Jak być doskonałym

7 minut czytania

/ Film

Jak być doskonałym

Jakub Socha

Jarmuschowi znowu udaje się przeprowadzić coś, co dla innych jest nieosiągalne. Ilu reżyserom wybaczylibyśmy sceny, w których fragmenty wiersza tworzonego przez bohatera pisane są bezpośrednio na ekranie?

Jeszcze 2 minuty czytania


Róbcie, na co macie ochotę. Chodzi o to,
aby trafiło wam się coś nieoczekiwanego.
Zresztą równie dobrze może się nie trafić.
Ron Padgett

Mieszka w Paterson, niewielkim mieście położonym w stanie New Jersey, tym samym, w którym kilkadziesiąt lat temu pracował jako lekarz William Carlos Williams, amerykański poeta i prozaik, autor poematu „Paterson”. Na każdym kroku spotyka bliźniaki, ale dopiero od momentu, gdy pewnego ranka po przebudzeniu uświadamia sobie, że właśnie przed chwilą o nich śnił. Jego partnerka ma na imię Laura, ich wspólny pies wabi się Marvin. Pracuje jako kierowca autobusu miejskiego. Hobbystycznie zajmuje się poezją. I to w zasadzie tyle. Patersonowi niewiele potrzeba.

Wstaje z łóżka, patrzy na zegarek, idzie do kuchni, je śniadanie, wychodzi do pracy, wsiada do autobusu, zagaduje dyspozytora, kursuje po trasie, wraca do domu, rozmawia z dziewczyną, wyprowadza psa na spacer, siada wieczorem w ulubionej knajpie, żeby wypić piwo, wraca do domu, żeby się położyć. W międzyczasie zapisuje kolejne wersy w zeszycie albo po prostu układa je w pamięci. Nie przyszłoby mu chyba do głowy, żeby się na cokolwiek skarżyć – tak, jak jest, jest dobrze.

Praca nie zamienia go w zmęczony automat, nigdy nie lamentuje nad późnym kapitalizmem, mediami społecznościowymi i klasą polityczną. Nie narzeka, że nie ma czasu na swoją sztukę i że nie dostał żadnego stypendium. Nie wyprowadzają go z równowagi dziwactwa Laury. Nie psioczy na wredny charakter swojego psa. Nie jest frustratem i egoistą. Jest skoncentrowany  i uczynny, a tworzy po prostu w wolnych chwilach: w swoim kantorku w piwnicy, gdzie na biurku ma poukładane książki swoich idoli: Kocha, O'Hary, Fostera Wallace'a, albo po prostu na ławce w parku. Cieszy się sztuką, nie tylko swoją, zupełnie jak dziecko.

Paterson

Kiedyś filmy Jarmuscha ciągnęły się jak guma balonowa i rozlewały jak rzeka. Jego bohaterowie snuli się bez celu, odbijali z kąta w kąt i kręcili w kółko. Czegoś szukali, przed czymś uciekali, na coś czekali. Niby zanurzeni w świecie, ale tak naprawdę zamknięci w swoich głowach. Paterson żyje równocześnie i tu, i tu – i w świecie, i w swojej głowie. Jego zgrabnie uporządkowane życie odbija się w formie filmu, podzielonego dokładnie na siedem części, które wyznaczają kolejne dni tygodnia. Niewiele się różnią od siebie. Jeden jest wariacją na temat drugiego.

Jarmusch bawi się powtórzeniami, spiętrza rzeczywistość. Zaburza jej rytm, wprowadzając na scenę niespodziewanych gości, jak młodociana poetka, lub po prostu podąża za wzrokiem swojego bohatera, przyglądającego się we wstecznym lusterku autobusu swoim pasażerom albo podczas wieczornego spaceru początkującemu raperowi, który układa kolejne zwrotki przy dźwiękach obracającego się w miejskiej pralni bębna. Celebruje esy-floresy, które tworzy dziewczyna Patersona. Daje też sporo miejsca niejakiej Neilie, buldożce, która gra tu Marvina. Kapitalna jest scena, w której pies wybiega w pewnym momencie z domu, pokonuje schody, podchodzi do białego słupa ze skrzynką na listy, opiera się o niego łapami, przechyla go ku ziemi, a potem po prostu wraca do mieszkania. Z takich drobiazgów jest uszyty ten film. Z prostych gestów, z zabawnych sytuacji i niezobowiązujących rozmów – mało kto umie odtwarzać je równie dobrze jak autor „Broken Flowers”.

„Składaj/ nie idee/ ale rzeczy do rzeczy”, pisał swego czasu Williams, zwolennik codziennego języka, przeciwnik wielosłowia. Ten sam proces odbywa się w najnowszym filmie Jarmuscha. Zegarek na szafce, biały autobus, zielona skrzynka na lunch firmy Stanley, tomik poezji, wysłużony notes z notatkami, wygodne buty, skrzynka na listy, ławka w parku, stół bilardowy w knajpie, makatka z wycinkami z gazet, pistolet na wodę. Rzeczy do rzeczy, niespecjalnie celebrowane, ale jednak znacząco obecne. To one składają się na niepowtarzalny wzór świata, który zamieszkuje Paterson. To one, tak jak u Williamsa okruchy potłuczonej butelki czy śliwki z lodówki, zjawiają się w wierszach Patersona, począwszy od pierwszego, do którego napisania zainspirował go kształt pudełka zapałek. Analogii między twórczością Williamsa a najnowszym filmem Jarmuscha można oczywiście znaleźć całkiem sporo – celebrowanie codzienności, upodobanie do doraźnych rzeczy, całkowita odporność na mody artystyczne. Chęć opowiadania zwykłych historii, w których nic wystrzałowego się nie wydarza.

Paterson„Paterson”, reż. Jim Jarmusch,
USA 2016, w kinach od 30 grudnia 2016
Jarmusch po raz kolejny oddaje tu hołd swoim idolom, ale tym razem jest w tym hołdzie coś bezpretensjonalnego, czego na przykład nie można było powiedzieć o jego poprzednim filmie, „Tylko kochankowie przeżyją”. Może to kwestia ponownego zanurzenia się w świecie, zamiast celebrowania swojej megalomanii i mizantropii. Może inny dobór nazwisk (Blake'a zastąpił Williams, Rimbauda Padgett). Faktem jest, że Jarmusch wrócił do formy. I znowu udaje mu się przeprowadzić coś, co dla innych jest nieosiągalne. Ilu reżyserom wybaczylibyśmy sceny, w których fragmenty wiersza tworzonego przez głównego bohatera pisane są bezpośrednio na ekranie?

Wiersze, które pisze Paterson, to tak naprawdę utwory mało znanego u nas poety Rona Padgetta. Tego samego, który napisał swego czasu „How to Be Perfect”. Najnowszy film Jarmuscha mógłby mieć taki sam tytuł jak utwór Padgetta, „Jak być doskonałym”, Paterson w końcu spełnia większość zaleceń poety: „wysypia się, nie udziela rad, nie oczekuje niczego, troszczy się najpierw o rzeczy, które są blisko jego domu, stara się mówić powoli, wie, że pragnienie perfekcji jest tylko zasłoną innego pragnienia – bycia kochanym lub, prawdopodobnie, nieśmiertelności – łapie kontakt wzrokowy z drzewem, jest sceptyczny wobec wszystkich opinii, ale w każdej próbuje coś znaleźć”. 

I choć Peterson jest Yodą, kimś, kto osiągnął doskonałą harmonię, nie powinno się traktować wizji proponowanej przez Jarmusha – wizji, w której nie ma specjalnie miejsca ani dla ciała, ani dla złych humorów, ani na przykład dla brudu – jako podręcznika dobrego życia. Reżyser sam zresztą nie zamierza być trenerem mindfullnessu, wie, że niejeden, który chciałby pójść śladami jego bohatera, prędzej by zwyczajnie zanudził się na śmierć niż osiągnął doskonałość. „Harmonia powiązana jest z ideą, że wszystkie rzeczy są jedną rzeczą i harmonia tych rzeczy jest wszystkim. Cokolwiek to znaczy, bo ja nie wiem – powodzenia w odkrywaniu tego”, mówił ostatnio w jednym z wywiadów.  No właśnie, po prostu – powodzenia.