Goethe karaoke

Goethe karaoke

Witold Mrozek

„Czemu do Ciebie nie piszę” pasuje do osobliwego, emo-romantycznego i zarazem po hipstersku ironicznego teatru Szpecht. Ryzyko naiwności jest tu wliczone w koszta, neurozy nikt się tutaj nie boi. A mimo to, a może dzięki temu, wszystko się udaje

Jeszcze 1 minuta czytania

Jest 10 rano, a za szybą foyer śnieży się Lublin. Za chwilę zacznie się spektakl dla licealistów. „Za chwilę” – bo właściwie miał już ruszyć, ale – zima, drogowcy, zaskoczenie – i autobus z sąsiedniego powiatu zorganizowaną publiczność przywiezie z opóźnieniem. Premiera była całkiem niedawno. „Czemu do Ciebie nie piszę” to pierwszy tytuł zamówiony przez nową dyrektorkę Teatru Osterwy, Dorotę Ignatjew.

Na afiszu w podtytule „Cierpienia młodego Wertera”. „Były czytane w pierwszej klasie” – odpowiada na pierwsze pytanie przyjezdna pedagożka miejscowej pedagożce teatralnej.

Skoro było czytane, streszczać nie trzeba. Zresztą, fabuła nie jest przecież zawiła. Nikomu więc nie przeszkadza, że kameralny spektakl-instalacja Szpecht i Jakubczak nie za bardzo posiada akcję w  tradycyjnym, linearnym sensie. Na „Czemu do Ciebie nie piszę” składa się za to cały szereg mikroakcji. Grupka widzów przemierza kolejne pomieszczenia Teatru im. Osterwy. Odbiera listy od przysłoniętego roletą aktora, czyta instrukcje, przygotowuje pole gry.

Po chwili śnieg pada już po obu stronach okna. Wewnątrz – z teatralnej maszynki, podwieszonej nad głowami. Pod parasolem z osobą wybraną z publiczności stoi Werter (Paweł Kos). Coś jej szepce na ucho, zapatrzony w niezbyt odległą, parterową dal lubelskiej ulicy. Widownia, młodzieżowa i nie tylko, reaguje na takie zabawy raczej przyjaznym chichotem niż irytacją czy zażenowaniem. Reżyserki „Czemu do Ciebie nie piszę” projektują przestrzeń interakcji, która nie męczy, nie irytuje, a zarazem subtelnie skłania do podjęcia gry.

Czemu do Ciebie nie piszę?, reż. Magda Szpecht. Teatr im. Juliusza Osterwy, premiera 17 listopada 2016„Czemu do Ciebie nie piszę”, reż. Magda Szpecht, Aleksandra Jakubczak. Teatr im. Juliusza Osterwy, premiera 17 listopada 2016Pierwsza przestrzeń, dolne foyer – przypomina staroświeckie muzeum czy izbę pamięci. Scena z listami i śniegiem jest, poza skierowanym tylko do jednego ucha szeptem, całkowicie niema. Z wskazywanych palcem pojedynczych wyrazów na tablicy z archiwaliami nieudolnie próbuje ułożyć swoją historię. „Ona”, „serce” itd. – wszystko na gazetowych wycinkach i kserówkach o lubelskiej scenie.

Na drugim końcu tej wycieczki czeka „Lotta trzysta lat później” (Jolanta Deszcz-Pudzianowska), grająca nieskończony improwizowany koncert na rozbebeszonym fortepianie, jak na perkusji. Goethe włożył tej postaci w usta kwestię: „Ile razy mi coś dolega – zaraz bębnię sobie na mym rozstrojonym fortepianiku kontredansa i wszystko staje się na nowo znośnym”. To szarpane dźwięki tego autoterapeutycznego koncertu, przesyłane na cały budynek przez głośniki, spajają całość instalacji.

To, co pomiędzy, rozbite jest na wspomnienia, poukrywane w osobnych pokoikach. Szpecht i Jakubczak dodają do narracji mężczyzny z epistolarnej powieści Goethego na wpół improwizowaną opowieść Lotty (Jowita Stępniak); widzowie słuchają jej w ciemności, stymulowani sensorycznie przez dźwięki i zapachy. Kontemplacja przyrody szybkim gestem przekłada się tu na rozważania o wycince lasów i ekologicznych zagrożeniach. Wreszcie, przychodzi czas na wizję „Goethe karaoke” przed ekranem.

Werter powraca jako prototyp współczesnego neurotyka, ale i – w szerszym wymiarze – człowieka, któremu gdzieś ucieka racjonalność. W 2009 roku swojego „Wertera” zrobił w Starym Teatrze w Krakowie Michał Borczuch. Tytułową rolę grał Krzysztof Zarzecki; jego postać była rozchwiana emocjonalnie, narcystyczna, ale i nieraz przekonująca. Zawieszona między błazenadą i tonem serio. Kodę krakowskiego przedstawienia stanowiło wejście trzech Lot, odczytujące z ironią listy zmarłego już Wertera, który z kolei odśpiewywał ćwiczoną przez całe przedstawienie pieśń Schuberta. 8 lat później w Lublinie Szpecht i Jakubczak robią krok w stronę Wertera-everymana, raczej z dystansem. Po „Delfinie, który mnie kochał”, gdzie pokazana serią absurdalnych performerskich działań Jaśminy Polak i Jana Sobolewskiego historia o miłości badaczki do wodnego ssaka mówi o tęsknocie za przekroczeniem granic teatralnego doświadczenia, a także po „Schubercie. Romantycznej kompozycji na dwunastu wykonawców i kwartet smyczkowy” z Wałbrzycha, „Czemu do Ciebie nie piszę” pasuje do osobliwego, emo-romantycznego i zarazem po hipstersku ironicznego teatru Szpecht. Ryzyko naiwności jest tu wliczone w koszta, dowcip od egzaltacji odgranicza cienka linia; neurozy nikt się tutaj nie boi. A mimo to, a może dzięki temu, wszystko się udaje.