Mozartowski blockbuster
fot. Magda Hueckel-Śliwińska

8 minut czytania

/ Muzyka

Mozartowski blockbuster

Marcin Bogucki

Jak oddać cudowność na scenie? Oto największe wyzwanie, jakie stoi przed kolejnymi wystawieniami „Czarodziejskiego fletu”. Reżyserzy inscenizacji w TW–ON Kosky i Andrade postawili na magię filmową, i to w podwójnym znaczeniu

Jeszcze 2 minuty czytania

Premiera „Czarodziejskiego fletu” w reżyserii Barrie Koskiego i Suzanne Andrade odbyła się w berlińskiej Komische Oper w 2012 roku. Przedstawienie cieszyło się od początku ogromnym powodzeniem. Spektakl szedł kompletami i nawet dziś trudno zdobyć na niego bilety w Berlinie. Okazało się, że nie jest to jedynie lokalny fenomen. Inscenizacja trafiła na sceny Barcelony, Düsseldorfu, Helsinek, Los Angeles, Madrytu, Minneapolis, Paryża i Szanghaju, w każdym z tych miejsc wzbudzając entuzjastyczne reakcje. W tym roku została przeniesiona do Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, dzięki czemu Warszawa stała się kolejną stacją na trasie tego tryumfalnego pochodu. Na czym polega tajemnica sukcesu przedstawienia nazywanego w Berlinie Mozartowskim blockbusterem? Przede wszystkim na zniewalającej prostocie środków teatralnych i konsekwentnym użyciu konwencji filmowej.    

„Czarodziejski flet” sam w sobie jest hitem należącym do czołówki najchętniej wystawianych oper w ogóle. Został napisany dla Theater auf der Wieden, komercyjnej sceny na przedmieściach Wiednia prowadzonej przez Emanuela Schikanedera, jako teatralny fajerwerk, który miał przyciągnąć publiczność. Mozart nawiązywał w nim do gatunku Zauberoper, singspielu z nagromadzeniem efektów specjalnych możliwych do realizacji dzięki maszynerii scenicznej. Największym wyzwaniem dla współczesnych twórców jest właśnie rozwiązanie tego problemu: jak oddać tę cudowność obecnie? Barrie Kosky postawił na magię filmową, i to w podwójnym znaczeniu.


Do realizacji zaprosił grupę „1927”, czyli Suzanne Andrade i Paula Barritta, specjalizujących się w łączeniu teatru i muzyki na żywo z animacją i filmem. Szkielet scenografii tworzy jedynie biała ściana z kilkoma ułożonymi symetrycznie otworami, na którą rzutowane są obrazy. Inscenizacja tworzy się z interakcji planu żywego, działających śpiewaków z animacją. Pomysł prosty, ale dający wiele możliwości: pozwalający, z jednej strony, na stworzenie najwymyślniejszych krajobrazów i zmianę scenografii w sekundę, z drugiej zaś ostentacyjnie odsłaniający konwencjonalność odgrywanego na scenie teatrzyku (bohaterowie pojawiają się znienacka, jak kukułka z zegara, i zastygają w ściśle wyznaczonych do tego miejscach). Dzięki temu spektakl wciąga widza do świata przedstawionego, ale nie pozwala do końca zapomnieć o regułach nim rządzących.

Data użyta w nazwie grupy, czyli rok premiery pierwszego filmu dźwiękowego, zobowiązuje. Twórcy odwołują się do konwencji międzywojennego kina niemego. Na scenie pojawia się więc Nosferatu (Monostatos – zły sługa Sarastra) i Buster Keaton (pocieszny Papageno, który odnajdzie w końcu swoją Papagenę – dziewczynę z burleski). Para głównych bohaterów, Tamino i Pamina, stylizowana jest na nieszczęśliwych kochanków ze starego melodramatu. Nie chodzi tu jednak o nostalgiczny powrót do międzywojnia – użyta konwencja jest mroczna, na scenie działają zaś nie żywi ludzie, lecz lalki o pobielanych twarzach. Twórcy proponują nam opartą na popkulturowych kliszach baśń w stylu ekspresjonizmu niemieckiego.

Nie oznacza to jednak, że ograniczają się do lat 20. i kina niemego – jest to stylistyka wiodąca, nadająca spójności estetycznej, ale pojawiają się też inne inspiracje. Królowa Nocy przybiera postać pajęczycy wziętej jakby ze współczesnego komiksu, Sarastro zaś jest otoczony armią zwierząt, spełnionym marzeniem o estetyce steampunku dla dzieci. Pod względem technicznym ważny staje się sposób wykonania animacji. Nie jest to standardowo wykonany komputerowy mapping, lecz odręczne rysunki, w których widać oryginalną rękę twórcy. Z tego względu spektakl ogląda się trochę jak zainscenizowaną współczesną powieść graficzną, choć statyczność obrazu może czasem nużyć, gdyż śpiewacy muszą ciągle stać w miejscu, pamiętając o tym, by markować odpowiednio ruch i synchronizować gesty z animowanym tłem. Można jednak zrzucić to na karb konwencji. Mamy przecież do czynienia z filmem niemym, w którym nie wszystkie elementy narracji odpowiadają współczesnym standardom. Historia opowiedziana w „Czarodziejskim flecie” nie ułatwia zadania. Sama w sobie jest prosta, ale grzęźnie czasem w detalach.

fot. Magda Hueckel-Śliwińska

Pomysł Koskiego i Andrade sprawdza się idealnie przy inscenizacji Mozartowskiego singspielu. Stworzyli oni odpowiednio pojemną konwencję, w której udało się pomieścić wielość stylistyk zawartych w dziele: od prostych piosenek po wirtuozowskie arie. Koncept dopracowali w najmniejszych szczegółach – zamiast dialogów wymyślili pojawiające się na wizualizacjach napisy, typograficznie dopasowane do sytuacji na scenie. Towarzyszą im dwie fantazje Mozarta, obie w minorowych tonacjach: c-moll i d-moll, idealnie sprawdzające się jako muzyka do filmu niemego (realizowane na fortepianie historycznym, którego brzmienie dodaje jeszcze nieco patyny).

Orkiestra pełni u Koskiego i Andrade funkcję tapera – osoby, która dodaje w kinie niemym podkład muzyczny. To wyjątkowo ważny element inscenizacji dopowiadający emocje statycznych obrazów i wystudiowanych gestów. Potrzebna jest do tego odpowiednia temperatura emocjonalna. Orkiestra, prowadzona podczas drugiego spektaklu przez Piotra Staniszewskiego, nie potrafiła niestety jej z siebie wykrzesać. Tak samo w przypadku śpiewu – gra aktorska oparta jest na wyrazistej gestykulacji i mimice, i w głosie także powinno być słychać podobną przesadę. Można było mieć nadzieję, że w wykonaniu drugiej obsady złożonej głównie z młodych śpiewaków uda się wykrzesać tę energię, zabrakowało jednak potrzebnego przy tej inscenizacji przejaskrawienia. Najlepiej sprawdziły się sceny operujące silną uczuciowością lub humorem, jak w przypadku arii bliskiej samobójstwa, odrzuconej Paminy (Lucyna Jarząbek) zamkniętej w szklanej kuli wypełniającej się czarnym śniegiem, czy rozmarzonego Papagena (Mikołaj Trąbka) z drugiego aktu, popijającego koktajle w towarzystwie różowych słoni.

O czym opowiada inscenizacja Koskiego i Andrade? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Podobnie jak Mozart i Schikaneder, twórcy robią unik i nie dopowiadają sensów zawartych w dziele. Inscenizują je tak, aby było przystępne zarówno dla dzieci, jak i dorosłych; dla tych, którzy chcą zatrzymać się na efektownej powierzchni, jak i dla tych, którzy będą poszukiwać głębszych sensów w próbach inicjacyjnych kochanków. Niektórzy zobaczą tam jedynie Czarodziejski flet, Mozart, Teatr Wielki–Opera Narodowa„Czarodziejski flet”, Suzanne Andrade, Barrie Kosky (reż.), Andriy Yurkevych/Piotr Staniszewski (dyr.), Teatr Wielki – Opera Narodowa, premiera 11 grudnia 2016historię miłosną łączącą szczęśliwie dwie pary, inni opowieść o dorastaniu i dochodzeniu do wiedzy. Najbardziej problematyczny wątek, czyli ideologia oświeceniowa zawarta w „Czarodziejskim flecie”, został jedynie zarysowany. Kosky i Andrade rozmywają główny konflikt w operze – nie jest to walka nocy i dnia, które reprezentuje Królowa Nocy i Sarastro. Ta pierwsza jest od początku jednoznacznie zła, ale Sarastro także nie wzbudza sympatii – otoczony jest przez kapłanów będących jego klonami (wszyscy z brodami i wysokimi cylindrami) oraz stadem mechanicznych zwierząt. W tym mrocznym świecie trudno o jakąkolwiek pewną drogę, dlatego też szczęśliwe zakończenie historii może budzić pewne wątpliwości – atak Królowej Nocy i jej sług zostaje odparty, komputerowy celuloid pali się, taśma rwie, przewijając obrazy, które właśnie oglądaliśmy. Końcowy chór kapłanów brzmi jednak, jakby był doklejony na siłę i nie wiemy, czy mamy wierzyć w filmowy happy end.

To niedopowiedzenie jest jednocześnie siłą i słabością inscenizacji. Kosky i Andrade przyznawali, że liczyła się ponadczasowość dzieła, a nie jego krytyczna lektura. Udało im się jednak stworzyć współczesnego operowego blockbustera. Takie było też założenie samego Schikanedera, który na „Czarodziejskim flecie” zarobił całkiem niemałą sumę.