły już obeschnąć mi na policzkach, kiedy znów przypomniałem sobie o Muzeum Sztuki; tym razem moje myśli pomknęły do Łodzi torami późnojesiennej nudy. Tu pozwolę sobie na małą podsumowującą dygresję; ostatecznie jest koniec roku, czas usprawiedliwiający pretensje do podsumowań. Może ja się starzeję (nawet na pewno!), ale bieżący żwawo do szczęśliwego (?) końca rok zapamiętałem jako raczej nudny. To znaczy w ogóle działo się wiele, ale w polskiej sztuce temperatura i waga wydarzeń były jakby odwrotnie proporcjonalne do intensywności tego, co miało miejsce w tzw. realnym świecie.  Prace robiące różnicę, niesztampowe wystawy, desant „Halki” na Haiti, kinematograficzny gambit Libery („Walser”), postinternetowy gambit MSN („Ustawienia prywatności”), premiera „Performera”, dwustronny Andrzej Wróblewski, nowy zombie formalizm, sztuka „Zaraz po wojnie” – to wszystko zdarzyło się jeszcze w jakże emocjonującym roku 2015, ba, nawet 2014.

Znużenie bezbarwnym rokiem 2016 osiągnęło zenit pod jego koniec. Warsaw Gallery Weekend się skończył, Emilka zburzona, aktualne wystawy w Zachęcie dawno obejrzane, na Zuj jestem trochę naburmuszony z przyczyn osobistych. Co tu robić? I wówczas właśnie przypomniałem sobie o Łodzi. Przecież w Łodzi jest muzeum, które ani nie płynie z nurtem seryjnej instytucjonalnej produkcji, ani nie serwuje blockbusterów (no w każdym razie rzadko ulega tej pokusie). Muzeum, które nie boi się proponować trudnych wystaw, a nawet używać trudnych słówek w notkach prasowych. Muzeum, które, co najważniejsze, jest nieoczywiste. W tym muzeum może wierzą nawet jeszcze w awangardę!

Sprawdzam zatem program Muzeum Sztuki i nie zawodzę się. Do zobaczenia są trwające już od jakiegoś czasu „Notatki z podziemia” Daniela Muzyczuka & Davida Crowleya, rzecz o relacjach muzycznej sceny undergroundowej i sztuki w demoludach za komuny. Jest niedawno otwarte „Muzeum Rytmu” (tym razem Muzyczuk w duecie z Natashą Ginwalą). I są zupełnie świeże „Poruszane ciała. Choreografie nowoczesności” kuratorki Katarzyny Słobody.

Alternatywna muzyka w kontekście sztuki, rytm jako zasada organizująca nowoczesność, taniec jako procedura emancypacji. Hej! To wszystko zdaje się składać w jakąś logiczną całość – czyli jakość, którą w polskich instytucjach nie szafuje się pochopnie. Zwabiony egzotycznym zapachem głębszej myśli programowej, z apetytem na metanarrację, ruszam więc do Łodzi.

*

Gdybym przyjechał choćby dzień później, wylądowałbym na nowym futurystycznym wcieleniu legendarnego dworca Łódź Fabryczna, który budował się nieprzeliczoną ilość lat i jest teraz symbolem nowego lepszego miasta. Pospieszyłem się jednak, więc musiałem wysiąść na Widzewie, na którym wielgachne stare bloki jak stały tak stoją. Z tego blokowiska pochodzi klub piłkarski, który rządził kiedyś w Polsce i występował w Lidze Mistrzów; w barwach Widzewa grali Smolarek (ojciec), Żmuda, a nawet sam Boniek! Komuś, kto jak ja, pamięta jeszcze Bońka w Widzewie, nie mieści się w głowie, że ten klub dziś harata w gałę w III lidze (sic!). Niby to tylko piłka, ale degradacja niegdysiejszych mocarzy mówi coś o współczesnej Łodzi. Dworzec Fabryczna może jest nowy, ale Łódź jest stara i robi trochę za polskie Detroit. Z tym porównaniem to jest przesada, ale poprzemysłowe miasto systematycznie wyludnia się i końca temu nie widać. Niektórzy przechodnie na ulicach wyglądają na takich, którzy też by może wyjechali, ale na razie nie mogą trafić w wylot bramy od własnej odrapanej kamienicy. Przy okazji wizyty w mieście w sprawie zdjęć do „Powidoków” grający Strzemińskiego aktor Linda rzucił pewną gruboskórną uwagę o mieszkańcach Łodzi i ich ciążeniu ku marginesowi społeczeństwa. Była to oczywiście wypowiedź godna gwiazdora z Warszawy, niepotrzebna, arogancka i krzywdząco uogólniająca; trudno jednak nazwać Lindę kłamczuchem.

*

„Notatki z podziemia” wystawione są w MS2, czyli na terenie Manufaktury. Gigantyczny shopping mall wyssał podobno wszystkie życiodajne soki z Piotrkowskiej i jest teraz w Łodzi, w której się generalnie nie przelewa, enklawą konsumpcyjnego szczęścia. A jednak „Notatki...” lepiej komponują się z tym miastem, które zaczyna się zaraz za granicami Manufaktury. Przedstawiony tu świat demoludów z lat 70. i 80., poza tym, że opresyjny i policyjny, jest przeraźliwie szary. Na tym posępnym tle wyraźnie rysują się sylwetki różnych kolorowych ptaków: czeskich hipisów, polskich i enerdowskich punków, nowofalowców z Leningradu. Emblematyczna dla wystawy jest historia legendarnej czechosłowackiej formacji Plastic People of the Universe, ktorej zresztą Muzyczuk i Crowley poświęcili wyjątkowo dużo miejsca. Grupa powstała w pamiętnym roku 1968, ale działała w epoce „normalizacji”, po stłumieniu Praskiej Wiosny przez zbrojonych interwentów z innych państw socjalistycznych. W Czechosłowacji lat 70. i 80. ciężko było być dysydentem, niełatwo było być artystą, ale już zupełnie fatalnie było być kontrkulturowcem. Reżym czechosłowackiego genseka Gustáva Husáka, który zapanował w Pradze po 1968 roku, był nie tylko represyjny, ale również obskurancki i drobnomieszczański. Długowłosi muzycy z zespołów typu Aktual czy Plastic People wkurzali aparat jeszcze bardziej niż awangardowi artyści czy opozycyjni intelektualiści. Plastic People byli zresztą powiązani z jednymi i drugimi. Zainspirowani Warholem i Duchampem, zacierali granice między muzyką i performansem i brali udział w stricte artystycznych przedsięwzięciach, w rodzaju landartowych akcji Zorki Ságlovej, która zresztą tworzyła scenografie oraz kostiumy do ich występów. Z drugiej strony, jedną z płyt nagrali w domu Vaclava Havla. Głośne aresztowanie Plastiksów w 1976 roku zmobilizowało czechosłowackich dysydentów i stało się impulsem, który doprowadził do stworzenia Karty 77, inicjatywy, której polskim odpowiednikiem byłby KOR.

Wśród bezcennych undergroundowych zinów z Bloku Wschodniego, nagrań i zdjęć archiwalnych, które złożyły się na „Notatki...”, jest kapitalny reżymowy film propagandowy z 1976 nakręcony po aresztowaniu Plastic People. Autorzy starają się wystraszyć czechosłowackiego drobnomieszczanina obrazem zwyrodniałych długowłosych barbarzyńców, którzy wyją na scenie, nie golą się, a zamiast pałeczek używają do grania na bębnach martwych szczurów. Doprawdy, sowietoidalne zaściankowe reżymy było zgorszyć łatwo jak prowincjonalnego proboszcza. Do tego partyjna nowomowa jest cudownie bezradna wobec takiego przedmiotu jak psychodelia. To iście czeski film; jest bardzo śmieszny. Chichocząc, warto jednak pamiętać, że charyzmatyczny poeta i menadżer Plastiksów, Ivan Jirous, za te wszystkie jaja, artystyczne prowokacje i ciągłe granie władzom na nosie, spędził w Husakowskich więzieniach łącznie blisko dziewięć lat...

*

„Notatki...” to projekt oparty na solidnym researchu, ale już choćby ze względu na swoją materię bardzo rock’n’rollowy. Kuratorzy subtelnie prowokują do namysłu, co właściwie wynika z tego dziwnego skrzyżowania nominalnie lewicowych dyktatur, inspiracji zachodnią kontrkulturą, ich mutowania za żelazną kurtyną, potrzeby wolności i potrzeby kontestacji systemu. Jeżeli ktoś na namysł nie ma jednak ochoty, może się nad niczym nie namyślać, posłuchać unikalnych nagrań, pysznej muzyki i obejrzeć smakowite archiwalia.

„Muzeum Rytmu” to już zupełnie inna para kaloszy. Projekt, w tej chwili flagowiec MS, reklamuje w radiu efektowny dżingel; słuchając go, można sobie wyobrazić, że czeka nas wystawa przypominająca imprezę techno, wypełniona gęstymi wizualno-dźwiękowymi rytmami. I wystawa rzeczywiście jest gęsta, ale imprezy jednak nie przypomina.

Kuratorzy nazywają Muzeum Rytmu „teoretyczno-abstrakcyjną instytucją”. Natasha Ginwala stworzyła ten koncept podczas Biennale Modern Monsters / Life and Death of Fiction (Nowoczesne potwory / Życie i śmierć fikcji), które w 2012 kuratorował w Tajpej mistrz eseju wystawowego Anselm Franke. I „Muzeum Rytmu” to rzecz bardzo w duchu Frankego: erudycyjna przygoda intelektualna, której narracyjne ścieżki biegną pokrętnie i wiodą raczej przez obrzeża i marginesy niż łożyska głównych nurtów krytyki kultury. Tworzenie takich projektów jest bez wątpienia ogromną, perwersyjną przyjemnością intelektualną. Odbieranie ich – śledzenie splątanych wątków, wychwytywanie nieoczywistych analogii – wymaga z kolei dużo wysiłku. Franke nigdy nie przejmował się zbytnio, aby jego wystawy jakoś szczególnie „dobrze się oglądały”; Ginwala i Muzyczuk zdają się brać przykład z mistrza. Na tego rodzaju wystawach trzeba przegryzać się przez archiwa, oglądać długie filmy, czytać mnóstwo opisów. Do tego nie zaszkodzi przytaszczyć na wystawę bagażu lektur przeczytanych wcześniej. Na łódzkiej odsłonie „Muzeum Rytmu” jedną z ulubionych figur stosowanych przez kuratorów jest zamknięta w gablocie książka – rodzaj dużego przypisu do narracji wystawy. Ot, taki skrót myślowy dla tych, którzy czytają wszystko, w kraju, gdzie większość nie czyta niczego.

Widz, wytresowany przez polski system edukacyjny do czytania rzeczywistości w schematach liniowych, chronologicznych narracji, może się poczuć zdezorientowany nieortodoksyjnym łączeniem zdarzeń i faktów, które rządzi „Muzeum Rytmu”. To rzeczywiście jest rodzaj muzeum, w którym gromadzi się zbiory na pewien temat. Odmierzające rytm zabytkowe metronomy sąsiadują więc tu z modernistyczną rzeźba Katarzyny Kobro, która stara się nadać rytm przestrzeni. Wykonana przez Jimmy’ego Roberta performatywna reinscenizacja futuro-kubistyczego „Aktu schodzącego po schodach” Duchampa jest na tej samej wystawie co gablotka poświęcona badaniom Franka B. Gilbretha i Lillian Moller Gilbreth, którzy na początku XX wieku studiowali rytmy robotniczych ciał, pracujących przy fordowskiej taśmie montażowej, aby zoptymalizować synchronizację człowieka z na wpół zmechanizowanym procesem wielkoprzemysłowej produkcji. Rytmy częściej się tu widzi niż słyszy i czuje. Ginwala i Muzyczuk specjalną uwagę poświęcili metodom wizualizacji rytmów, różnym sposobom zapisywania fal w postaci rysunków, diagramów, notacji. „Stąd fonograf i sejsmograf na samym początku wystawy – powiada Daniel Muzyczuk. – Moment, w którym abstrakcyjna reprezentacja fali pozwala na wyobrażenie sobie całej złożoności świata na zasadzie pulsujących energii. To doświadczenie stoi za obecnością na tej wystawie rysunku jako takiego, ale również za ilością partytur graficznych i kina strukturalnego (kino jako kolejny wynalazek pozwalający na zapis pulsu ruchu)”.

Kuratorzy ewidentnie uwielbiają różnych samotnych wilków i samotne wilczyce, twórców (raczej historycznych, ale i współczesnych), którzy gdzieś na marginesach głównego nurtu sztuki kreują ezoteryczne systemy porządkujące rzeczywistość – najczęściej objawiające się w formie kryptycznych zapisów, kodów, trudnych do odcyfrowania rysunków. Zainteresowanie tymi „szyfrantami sztuki” łączą z fascynacją etnografią. Jednym z bohaterów wystawy jest Alan Lomax, amerykański etnolog, niestrudzony zbieracz i kolekcjoner muzyki ludowej, polityczny aktywista, który studiował zagadnienia różnorodności kulturowej z perspektywy choreometryki i kantometryki. Z innymi etnografami docieramy jeszcze dalej, do zagubionych indyjskich plemion, do niezmodernizowanej Afryki. Ginwala i Muzyczuk świetnie wychwytują moment, w którym nowoczesność, w swoim zrytmizowanym marszu ku postępowi, zatacza rodzaj koła i jest tak zaawansowana, że niemal prymitywna: wówczas wchodzi w rodzaj zaskakującej synchronizacji, rezonansu z rytmami kultur pierwotnych.

            *

O czym w gruncie rzeczy jest „Muzeum Rytmu”? Ta spekulatywna, „teoretyczno-abstrakcyjna” instytucja oparta jest – jak mówi mi Muzyczuk – na hipotezie, „że myślenie o rytmie jest jednym z ukrytych, ale ważnych lejtmotywów nowoczesności. To próba zobaczenia, jak w nowoczesności rytm jako pojęcie przesącza się z muzyki do socjologii, polityki, prakseologii pracy czy też sztuk wizualnych”. W podobnej perspektywie można zobaczyć najnowszą wystawę w muzeum, „Poruszone ciała”, zwłaszcza że pokazywana jest piętro wyżej i widz wchodzi na nią poniekąd sformatowany przez „Muzeum Rytmu”.

„Poruszone ciała” to rzecz o choreograficzno-tanecznych praktykach pierwszej połowy XX wieku. Kuratorka opowiada o odkrywaniu nowoczesnego ciała, za pomocą tańca, a także o dwóch pozornie przeciwstawnych wektorach sił, które modelują i rytmizują ruch człowieka nowoczesnego. Z jednej strony, z nowoczesnej perspektywy ciało człowieka jest maszyną, której działanie trzeba zbadać, zracjonalizować i zoptymalizować. Z drugiej strony, to samo ciało dąży do emancypacji, społecznego, politycznego i ekonomicznego wyzwolenia. Podobnie jak w wypadku „Muzeum Rytmu”, i tu punktem wyjścia jest sztuka Kobro, nie brakuje też Strzemińskiego. Obecni są giganci choreografii z pierwszej połowy zeszłego stulecia, tacy jak Oskar Schlemmer czy Wsiewołod Meyerhold, ale głównymi bohaterkami tego projektu są kobiety, począwszy od pionierek tańca modernistycznego, Loïe Fuller i Isadory Duncan. To właśnie kobiety dostrzegają w tańcu największy emancypacyjny potencjał.

            *

Wracam z Łodzi, czując się potraktowany przez muzeum poważnie. To już coś: zwiedzić wystawy w Muzeum Sztuki, które myśli o czymś innym niż tylko sztuka i własny instytucjonalny status. O czym zatem myśli muzeum? Między wierszami pokazywanych przez nie projektów kryje się taka myśl, że sztuka, czy w ogóle twórczość, naprawdę może być traktowana przez swoich autorów jako narzędzie emancypacji, zmieniania świata, modelowania nowego człowieka – niezależnie czy będzie to człowiek nowoczesny, czy jakiś kontrkulturowy donkiszot, który za żelazną kurtyną zuchwale kontestuje system, od prawa do lewa, od biurokratycznego aparatu przymusu po drobnomieszczański dom, z którego najczęściej zresztą sam się wywodzi. Przypomina się tu opłakany przez Wajdę Strzemiński, którego Muzeum Sztuki, podobnie jak Kobro, lubi przywoływać przy każdej okazji, nawet w kontekście historii tańca. Cóż za ironia; mówimy przecież o artyście bez ręki i nogi, którego ciało „wymodelowała” par excellence nowoczesna I wojna światowa, i który z trudem się poruszał.

Kiedy pytam dyrektora Jarosława Suchana o muzeum, ten podkreśla jego społeczną rolę. Jak się do tego ma taka wystawa jak „Muzeum Rytmu”? W rzeczy samej, gdzie jak gdzie, ale w Łodzi alternatywne narzędzia do zrozumienia nowoczesności są bardzo potrzebne, żeby pojąć, co się dzieje z tym miastem. Cóż jednak łodzianie mają począć z taką wiedzą? Z perspektywy drogi wiodącej przez miasto z dworca Widzew do muzeum, spekulatywna teoretyczno-abstrakcyjna instytucja jawi się w boleśnie konkretnej, przyziemnej rzeczywistości Łodzi jak twór z jakieś równoległego, kosmicznego wymiaru. To trochę jak ze Strzemińskim w filmie Wajdy, który spekuluje na temat ostatecznej „Teorii widzenia”, i równolegle (nie) widzi, że nie ma co włożyć do garnka. Oglądając „Notatki z podziemia”, wielu starszych łodzian mogłoby powiedzieć, że za tą straszną żelazną kurtyną kontrkulturowcy może się dusili, ale oni mieli w gruncie rzeczy lepiej. Statystyka mówi zresztą w tej kwestii sama za siebie: od upadku komuny z miasta ubyło prawie 200 tys. mieszkańców; kiedyś łatwiej było tu żyć, teraz jest trudniej. Wystawowa opowieść Muzyczuka i Crowleya kończy się zresztą zaraz po upadku muru berlińskiego. I główny zarzut, który można by sformułować wobec „Notatek...”, jest właśnie taki, że nie dowiadujemy się, co było dalej z tymi wszystkimi buntownikami. System komunistyczny rzeczywiście upadł, ale w całej tej historii z kontrkulturą nie chodziło przecież o obalanie komunizmu, lecz tworzenie alternatywy dla systemu w ogóle. Czy kontrkultura zwyciężyła na tym polu, działając w kapitalistyczno-rynkowych okolicznościach? Nie wygląda na to, kiedy chodzi się po ulicach Łodzi.

Dla kogo jest zatem muzeum tak świadome swojej społecznej roli? „Muzeum Rytmu” na przykład bez wątpienia nie jest dla każdego. Ginwala i Muzyczuk dużo dają widzom, ale się z nimi nie pieszczą. „Figuratywne wymagania rytmu skłaniają nas do «zamieszkiwania historii», a nie do bycia jedynie jej zapisanymi podmiotami – jak Bachtinowskie «połykanie świata» w celu zmuszenia historii do przemawiania z naszego wnętrza w postaci osobliwej polifonii «światów własnych»” – piszą kuratorzy, wyjaśniając (?) założenia projektu, i kontynuują w podobnym tonie. „Figuratywne wymagania rytmu”? „Zapisane podmioty historii”? Nie każdy odnajdzie w tych frazach odbicie swoich problemów.

Pytam Jarosława Suchana, czy ręka mu czasem nie zadrży, kiedy podpisuje do realizacji takie hermetyczne projekty jak „Muzeum Rytmu”. Kto to będzie oglądał? Dyrektor z przekąsem zauważa, że takie pytania są stale formułowane, ale ciągle wobec Łodzi, i tak rzadko wobec instytucji warszawskich; tak jakby uboższe miasto, z wyższym poziomem bezrobocia i większymi problemami socjalnymi, nie zasługiwało na poważny program muzealny. Czy sztuka ma być w takim razie rozrywką dla klasy średniej, której w Łodzi jest mniej? Suchan twierdzi, że chodzi raczej o liczebność przedstawicieli artworldu. W Warszawie jest ich tak wielu, że są w stanie zaludnić tłumnie każdy większy wernisaż. Tłumek na wernisażu to krzepiący widok, który utwierdza instytucję w przekonaniu, że odpowiada na realne zapotrzebowanie społeczne. Czy jednak naprawdę na nie odpowiada, czy też przeciwnie, tworzy samowystarczalną machinę działającą na potrzeby artystycznej branży? Suchan ma co do tego wątpliwości – i trudno ich nie podzielać.

Dyrektor, prowadzący elitarną instytucję w mieście, którego elity od 25 lat wymykają się do Warszawy, mówi mi, że oczywiście można iść w blockbustery. „Tylko mam wrażenie, że przy tej okazji bardzo łatwo zamienić sztukę w element lajfstajlu, czegoś, co jest glamour, co się kojarzy z życiem elity, etc. – powiada. – Widzę w tym niebezpieczeństwo, ponieważ sztuka postrzegana jako część lajfstajlu – albo świata konsumpcji – moim zdaniem, raczej nie spełni swojej społecznej funkcji”. I dodaje: „Pytanie jest takie: czy na wystawy ambitne, pobudzające do myślenia zasługuje tylko publiczność (ograniczmy się do Polski) warszawska, bo jest dostatecznie liczna, a w pozostałych miastach powinno się robić program lekki, łatwy i przyjemny, bo tylko taki zapewni tłumy? Będę się upierał, że nie”. Tu akurat z Suchanem się nie zgodzę, bo – ograniczmy się za jego radą do Polski – czasem właśnie trzeba wyjechać z Warszawy do odrapanej Łodzi, żeby spędzić w muzeum dzień, który nie będzie lekki, łatwy, przyjemny, nudny i stracony.